Mało miasta, dużo seksu

W trakcie tego krótkiego przedstawienia można odnieść wrażenie, że będzie trwało w nieskończoność, bo kolejnych rodzajowych, zabawnych scenek można by dopisać sto tysięcy. - o spektaklu "Wrocław, sex i brzydkie słowa" Teatru Ad Spectatores we Wrocławiu pisze Marta Bryś z Nowej Siły Krytycznej.

«Wrocław ma wiele szczęścia, bo oprócz teatrów instytucjonalnych posiada tzw. off, który wielokrotnie przebija poziomem artystycznym zawodowe sceny Dolnego Śląska. Entuzjazm aktorów, talent reżysera i autora tekstów, bezpretensjonalność spektakli wielokrotnie zapewniały komplety na widowni. Teatr Ad Spectatores po raz kolejny zaproponował widzom "wrocławski" spektakl, jednak zaprezentowana pierwsza z czterech części ujawniła wiele niedociągnięć.

"Wrocław, sex i brzydkie słowa" zapowiadano jako analizę atmosfery miasta, o którym tak często mówi się w superlatywach. Pomysł fabularny dość prosty - zaczyna się od występu ulicznych śpiewaków, którzy przy dźwiękach warszawskiej piosenki "Milionerzy" wprowadzają widownię na piętro Browaru. Następnie poznajemy stryja (Michał Wielewicki), który przyprowadził swojego bratanka (Piotr Zakrzewski) do peep-show, chcąc przyśpieszyć jego inicjację seksualną. Tam spotykają Zygfryda (Marcin Chabowski) - neonazistę szukającego odprężenia w drodze na wrocławską manifestację na Rynku. Wraz z prostytutkami (Agata Kucińska, Aleksandra Dytko) oraz homoseksualnym tancerzem (Paweł Kutny) próbują wszelkich sposobów na przełamanie nieśmiałości bratanka - wielbiciela teatru. Wobec wielokrotnych porażek, wyciągają dmuchaną owcę, co okazuje się rozwiązaniem zadowalającym klienta. Tę historię wspomina następnie lekarz, odpytujący studenta medycyny z zapłodnień In-vitro, następnie lekarski egzamin wspomina robotnik - potajemny kochanek, który ginie od strzału z pistoletu zazdrosnego męża. Powierniczką tej ostatniej jest kobieta - mąż przypomina ku przestrodze, co ją czeka, gdy pomyśli o zdradzie. Pięć precyzyjnie połączonych ze sobą scenek-historii dopiero zaznacza tematy, które staną się osią wrocławskiej tetralogii.

Chcąc pisać o najnowszym spektaklu Masztalskiego, należy się zastanowić, czy można oceniać serial po pierwszym odcinku. Z jednej strony bowiem to fragment większego opowiadania, z drugiej reżyser prezentuje go w formie zamkniętego spektaklu. Ponownie nie zawodzą aktorzy, potrafiący wydobyć z tekstu wszystkie niuanse, dzięki którym można stworzyć wielobarwne postaci. Temat "wrocławskości" zupełnie zagubił się w gąszczu fabuły. Oprócz kilku nazw ulic i haseł dla wtajemniczonych ("życie jest na Bogusławskiego" - pod wiaduktem kolejowym, gdzie ciągnie się pasaż mrocznych knajp) niewiele może świadczyć o przywiązaniu historii do miasta. Masztalski i jego zespół wielokrotnie udowodnili, że absurd i cynizm są bliskimi im środkami, a zatem mogli kontynuować tę konwencję w przedstawianiu Wrocławia. Ale może ciąg dalszy nastąpi. Otwarta forma pozwala aktorom na wiele interakcji z publicznością. Masztalski postanawia iść dalej i wprowadza do spektaklu piętnastominutową akcję przemieszczania widzów na przeciwne strony ("w celu uzyskania równowagi energii"). Niewiele, niestety, wynika z tego manewru, bo po usadowieniu widowni spektakl jest kontynuowany.

"Wrocław, sex i brzydkie słowa" na pewno udowadnia, że Masztalski posiada ogromną lekkość i łatwość pisania dynamicznych scen. W trakcie tego krótkiego przedstawienia można odnieść wrażenie, że będzie on trwał w nieskończoność, bo kolejnych rodzajowych, zabawnych scenek można by dopisać sto tysięcy. I, pewnie nie aż tyle, ale co najmniej kilkanaście Masztalski niedługo zaprezentuje wrocławskiej publiczności. Odcinek pierwszy spełnił założenie - przedstawił bohaterów, zarysował fabułę. Trudno wyrokować, w którą stronę się rozwinie, ale na pewno warto ten proces rejestrować.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego