Ostatni pancerny

- Jestem sam sobą zawiedziony - mówi warszawski aktor WŁODZIMIERZ PRESS. - Dużo winy leży bowiem we mnie, że więcej nie osiągnąłem. Ale to nie efekt braku zdolności, lecz wiary w samego siebie.

«Mam dystans do siebie

Znali go bodaj wszyscy. Zagrał rolę Grigorija w serialu "Czterej pancerni i pies". Niestety, potem Włodzimierz Press w filmie pojawiał się już sporadycznie.

Przystojny Grigorij Saakaszwili podbił serce nie tylko filmowej Lidki, ale i innych kobiet. Zagrał w wielu innych ekranizacjach, ale - jak sam mówi - były to raczej epizody niż znaczące role. Od lat występuje w stołecznych teatrach. Związał się także z dubbingiem. Dzieciom znany jako głos kota Sylwestra z bajek z serii "Zwariowane melodie" bądź głos smerfa Łasucha. Do dziś aktywny zawodowo, ale chyba jako jedyny z "pancernych" jakby zapomniany.

Na początku naszego spotkania plotkujemy o innych aktorach. Jak się zmienili, co dzisiaj robią. Bo z dawnego Grigorija niewiele pozostało. Gruzin z ciemną czupryną i wąsem to już tylko historia. Mimo upływu lat jednak rozpoznawalny. - Zadaję sobie pytanie, jak to możliwe. Widocznie są jakieś elementy, jak fizjonomia, mimika, które charakteryzują człowieka i pozwalają na jego rozpoznanie. U mnie zaszły zmiany, dlatego jestem zdziwiony, ale i szczęśliwy, że jest we mnie coś, co jest tylko moje. Mimo łysiny, okularów ludzie mnie rozpoznają.

Urodził się we Lwowie. Jego korzenie nie sięgają jednak wschodnich rubieży, bowiem narodziny we Lwowie to czysty przypadek. - Matka, będąc w ciąży, uciekała na wschód przed Niemcami i tam przyszedłem na świat - tłumaczy. Stwierdza, że ma żydowskie pochodzenie. Jego ojciec zginął w Treblince. Matka musiała wyjechać z Polski po wydarzeniach marcowych 1968 roku. W rodzinie nie było żadnych artystycznych tradycji.

Po wojnie krótko przebywał w Krakowie, potem w Łodzi, gdzie rozpoczął edukację szkolną. Po kilku miesiącach znalazł się jednak w Warszawie. - Tam kontynuowałem naukę w pierwszej klasie - mówi. - Jestem warszawiakiem, może nie z urodzenia, ale z zasiedzenia.

Maturę zdał w ogólniaku na Dolnym Mokotowie. Był w klasie wybitnych ludzi. M.in. z Feliksem Falkiem, Marcelim Łozińskim. - Żyliśmy życiem społeczno-kulturalnym i stanowiliśmy paczkę przyjaciół - dodaje.

Już w szkole nauczyciele zauważyli, że dobrze recytuje, że lubi to robić, występować, bawić się słowem. Po wygranej w szkolnym konkursie recytatorskim doszedł do finału krajowego. Zdobył trzecie miejsce. - Zbliżając się do matury, wiedziałem, że to jest mój kierunek. Dlatego zdawałem do szkoły aktorskiej. W przeciwieństwie do mojego późniejszego kolegi z planu filmowego Janusza Gajosa, który miał problemy, ja dostałem się od razu. Dziś on jest wybitnym aktorem, a ja, średniakiem.

Studiował w PWST w Warszawie, w jednej grupie m.in. z Ewą Wiśniewską, Emilią Krakowską, Tadeuszem Borowskim. - Byliśmy pod opieką Jana Kreczmara, rektora szkoły. W przedstawieniu dyplomowym zagrałem rolę Macky Majchera w "Operze za trzy grosze" Bertolta Brechta w reżyserii Aleksandra Bardiniego. Dla mnie i moich kolegów powierzenie mi tej roli było zaprzeczeniem wyobrażenia o tej postaci. Wcielanie się w nią pod okiem Mistrza stanowiło poważne przeżycie. Prot. Bardini obsadził mnie w tej roli trochę na zasadzie kontry, co było wielkim wyzwaniem, ale dawało satysfakcję i zawodową pozycję.

