Makbet i bogini ciemności

- Część publiczności jest kompletnie przerażona, część zachwycona i po spektaklu bije brawa na stojąco - o "Makbecie" w reż. Mariusza Grzegorzka w Teatrze im. Jaracza w Łodzi, opowiadają IRENEUSZ CZOP i KAMILA SAMMLER.

«"Makbet" Williama Szekspira, tragedia sprzed niemal czterech wieków, do dzisiaj zachowuje aktualność, o czym przekonaliśmy się na łódzkiej premierze tej sztuki 5 kwietnia w Teatrze im. Jaracza.

Spektakl w reżyserii Mariusza Grzegorzka jest bardzo przejmujący i osobisty, ale jednocześnie zbyt oddalony od pewnych faktów dramaturgicznych podanych przez autora. Reżyser skupił się na własnym, współczesnym odczytaniu legendarnego dzieła, może dlatego jest główna postać dramatu - Makbet, fantastycznie zagrany przez jednego z najlepszych aktorów szekspirowskich w kraju, Ireneusza Czopa, ale nie ma on partnerki w osobie Lady Makbet (przesadnie wyciszona, a momentami wręcz bezbarwna Ewa Wiśniewska-Audykowska). Nie ma też partnerów w pozostałych postaciach, których odtwórcy bardziej są statystami aniżeli aktorami. Za wyjątkiem kapitalnych trzech Wiedźm (Grażyna Walasek, Dorota Kiełkowicz, Justyna Wasilewska) i robiącej piorunujące wrażenie ich władczyni Hekate, czyli Bogini Ciemności i Śmierci w porywającej interpretacji Kamili Sammler.

Po premierze rozmawiałem z Ireneuszem Czopem i Kamilą Sammler.

***

WEWNĘTRZNA DOJRZAŁOŚĆ

Rozmowa z Ireneuszem Czopem

Bohdan Gadomski: Jak zareagował pan, gdy dowiedział się, że będzie grał Makbeta?

Ireneusz Czop: Byłem bardzo zaskoczony, bo myślałem, że znajdę się w obsadzie, ale nie przypuszczałem, iż będę Makbetem. Dzięki tej roli uświadomiłem sobie, że wchodzę w kolejny etap swojego życia zawodowego i że jestem już dorosły.

To chyba jedna z najtrudniejszych ról szekspirowskich?

- Tak. W Anglii mówi się, żeby nie używać podczas pracy nad Makbetem brzmienia tego tytułu i coś w tym musi być. To bardzo kapryśny dramat i energia, która w nim występuje, musi być bardzo uważnie śledzona.

Co jest najtrudniejsze w tej roli?

- Wewnętrzna dojrzałość, czyli rodzaj dystansu do tego, co się robi podczas pracy nad nią, że tak naprawdę dotyka się czegoś więcej niż tylko zawodowego podejścia do kolejnego zadania. Tutaj dotyka się bardzo ciemnych stron natury człowieka, co jest niebezpieczne.

W jakim stopniu pomógł w stworzeniu tej postaci reżyser Mariusz Grzegorzek?

- Jestem szczęśliwy, że spotkałem tego reżysera na swojej drodze i chciałbym, aby on tak kiedyś powiedział o mnie. Nasza współpraca była musująca, bo coś w niej było z dojrzewającego wina. Wspólnie czerpaliśmy z siebie.

Ten "Makbet" to bardziej popis reżyserski niż aktorski.

- Nie ma dobrego spektaklu bez dobrych aktorów i odwrotnie. Jeżeli ten spektakl jest wysoką wypowiedzią artystyczną Mariusza Grzegorzka, to jestem szczęśliwy, że biorę w mej udział.

Oczekiwano wielkiego wydarzenia teatralnego, wielkich kreacji, a tymczasem...

-Ja jestem bardzo zadowolony, że gram tę rolę w tym spektaklu.

Ile razy zagrał pan Makbeta?

- Pięć razy w Łodzi. Mam w sobie trochę żalu, że ta praca już się skończyła, ale reżyser jest na każdym spektaklu, a ja czuję, że zrobiliśmy naprawdę dobrą robotę. Myślę, że spektakl będzie ewoluował, bo każdego wieczoru można w nim odnaleźć kolejną ciekawą historię. 16 maja jedziemy na Festiwal Sztuki Aktorskiej do Kalisza.

Jak przyjmuje "Makbeta" publiczność?

- Część jest kompletnie przerażona, część zachwycona i po spektaklu bije brawa na stojąco.

***

FASCYNUJĄCE ZADANIE

Rozmowa z Kamilą Sammler

Bohdan Gadomski: Podobno rolę Hekate otrzymała pani bardzo późno?

Kamilą Sammler: Owszem, ale miałam wystarczająco dużo czasu, żeby się do niej przygotować, aby była to moja pewna deklaracja artystyczna, która miała być realizacją propozycji reżysera. Starałam się wykonać ją zgodnie z jego założeniami, czyli sugestywnie. Zdarza się, że rola powstaje na jednej próbie. Ja miałam ich kilka.

To chyba bardzo trudne zadanie zagrać Boginię Śmierci?

- W przypadku tego rodzaju ról nie ma odniesienia historycznego. Trzeba się opierać na własnej intuicji, bo jest to postać przywołana z przeczuć, z magii, postać absolutnie ahistoryczna, czyli nie ma się w niej do czego odwoływać. Gram ją w świecie odrealnionym, który inspiruje Makbeta. Jest całkowicie odrębna od tego, co widzimy w dramacie.

Co okazało się najtrudniejsze w stworzeniu tak przedziwnej i strasznej postaci?

- Skumulowanie w sobie pokładów zła i agresji. To było dla mnie fascynujące zadanie, oderwana od realizmu artystyczna, kreacja, która mnie najbardziej w teatrze interesuje. Inspiracją były dla mnie nie odniesienia historyczne czy

literackie, ale wyobraźnia i intuicja aktorska. Możliwość stworzenia świata, który musi być na tyle sugestywny, że pochłania bohatera jak piekło. Zrobiłam też założenie, które, mam nadzieję, sprawdziło się, choćby w ten sposób, iż nadało mojej obecności na scenie intensywności, że kierowana ciemną miłością do Makbeta chcę, żeby poznał mój świat śmierci i zła.

Jak czuje się pani w kontrowersyjnej, jak się okazało, wizji inscenizacyjnej Mariusza Grzegorzka?

- To było zderzenie pewnej określonej koncepcji reżysera z moją wizją, co do zastosowania odpowiednich środków aktorskich. Mariusz Grzegorzek w ogóle daje aktorom dużą swobodę, kocha aktora i ufa mu, co mnie bardzo inspiruje. On tylko koryguje aktora i subtelnie nim kieruje. "Makbet" jest jego inscenizacją autorską. Mariusz jest osobowością bardzo wyrazistą, a "Makbet" jest konsekwencją jego poszukiwań artystycznych, co ja szanuję, bo każdy artysta ma do tego prawo. Po raz kolejny spotkałam się z nim w pracy i chętnie będę dalej z nim pracowała. Artysta tego typu co Grzegorzek zawsze będzie szedł własną drogą. Przekraczając granice, zawsze będzie narażony na kontrowersyjne opinie.

Osobiście widziałbym właśnie panią w roli Lady Makbet, której odczytanie przez Ewę Wiśniewską-Audykowską jest nieporozumieniem.

- Jestem aktorką pokorną. Umiem znaleźć przyjemność i satysfakcję w każdym powierzonym zadaniu.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego