Ludzie legendy. Jan Biczycki

Czy to smutne, czy normalne, że artysta, który przez kilkadziesiąt lat sławił Polskę poza jej granicami, w kraju jest niemal zupełnie zapomniany? Wspomnienie o aktorze JANIE BICZYCKIM.

«Przecież nim w 1965 roku wyjechał do Niemiec, Jan Biczycki zdążył "zapracować sobie na nazwisko".

W 2007 roku w Teatrze Śląskim w Katowicach spotkali się przyjaciele Jana Biczyckiego. Wspominała go m.in. Irena Karel, która debiutowała w Teatrze Komedia, kiedy dyrektorem był Jan Biczycki.

To on z kolegami w 1957 roku założył legendarny klub studentów Politechniki Warszawskiej Stodoła. Wcześniej skończył szkołę teatralną i filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. W czasie studiów pracował jako asystent reżysera (asystował Leonowi Schillerowi) w stołecznym Teatrze Polskim.

Nie dziwi, że został kierownikiem artystycznym Stodoły. Znał się na rzeczy, potrafił pracować z ludźmi. Wraz z nim w klubie pojawił się jazz. Grali najlepsi: Trzaskowski, Kurylewicz, Ptaszyn-Wróblewski, Zabiegliriski, no i oczywiście Krzysztof Komeda. Rodziła się legenda Stodoły, rodziła się legenda Jana Biczyckiego. Trudno dziś w to uwierzyć, ale w klubie grały też takie sławy, jak Ella Fitzgerald, Oscar Peterson, Dave Brubeck, Modern Jazz Quartet, Stan Getz. I to w samym środku komunizmu!

W Stodole jako reżyser Jan Biczycki "wystartował" spektaklem "W tym szaleństwie jest metoda". Potem był "Król Ubu", o którym mówiła cała Polska, a cenzorzy z Mysiej mieli problem: zdjąć spektakl, czy nie.

Na scenie profesjonalnej zadebiutował w Teatrze Dramatycznym w Koszalinie (pracował tam w latach 1959 - 61). Potem... potem zwiedził niemal całą Polskę, bo wiele teatrów chciało go zatrudnić.Reżyserował m.in. w: Kielcach, Katowicach, Lublinie, Krakowie, Wrocławiu, Warszawie... Najgłośniejszą jego sztuką były Niech no tylko zakwitną jabłonie! do słów Agnieszki Osieckiej. Nie schodziły z afisza przez 12 lat! Ostatnim spektaklem, jaki stworzył w kraju, był pierwszy w Polsce musical "My Fair Lady" w Teatrze Komedia w Warszawie. 11 września 1965 roku była premiera. W następnym roku opuścił Polskę. Jeszcze zdążył tu wziąć ślub z Romą Ligocką (malarka, pisarka, autorka "Dziewczynki w czerwonym płaszczyku").

Jan Biczycki urodził się 20 czerwca 1931 roku w Katowicach jako czwarte dziecko Walerii i Jana Biczyckich. Legenda rodzinna głosi, że przyszedł na świat w czepku. Ale - gdy miał 3 miesiące, wydarzyła się tragedia: zmarł jego ojciec. W lutym 1933 roku Waleria Biczycka ponownie wyszła za maż i urodziła jeszcze troje dzieci.

Miał wyjątkową łatwość uczenia się języków. Biegle opanował angielski, niemiecki, rosyjski, włoski, francuski. Znał grekę i łacinę. Pływał, żeglował, grał w tenisa, tańczył. Dobrze grał na fortepianie i na skrzypcach.

Czy właśnie te umiejętności sprawiły, że otrzymał stypendium von Karajana? Kiedy Jan Biczycki wyjeżdżał do Salzburga, miał 34 lata. Czy to wtedy pojawiła się myśl, że pozostanie na Zachodzie?

W 1968 roku zamieszkał na stałe w Monachium. Znalazł zatrudnienie na tamtejszym uniwersytecie (uzyskał stopień docenta) i wykładał wiedzę o teatrze. O ile teoretycznie mógł "wyżyć się" na uczelni, praktycznymi umiejętnościami wykazywał się, grając i reżyserując w Monachium oraz współpracując z teatrami w Hamburgu, Kopenhadze, San Francisco, Wiedniu, Teheranie. Wszędzie, gdzie mógł, przybliżał światu sztuki Gombrowicza i Mrożka. Może po to wyjechał z Polski, by ciągle o niej mówić?

Czy zrobił karierę na Zachodzie? Na pewno był ceniony jako reżyser teatralny. Ale grał też w filmach. Pracował z Krzysztofem Zanussim, Margarette von Trotta. Na planach spotykał się z Richardem Burtonem, Vanessą Redgnwe, Franco Nero, Vittorio Gassmanem czy "naszymi": Danielem Olbrychskim, Mają Komorowską, Barbarą Kwiatkowską (znajoma z czasów Stodoły, z którą grał kilkakrotnie).

Jaki był? Promienny. O niespożytej energii. Przyjaciel każdego, kto miał odwagę być przyzwoitym człowiekiem. Wizjoner. Brat łata, birbant, asceta. Niezły melanż nawet jak na artystę.

Co jakiś czas z Monachium dobiegają niepokojące wieści. Jan Biczycki zmarł 18 lutego 1996 roku w Monachium. Chciał być pochowany w grobie rodziców w Katowicach. Jest - na Cmentarzu Leśnym (Waldfriedhof) w Monachium. I jakoś tak się dzieje, że nie ma tam spokoju wiecznego. Co jakiś czas od monachijskiej Polonii, od ludzi, którym był bliski, dochodzą niepokojące wieści. Ostatnie, że grób pana Jana jest zagrożony likwidacją, ponieważ kwatera nie jest opłacona od ponad 2 lat. W każdej chwili może zostać przekopany. Rodzina w Polsce jest bezradna. Czy to możliwe, że grób reżysera wkrótce zniknie?»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego