Bergman w tempie farsy

Do tekstu Bergmana użyto narzędzi, które znalazłyby lepsze zastosowanie, gdyby użyto ich do wycinania lasu - o "Rozmowach poufnych" w reż. Iwony Kempy w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie pisze Hubert Michalak z Nowej Siły Krytycznej.

«W Bergmanowskich "Rozmowach poufnych", obrazie rozpadającego się związku małżeńskiego, mocno inspirowanym historią rodziców autora, to rozmowa jest akcją. Nawet jeśli pojawiają się w tekście dynamiczne sytuacje, natychmiast ucinane są na rzecz dialogu. Podobnie jest w krakowskim przedstawieniu. Jednak zasadnicza różnica między tekstem a realizacją leży w subtelności użytych środków wyrazu. O ile Bergman swych bohaterów pieczołowicie cieniuje i precyzyjnie, delikatnie sugeruje czytelnikowi ich stany emocjonalne, o tyle Iwona Kempa wpuściła na scenę dziś już niewiarygodną i zużytą konwencję ciężkiej, realistycznej gry, a jej spektakl w kategorii subtelności lokuje się blisko narzędzi używanych do wycinania lasu.

Sceniczna prapremiera jednego z ostatnich dzieł Bergmana to rozpisana na sześć rozmów historia, w której pierwsze skrzypce gra żona pastora, Anna (Dominika Bednarczyk). Wyznaje ona mężowi, Henrykowi (Sławomir Maciejewski) swą niewierność, po wieloletnim życiu w kłamstwie. Wynikające z tego wyznania konsekwencje będą już do końca ciążyć nad postaciami, determinując ich losy. W kolejnych spotkaniach - starciach z otoczeniem - wujkiem Jakubem, matką, przyjaciółką, kochankiem, żoną Jakuba - Anna próbuje odnaleźć język komunikacji, płaszczyznę porozumienia. Patrząc na to, co zaprezentowano podczas premierowego spektaklu, trudno się dziwić, że nie udało jej się go odnaleźć.

Aktorzy tekst Bergmana podają staccato, nie dając swoim postaciom - ani widzom! - chwili na refleksję, przyswojenie usłyszanych słów. Jakby chcieli jak najszybciej zakończyć niemal dwugodzinny spektakl. Natłok intencji aktorskich, wmontowanych w gęstwinę słów jest tak wielki, że widz nie jest w stanie go przyswoić, nie nadąża za rozwojem postaci. W powodzi słów radość goni traumę a niepokój ucieka przed gniewem - wszystko razem następuje w takim tempie, że staje się raczej śmieszne, niż przeraźliwie smutne.

Chyba najwyraźniejszym tego przykładem jest pierwsza rozmowa, w trakcie której Jakub co jakiś czas potwierdza słowa Anny mrucząc "mhm". Często jednak - zbyt często! - kobieta nie daje mu nawet wydobyć z siebie dźwięku, podając tekst prędko, bez szansy nawet na zarejestrowanie poprzednich słów. Pełną frazę zdania niekiedy udaje się zbudować Annie Tomaszewskiej (w roli Matki) i Bożenie Adamek (Maria) - te dwie postaci stają się przez to najbardziej przekonujące, rzeczywiście mają coś do powiedzenia. Intonacja głosu i zamierzona pretensjonalność Matki zjednują jej widownię, dodając spektaklowi szczyptę komizmu. Z kolei Maria, troskliwie pielęgnująca umierającego męża, to ciepła, mądra, troskliwa i zwyczajnie dobra kobieta.

Trudno powiedzieć, czy i jak głęboko Kempa zanalizowała tekst z aktorami, ostateczny efekt jest bowiem mizerny. Przedstawienie nie ma ambicji prowokowania dyskusji, ukazywania problemu w nowej formie, docierania do niejasnych pobudek ludzkich decyzji. Jest raczej instynktownym poruszaniem się wykonawców po nakreślonych w scenariuszu obszarach, z niewyraźnie prowadzonymi tematami, pospiesznym recytowaniem tekstu i niespójną formą teatralną.

Realistyczny sposób gry przełamywany jest przez Brechtowskie z ducha podawanie didaskaliów czy jawne próby zwracania się nie tylko do partnerów scenicznych, ale i do widzów. Po kilku takich wyłamaniach z konwencji, odbudowanie atmosfery intymności, zapowiadanej przed premierą, staje się właściwie niemożliwe. Widz otrzymuje porcję przepychanek podlanych agresją, żalem i wzajemnym niezrozumieniem, zrealizowaną w tonie absolutnie serio, nieznośną, męczącą i długą.

Namiastkę tego, co mogłoby pojawić się na scenie Miniatura stanowi ostatnie kilkanaście sekund przedstawienia. To finał retrospektywnej rozmowy między Anną i Jakubem, poprzedzającej konfirmację dziewczyny. Aktorzy rozmawiają ściszonymi głosami, już nie scenicznie, ale prywatnie, dialog zwalnia, wypowiadane słowa brzmią osobiście, naturalnie.

"Rozmowy..." nie przypominają najciekawszych dokonań Kempy, jak choćby "Portugalii", "Samotnego zachodu" czy "Choroby młodości". Wydaje się, jakby reżyserka świadomie rezygnowała z jednej metody pracy na rzecz kolejnej. Takie poszukiwania mogą być ożywcze, jednak w tym wypadku okazały się co najmniej niewystarczające.

Precyzyjnie rozstawione na scenie postaci pozbawiono wyrazistości. Aktorzy popadają w patos, przerysowują swoich bohaterów. Gdy pojawia się gniew - towarzyszy mu purpura na twarzy, zdziwienie podkreślają podniesione brwi i wytrzeszczone oczy. Garść przeterminowanych chwytów aktorskich nie jest w stanie oddać głębi bohaterów. Zbyt wykończone, przesadnie precyzyjne gesty sprawiają wrażenie odtwarzania zafiksowanych sytuacji. Pośpieszne tempo przedstawienia nie pozostawia czasu na grę mimiczną czy subtelność ruchu. To, co dzieje się szybko, wymaga gwałtownego ruchu scenicznego. Tyle że granie Bergmana w tempie farsy jest dla widza zwyczajnie nieznośne.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego