Starzy mistrzowie naturalną drogą są po prostu punktem odniesienia. Wyznacznikiem warsztatu, rozmowy z widzem, wreszcie traktowania zawodu w kategoriach powagi, której w odniesieniu do teatru tak dotkliwie nam dzisiaj brakuje - pisze Jacek Wakar przed premierą "Słonecznych chłopców" w warszawskim Teatrze Powszechnym.
To nie jest żadna nowość ani też wyłącznie polska specyfika. W pogoni i bezkrytycznym kulcie młodości teatr nie jest też gałęzią sztuki odosobnioną. Wolimy patrzeć na to, co nowe, biec, zamiast na chwilę się zatrzymać. Coraz częściej odnoszę też wrażenie, że w tym pędzie, kiedy mody i wzorce zmieniają się jak w kalejdoskopie, gubimy też proporcje. A co za tym idzie, na nasze życzenie tracą ostrość niegdyś powszechnie akceptowane kryteria. I kiedy już sam poczuję się zagubiony w gąszczu nowości i zachwycie młodością (bo i ja przecież nie jestem od tego wolny), dobra jest chwila oprzytomnienia. Powrót do tego, co stałe, niewzruszone, bo dyktowane przez te same od lat wartości. Aż boję się, co będzie, gdy zabraknie obecnego wciąż na szczęście pokolenia starych mistrzów. Można się wzruszać późnym wiekiem, mówić, że on wystarczy, by obcować z aktorską klasą. Nie w tym rzecz. Starzy mistrzowie naturalną drogą są po prostu pu