Demoludy. Dzień drugi

Wspólnych korzeni ciąg dalszy. Środa na Demoludach minęła pod znakiem wspomnień dzieciństwa. Tych korzeni wyrwać się nie da - każdy ma swoją lecz wspólną historię - o Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym "Demoludy" w Olsztynie pisze Ada Romanowska z Nowej Siły Krytycznej.

«Rozkoszny. Tak mogę określić spektakl wyreżyserowany przez Aidasa Giniotisa "Open circle" litewskiego teatru o tejże samej nazwie. Dziesięcioro młodych aktorów siada w kręgu i zaczyna rozmawiać o swoim dzieciństwie. Mityng? Opowiadają historie z perspektywy dorosłych banalne, śmieszne. Jednak dziecko widzi świat inaczej - i nie da się zapomnieć tych emocji, jakie kiedyś trzymały za gardło. Dlatego też usadowiona za plecami aktorów widownia świetnie wie, co w trawie piszczy. Bo problemy młodych są wciąż takie same - niezależne od położenia geograficznego.

Tak, to spektakl rozkoszny jeszcze z innego względu. Młodzi aktorzy - absolwenci wileńskiej Akademii Muzyki i Teatru - kładą nacisk na każdy szczegół. Struny głosowe są jednak niezastąpionym instrumentem - zwłaszcza gdy ciekawie wykorzystane. Aktorzy dopieszczają każdy dźwięk i odgłos. Gdy dyskoteka gra - aktorzy bitują głosami. Gdy otwierają się drzwi, można usłyszeć charakterystyczny jęk nienaoliwionych zawiasów. Gdy pada deszcz, grają opuszki palców uderzane o krzesło. Podobnie jest z zapalniczką, zapałką, mieszaniem zupy w garnku, biciem serca.

Spektakl ma jednak małą wadę - mimo iż rozkoszny, to jednak w pewnym momencie zaczyna się dłużyć. Bo ile można być dzieckiem? Ile można w kółko - dosłownie - mówić o historiach małolatów? Jak powiedział Owidiusz - czas to pożeracz wszystkiego. I również tutaj zjada, pochłania odrobinę uroku. Ale odrobinę! Bo mimo rozciągnięcia jest to spektakl przecież rozkoszny!

Natomiast "Strefa milczenia. Tryptyk" [na zdjęciu] Wolnego Teatru z Mińska to sztuka-guma. Nie dość, że rozciągnięta w czasie (dwie i pół godziny), to jeszcze wyżuta. Jedyną siłą spektaklu - paradoksalnie - jest sytuacja polityczna Białorusi. Bo jest to rzeczywiście kraj ciszy, gdzie nie mówi się o problemach. Jednak nie jest to powód, by jak najwięcej wrzucić do jednego garnka, wymieszać i wylewać na scenę. Takie danie jest raczej ciężkostrawne, a przede wszystkim mdłe.

Białoruska zupa składa się z trzech składników. Pierwszy to dzieciństwo i jego legendy, czyli godzina monologów, kilka historii - trochę zabawnych, trochę tragicznych. Drugi smak to gorycz - panorama ludzi wykluczonych. Na scenie pojawia się więc półnagi białoruski homoseksualista. Jest też kobieta-pijaczka, kobieta-komuna oraz tańczący bezdomny. Wszyscy są wykluczeni. I w końcu trzeci składnik - metaforyczny. Projektor wyświetla dane statystyczne na temat społeczeństwa współczesnej Białorusi, a aktorzy doklejają do tych faktów etiudy na miarę amatorskiego teatru. Jednak w porównaniu do dwóch poprzednich części, tę ostatnią można określić nawet wisienką na torcie.

To, że Białoruś jest krajem biednym i zniewolonym, wiadomo nie od dziś. Ale od informowania są media, a sztuka? Ma uświadomić prawdę? Ma ją podkreślić grubą krechą? Wolny Teatr może i próbuje zwrócić uwagę na problemy swojego narodu, ale powinien być szczery i to nie tylko na scenie. Bo oto na widowni zasiada założyciel teatru - Nikołaj Khalezin. Pańskie oko niby konia tuczy, więc obecność lidera nie dziwi. Zaskakuje jednak to, że Khalezin - ubrany w markowe ciuchy - niedyskretnie fotografuje cały spektakl. Na scenie bieda aż piszczy, a tu on podgląda ją okiem drogiego obiektywu. Cyfrowa migawka niestety zagłusza odbiór spektaklu - do tego stopnia, że nie dłuży się on podwójnie, ale nawet potrójnie. Jako że to "Tryptyk" właśnie.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego