Stacyjka niezapomnienia

"Stacyjka Zdrój" w reż. Adama Opatowicza i Andrzeja Poniedzielskiego w Teatrze Ateneum w Warszawie. Pisze Weronika Boruc w Teatrakcjach.

«Ach, te cudne, te ułudne, te prześliczne seanse spirytystyczne! - te słowa piosenki Jeremiego Przybory doskonale oddają atmosferę przedstawienia Stacyjka Zdrój, będącego też swoistą próbą przywołania duchów, a co najmniej ducha przeszłości. Najbardziej zaskakujące, że jest to próba udana.

Dokładnie pół wieku po emisji pierwszego "wieczoru" Kabaretu Starszych Panów Teatr Ateneum proponuje widzom spektakl muzyczny, składający się z piosenek niezapomnianego duetu Przybory i Wasowskiego, przeplatanych dialogami autorstwa Andrzeja Poniedzielskiego. Przedsięwzięcie, wydawałoby się, karkołomne: połączyć genialne, lecz nie powiązane tematycznie kabaretowe utwory w spójną fabularnie całość.

Reżyserowie Stacyjki... wychodzą zwycięsko z tej próby. Pomysł Adama Opatowicza i Andrzeja Poniedzielskiego był prosty: z repertuaru Starszych Panów wybrali te piosenki, które mówią o przemijaniu, śmierci i utracie, jak na przykład Spotkamy się na tamtym świecie czy Addio pomidory. Akcję przedstawienia umieścili na "stacji ze wszech miar końcowej", swego rodzaju przedsionku zaświatów. Przez tę "Stacyjkę Zdrój" przewija się cała galeria barwnych postaci. Jest tu i opłakująca dawne miłości Hrabina Hrr. (Dorota Nowakowska), i zdegenerowana szansonistka Katia Strofa (Cynthia Kaszyńska), która "ubóstwia drakę". Obok gangsterskiego Kwartetu im. Czastuszkiewicza, czyli niesłychanie "Tanich Drani", pojawia się pełen subtelnej melancholii Poeta Smutku (w tej roli Andrzej Poniedzielski).

Każdy z tych wyrazistych bohaterów opowiada nam swoją historię, śpiewając. W ten sposób teksty Jeremiego Przybory układają się w kalejdoskopowy obraz ludzkich losów, pasji, nieszczęść i radości. Wszystkie piosenki są doskonale... zagrane. Gdy Magdalena Zawadzka w roli wciąż pełnej werwy, choć mocno już posuniętej w latach Imłogeny śpiewa, że "strzelał Czartogromski z miłości sobie w łeb" nie sposób powstrzymać się od śmiechu. Śmieszą nie tylko doskonałe teksty sprzed półwiecza, ale i świetnie dopasowana mimika aktorki i jej przesadne gesty. Z kolei uczuciowa melorecytacja Doroty Nowakowskiej jako porzucającej męża Hrabiny Hrr. wzrusza i bawi jednocześnie.

Jednak najlepiej ze wszystkich wykonał swoje piosenki Krzysztof Tyniec, czyli Youpiter, "poza-wiadowca" Stacji Zdrój. Radosny, lecz także w jakiś tajemniczy sposób egzystencjalny śmiech i następujące po nim słowa "Ja jestem duch, astralny puch" wprawiają widza w stan hipnozy, a jego Upiornego Twista słucha się z prawdziwym dreszczem. Z ekspresyjnym wykonaniem tych świetnych piosenek kontrastuje gra Tyńca podczas reszty spektaklu. Wciela się on w pełnego nieziemskiego spokoju dżentelmena o niezwykle abstrakcyjnym poczuciu humoru. Jego rozmowy z, także świetnie zagranym, Poetą Smutku są lekkie i dowcipne, choć przecież dotyczą spraw najważniejszych.

Jest to zasługa napisanych przez Andrzeja Poniedzielskiego dialogów, utrzymanych w duchu Kabaretu Starszych Panów. Surrealistyczny humor i gra słowem, lekkość mówienia o sprawach ostatecznych i - trudno to inaczej ująć - klasa, czynią Poniedzielskiego godnym kontynuatorem dzieła Jeremiego Przybory.

Niestety, pomimo dobrej obsady, świetnej muzyki i błyskotliwego tekstu, spektakl ma także kilka słabych momentów. Utwory śpiewane przez całą grupę aktorów wydają się o wiele mniej starannie dopracowane niż ich solowe wykonania. Można też dostrzec pewne zachwianie równowagi w samej kompozycji przedstawienia: większość najciekawszych i najbardziej lubianych piosenek słyszymy w pierwszej połowie, tak że niejeden widz po przerwie zaczyna trochę przysypiać (budząc się jednak gdy tylko słyszy pierwsze nuty Addio pomidory).

Pewien niedosyt budzi również szczątkowe uczestnictwo w tym przedstawieniu Piotra Fronczewskiego. Pojawia się on tylko na chwilę, by, jako Prezes Omega, zamienić kilka słów z Poetą. Ogromna szkoda, że aktor obdarzony takim głosem nie zaśpiewał żadnego dłuższego utworu.

Można jednak wybaczyć te drobne potknięcia przedstawieniu, które jest tak pełne uroku i nostalgii. Andrzej Poniedzielski i Adam Opatowicz przenoszą nas na dwie godziny do świata, w którym "piosenka jest dobra na wszystko, na taki jakiś nie taki ten byt"; gdzie o tragediach mówi się z humorem, a podróż w zaświaty nie jest straszniejsza niż przejazd przez Kutno.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego