Alicja w Krainie Sennych Mar

Dynamiczne tempo spektaklu powoduje, że nie sposób oderwać od niego wzroku, bawią piosenki, zaskakują kreacje aktorów, śmieszą perypetie, a różnobarwne, współczesne stroje robią wrażenie - o "Alicji w Krainie Czarów" w reż. Julii Pawłowskiej w Teatrze Lalek Banialuka w Bielsku-Białej pisze Koralina Zięba z Nowej Siły Krytycznej.

«W bielskim Teatrze Lalek Banialuka odbyła się premiera spektaklu "Alicja w Krainie Czarów". Wyreżyserowała go Julia Pawłowska. Spektakl daje możliwość zanurzenia się w świat snów dziewczynki, która na chwilę zapada w sen i przeżycia z nią przygód w tajemniczej Krainie.

Spektakl rozpoczyna się hałasem typowym dla placu zabaw. Rozsuwa się kurtyna. Wśród metalowych drabinek, tuż pod zjeżdżalnią leży dziewczynka (Małgorzata Bulska). Harmider wokół zdaje się jej nie dotyczyć. Nagle wszystko milknie, bohaterka podnosi głowę, a z dziury w podłodze wyskakuje Królik (Radosław Sadowski), który poprowadzi Alicję przez Krainę Czarów. Widać, że to ona jest właścicielką snu-przygody, ponieważ ma największą władzę. Przychodzą do niej różne postaci, które pojawiają się nagle jak senne zjawy. Alicja w ogóle nie schodzi ze sceny, nie przemieszcza się w sensie fabularnym. Przez to wydaje się, że wszystko rozgrywa się w jednej przestrzeni. W spektaklu brakuje fabuły, która by połączyła poszczególne sceny. Łączy je jedynie postać Alicji i postać Królika, który wprowadza dziewczynkę do tajemniczego świata. Służy on niejako za przewodnika, w trakcie przedstawienia jedynie przemyka przez scenę w wielkim zaaferowaniu, a na koniec pomaga bohaterce w powrocie do jej świata. Dzięki tej klamrze tworzy się spójna konstrukcja przedstawienia.

Bohaterka wykorzystuje swoje umiejętności i potrafi wyjść z opresji; kiedy jest zagrożona, a konflikt osiąga apogeum, bohaterka jednym argumentem wszystko zmienia (krzyczy: "Jesteście tylko zwykłą talią kart", a karty znikają) i cofa czas kilkakrotnie odtwarzając to samo zdarzenie. Przez powtarzalność danej sytuacji ośmiesza ją i znajduje rozwiązanie. Jedna scena takiego konfliktu mrozi krew w żyłach. Na deskach pojawiają się: Kapelusznik (Konrad Ignatowski) - macho-kowboj, Zając Marcowy (Ziemowit Ptaszkowski) o wyglądzie rasowego gwałciciela i Suseł (Władysław Aniszewski) - dres rodem z Nowej Huty. Wszyscy osaczają Alicję. Wyczuwa się napięcie - rosnący strach bohaterki i złe intencje trzech jegomości. Niemal dochodzi do rękoczynów, a na pewno do naruszenia sfery osobistej dziewczynki. Na szczęście bohaterka opanowuje sytuację.

Ta senna przygoda w Krainie Czarów jest ważną lekcją dla Alicji. Musi sobie sama radzić, odważa się robić rzeczy, których innym nie wolno i zmienia to, co wydaje jej się złe lub absurdalne.

Wydaje mi się, że dla dzieci spektakl nie odkrył wszystkich uroków "Alicji w Krainie Czarów". Sztuką jest pokazać dzieciom powiastkę filozoficzną tak, żeby zrozumiały. Czy któreś dziecko zastanowiło się nad dialogiem między Kotem (Ryszard Sypniewski), który jest zbiorem filozoficznej mądrości, a Alicją? Odpowiada na egzystencjalne "Dokąd mam iść?", "To zależy, dokąd chcesz dojść". Ta część była zdecydowanie dla dorosłych (chociaż możliwe, że oni też nie poświęcili temu fragmentowi należytej uwagi). A dzieci? Zachwycają się trickami aktorskimi: po mistrzowsku odegrane cofanie czasu (i to kilkakrotne cofanie tej samej sceny!), czy slow motion w grze w krokieta (żadne powolne gibanie się na boki i wymachy kończyn bez ładu! Ale prawdziwe spowolnienie gry! A te emocje!). Podobają się też pomysłowe kostiumy Zofii de Ines. Ich urok tkwi w prostocie i funkcjonalności.

Mimo że aktorów z Banialuki znam od lat dziecięcych, to co jakiś czas mnie pozytywnie zaskakują. Dynamiczne tempo spektaklu powoduje, że nie sposób oderwać od niego wzroku, bawią piosenki, zaskakują kreacje aktorów, śmieszą perypetie, a różnobarwne, współczesne stroje robią wrażenie. Jestem zachwycona. Mimo wszystko!»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego