Wydarzeniem 13 Festiwalu Gwiazd był koncert inspirowany filmowymi rolami Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza. Tytuł sobotniego koncertu, który na gdańskim festiwalu wyreżyserował Janusz Kondratiuk, "Jest dobrze - piosenki niedokończone", jest dobry, bo paradoksalny jak aktorstwo Himilsbacha i Maklakiewicza - pisze Jacek Cieślak w Rzeczpospolitej.
Można było dociekać, o jakie piosenki chodziło. Przecież Himilsbach, choćby pił tylko wodę święconą, swoim sznapsbarytonem nie zaśpiewałby nawet "Sto lat!". A Maklakiewicz? Wolne żarty. Podczas koncertu, który był filmowo-muzycznym montażem, obejrzeliśmy najsłynniejszą scenę dramatyczną z udziałem aktora, kiedy grał w "Polskich drogach" nauczyciela tańca umierającego podczas nalotu SS na jego szkołę. Już nie mówił, ledwo chrypiał, nucąc pod nosem motyw grany na fortepianie przez Beatę Tyszkiewicz. Klasyczne zejście Magia kina sprawiła, że zwariowany duet jednak zaśpiewał. Sekwencja "Jak to się robi": aktorzy w zimowych czapach. Andrzej Kondratiuk, brat reżysera koncertu, w zakopiańskim pensjonacie znalazł swoim ukochanym aktorom schody. Poczuli się jak gwiazdorzy amerykańskiego musicalu czy francuskiej rewii. I zaśpiewali: "Ja i pan, widzę siebie w Cannes!". - Najpierw poznałem Janka - wspomina Janusz Kondratiuk, reżyser koncert