Trawestując słowa Mickiewicza i tytuł filmu Konwickiego, dałoby się powiedzieć, że aktorstwo Holoubka było jak lawa. Z pozoru chłodne i wykoncypowane, w głębszych warstwach wręcz żarzące się emocjami, eksplodujące goryczą i żalem - pisze Jacek Wakar w Dzienniku.
Trudno posegregować wspomnienia. W mojej pamięci nakładają się obrazy z Gustawem Holoubkiem w roli głównej. Wielka Improwizacja z Dejmkowskich "Dziadów" z 1967 roku. Wyprostowana sylwetka Konrada i słowa Mickiewicza jak sztylet przeszywające powietrze. A potem, w przełomowym roku 1989, oglądana podczas specjalnego seansu z udziałem reżysera Tadeusza Konwickiego "Lawa". Tam też nie grał, a był Konradem. I można było odnieść wrażenie, że cały ten poruszający film powstał dla drugiej Wielkiej Improwizacji Holoubka. Wtedy, u Dejmka, na scenę wychodził buntownik w imię ideałów wolnej Polski i wolnej w niej inteligencji. 22 lata później Stary Konrad rozmawiał ze swym odbiciem z minionego czasu. Gorzko, ściszonym głosem, który z rzadka nabierał nieoczekiwanej siły. Z pasją, ale i świadomością mędrca, który wie doskonale, jak niewiele zostało. Rozlicza więc siebie i nas słowami poety, w mgnieniu oka stającymi się jego własnym przesłaniem. Wys