"Hamlet" na kozetce u Freuda

"Hamlet" w reż. Moniki Pęcikiewcz w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Pisze Joanna Derkaczew w Gazecie Wyborczej.

«Monika Pęcikiewicz, powracając po ponad roku milczenia, stworzyła jeden z najciekawszych spektakli o utracie: najbliższych, siebie, harmonii świata. Choć w "Hamlecie" szwankuje czasem teatralna machina, opowieść o czasach wykluczających śmierć i ból nie traci mocy.

"Hamlet" jako sztuka o syndromie posttraumatycznym? Czemu nie? Tak w końcu odczytywano wiele greckich tragedii, Vonnegutowską "Rzeźnię nr 5", niektóre dramaty Becketta. U Moniki Pęcikiewicz świat skurczył się do kilkuosobowej rodziny naznaczonej tragedią. Gdy światło się zapala, widzimy ich na tle kurtyny przeciwpożarowej - siedzą oddzielnie wpatrzeni w publiczność, wyglądają jak goście programów typu "Wybacz mi" czy "Ktokolwiek wiedział...". Opowiadają o panującej w królestwie żałobie, przysłaniając oczy, gdy reflektor zbyt natarczywie próbuje wydobyć z nich emocje. Drżące usta, łzy. Ich żałoba jest katatonią, absolutnym spokojem, spod którego wydobędzie się czasem krzyk, szalony taniec, wariacki śmiech, autoagresja. Ale śmierć króla Hamleta to małe trzęsienie ziemi w uporządkowanym życiu bohaterów, to tylko jedna z ukrytych tam traum.

Wrocławski spektakl momentami do złudzenia przypomina "Uroczystość (Festen)" Grzegorza Jarzyny (wg Rukowa i Vinterberga). Wszystko przez bezprecedensowo wyeksponowany wątek rodziny Poloniusza. Adam Cywka gra go tak, jakby grał Jagona. Jest nie tylko intrygantem, ale też ciemną siłą utrzymującą w ryzach terroru wszystkich dworzan. Ten zimny sadysta w koloratce nawet parze królewskiej nie oszczędza bólu i upokorzeń. Swoje dzieci - Ofelię (Anna Ilczuk) i Laertesa (Jakub Giel) - wzorem ojca z "Festen" gwałcił prawdopodobnie przez całe dzieciństwo. Między nimi także wytworzyła się chora erotyczna więź. Gdy podczas pożegnania z Laertesem Poloniusz szamoce się z nim o uścisk Ofelii, a potem triumfalnie liże jej policzek, trudno mieć wątpliwości co do przeszłości tej trójki. To o tyle ciekawe, że polski teatr dopiero co elektryzował się powrotem dwóch zbyt długo milczących reżyserek - Agnieszki Olsten z "Otellem" i właśnie Pęcikiewicz z "Hamletem".

Samego księcia Danii na scenie prawie nie ma. Michał Majnicz, który grał już świetne role u Mai Kleczewskiej ("Makbet"), Marka Fiedora (m.in. "Baal"), Remigiusza Brzyka, tym razem chowa się w trudnej do przyjęcia konwencji "być, ale nie być". Wypowiada monologi, kwestie dialogowe, ale pozostaje nieobecny, jakby przysłany na scenę przypadkiem, w zastępstwie. Zarośnięty, w dżinsach i skórzanej kurtce mógłby uchodzić za starzejącego się fana rocka, który przy gitarze i winylach przegapił moment, gdy jego rówieśnicy dorastali. Teraz niedojrzały, traktowany przez wszystkich jak niebezpieczne dziecko, nie może odnaleźć się w nowej, bolesnej rzeczywistości. Wrzucony niby w sen jak Henryk ze "Ślubu" Gombrowicza nie do końca wierzy w swoje położenie. Stąd jego ogromne zdziwienie, gdy Poloniusz ginie z jego ręki naprawdę, a nie na niby.

Monika Pęcikiewicz i dramaturg Marzena Sadocha położyły "Hamleta" na psychoanalitycznej kozetce. Po Freudowsku zajęły się penetracją nieświadomości, która wydobyta i powiększona pojawia się w psychodelicznych projekcjach (Grzegorz Nowiński). Koszmarne głowy jeleni wbite w krajobraz Marsa, drapieżne żyrandole wyciągające ramiona ku ziemi, hiperrealistyczne leśne krajobrazy rozsypujące się piksel po pikselu. Te koszmary mogła wygenerować tylko mieszczańska wrażliwość, nieznająca większych tragedii niż pęknięta żarówka i ślady brudnych rąk na ścianie.

Przedstawienie prawie w całości koncentruje się na badaniu szczelin umysłu. W minimalistycznej przestrzeni kolejne postaci przeżywają kryzysy wytrzymałości. Gertruda (Ewa Skibińska), nie porzucając szykownej garsonki, nie rujnując fryzury, odgrywa przed Klaudiuszem (Mariusz Zaniewski) przedśmiertny taniec zdekapitowanego indyka. Na twarzy Rozencrantza (Adam Szczyszczaj) w pewnej chwili zamiera na dobre głupkowaty uśmiech - podkreślony szminką zostanie tam do końca, podobnie jak kwestia "Aktorzy przyjechali". Ofelia w świetnej scenie podwójnego samobójstwa (najpierw na niby, z użyciem noża zabawki i hektolitrów sztucznej krwi, potem przez utopienie w wannie) pokazuje szaleństwo tym straszniejsze, że dziewczęce, pełne wdzięku.

Spektaklowi zdecydowanie brak rytmu, głównego bohatera i tego szczególnego czaru powodującego, że nie sposób oderwać oczu od sceny. Nieudane są także próby wychodzenia aktorów z ról i przemawiania z pozycji prywatnej. Jednak kilka rewelacyjnych scen i konsekwentnie przeprowadzony temat utraty sprawiają, że "Hamlet" ten staje się jedną z ciekawszych opowieści o naszych czasach - nieoswojonych z bólem, nieumiejących "umierać po ludzku".»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego