powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Podwójnie zabawna farsa

Jak głosi program, mamy do czynienia z "farsą w najczystszej, najśmieszniejszej postaci". Ciśnie się na usta, "powiedz mi co cię bawi, a powiem ci kim jesteś" - o "Z rączki do rączki" w reż. Tomasza Szymańskiego w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie pisze Wojciech Morawski z Nowej Siły Krytycznej.

Jak głosi program, mamy do czynienia z "farsą w najczystszej, najśmieszniejszej postaci". Ciśnie się na usta, "powiedz mi co cię bawi, a powiem ci kim jesteś". To chyba najlepsza puenta spektaklu i poczucia humoru, którym jest on naszpikowany. Wciąż nie pora na puentę, więc przejdę do początku. Przed Państwem, spóźniona recenzja spektaklu "Z rączki do rączki", wystawianego w gnieźnieńskim Teatrze im. Aleksandra Fredry.

Nim podnosząca się kurtyna zdąży rozwiać nasze wątpliwości dotyczące wieczornego przedmiotu poznania, w oczy rzucają się starania podejmowane przez pracowników teatru, mające na celu egalitaryzację instytucjonalnej przestrzeni. Nie każdy teatr zapewnia darmowy dojazd widzom osiadłym w najbliższej metropolii, jak również nie każdy oferuje sprzęt ułatwiający odbiór dzieł scenicznych osobom słabo słyszącym. Zanim rzeczy uwypuklą swoje znaczenia, moje ego syci się różnorakimi dowodami szacunku. Jestem WIDZEM.

Spektakl nie musi podobać się każdemu. Chyba wszyscy wiemy, jak zabawne potrafią być farsy. Kropka. Tekst Michaela Cooneya w tłumaczeniu Elżbiety Woźniak obfituje w slapstikowy humor, rodem z niskobudżetowych seriali. Momentami ciężki, potrafi zmęczyć. Wszakże skłamię twierdząc, że nie zaśmiałem się ani razu. Tv-przyjazna publiczność z łatwością odnalazła rytm spektaklu, bawiąc się tym samym nieco lepiej ode mnie. Dlatego, będąc w mniejszości pozostawię moje wątpliwości dla siebie.

Współczensność przedstawienia znamionowana jest przez multimedia, które dyskretnie wkradają się do przestrzeni spektaklu. Ulewa szalejąca w kulisach, tuż za oknami scenicznego salonu, który zajmuje całą powierzchnię sceny, jest dla nas słyszalna jedynie, gdy uchylają się drzwi, wiodące poza scenę. Jakość dźwięku nie pozostawia wątpliwości. Cyfra. Drzwi pełnią rolę klawisz "play". Otwarte - burza. Zamknięte - po prostu cisza.

Co do środków aktorskiego wyrazu, również można mieć pewne zastrzeżenia. Maniera Bogdana Ferenca (Eryk Swan), który wszystkie fabularne nawarstwienia i karambole rozwiązuje za pomocą rozgranularyzowanej dykcji w wersji fortissimo, po ponad dwóch godzinach spektaklu, przyprawia o ból głowy. Jego sceniczny partner, Marek Fludra (Norman Basset), niepotrzebnie krępuje się wokalnie. Flegmatyzm granej przez niego postaci nie w pełni tłumaczy monotoniczność brzmienia głosu aktora.

Niektóre z postaci pojawiających się przed naszymi oczami pełnią jedynie funkcję echa (nieoceniona Justyna Tomczak, jako Linda Swan, także Katarzyna Adamczyk w roli Brendy Dixon). Powtarzają ze zdziwieniem w głosie kolejne bzudry, deklamowane przez dwojkę głównych bohaterów, jednocześnie nie wykazując się przy tym niczym poza niezłą pamięcią. Kodę spektaklu stanowi klasyczny happyend, w którym wszyskite problemy zostają rozwiązane. Miłość triumfuje razem z głupotą. Innymi słowy - klasyka prześmiesznych ciągów nieporozumień.

Pomimo wszystko farsa nie stoi w miejscu. Ludycznie klekocząc jak wóz drabiniasty, wesoło toczy się ku końcowi. Warto dodać, że mimo pozornej trywialności, "Z rączki do rączki", wskazuje na coś jeszcze. Jest to jedyna pozycja w programie teatru, której tekst nie został stworzony przez Mickiewicza, Wyspiańskiego, Fredrę, Sofoklesa itd. Wierzę, że bierze ona udział w procesie przyciągnięcia gnieźnieńskich widzów do instytucji kultury w sytuacji, w której brak wiedzy o autorze nie staje się powodem braku zrozumienia, a w konsekwencji dobrej zabawy.