Po ukończeniu studiów, bez żadnych problemów otrzymał więc pracę w teatrze. - Zaczynałem w Teatrze Ludowym, kiedy był jeszcze na Pradze - wyjaśnia. - Dyrektorem był wtedy Jerzy Rakowiecki. Obejrzał nasze dyplomy i zaangażował mnie, a także piękną i utalentowaną Ewę Wiśniewską, która w tym spektaklu grała rolę Poli. Tam dostałem prawdziwy wycisk.

Potem Teatr Ludowy przeniesiono na ulicę Puławską na Mokotowie, a dyrektorem został Jan Kulczyński. To za jego czasów otrzymał propozycję gry w serialu "Czterej pancerni i pies". I to on, jak podkreśla, zwolnił go do pracy na planie filmowym, co wcale nie było łatwe, gdyż w teatrze miał silną pozycję i jego odejście psuło zamierzenia repertuarowe.

Kilka miesięcy wcześniej próbował już zagrać w filmie, ale bez powodzenia. Brał udział w zdjęciach próbnych do "Faraona" w reżyserii niedawno zmarłego Jerzego Kawalerowicza.

- Ubzdurało mi się nawet, że jest dobrze, iż otrzymam główną rolę - mówi.

- Po zdjęciach próbnych pożegnano się ze mną stwierdzeniem... być może do zobaczenia na planie.

To dawało mu powody do optymizmu. Bardzo chciał wystąpić w tym filmie, ale jakoś nie wierzył, że to się uda.

- Czekałem jednak na telefon - opowiada. - Dopiero z prasy, po jakimś czasie dowiedziałem się, że film jest już realizowany, a odtwórcą głównej roli został Jerzy Zelnik, notabene mój dobry, młodszy kolega z podwórka. Śmiałem się, że wyhodowałem sobie żmiję na własnej piersi. Ale on zagrał tę postać doskonale. Był to jednak dla mnie wielki zawód. Pierwszy w mojej karierze.

Do serialu trafił właściwie przypadkiem. Ktoś zadzwonił, ale już dziś nawet nie pamięta, kto. - Szukali bruneta o południowej urodzie i mnie widzieli w tej roli - wspomina. - Nie wierzyłem, że coś z tego wyjdzie. Poszedłem raczej dla paru groszy, gdyż wówczas cienko prządłem. Poza tym to był obraz wojenny, a ja wcześniej nie miałem żadnego kontaktu z wojskiem, nawet na studiach.

Na zdjęciach próbnych natknął się na Janusza Gajosa. Razem zagrali scenę bójki. I już nazajutrz otrzymał telefon, że jest zaangażowany. - Nie wiem nawet, ilu kandydatów było do tej roli. Miałem 25 lat i przed sobą rolę Grigorija Saakaszwili, Gruzina w polskiej armii.

Zdjęcia do serialu trwały kilka lat. Zaczęli w styczniu 1965 roku, skończyli w 1970 roku. Były jednak dwie długie przerwy. Pierwsza część zdjęć skończyła się zgodnie z powieścią Janusza Przymanowskiego. Powodzenie filmu było jednak tak duże, że zdecydowano się na dokręcenie kolejnych odcinków. Konieczne było zatem dopisanie scenariusza, co pochłonęło trochę czasu. W tych przerwach wracał do macierzystego teatru.

Załoga "Rudego 102" stanowiła grupę przyjaciół nie tylko w filmie, ale także poza nim. - Nie było między nami żadnej rywalizacji. Wbrew niektórym opiniom, nie było także żadnej kokieterii w stronę koleżanek z planu. Mało z nimi przebywaliśmy. Lubiliśmy się, ale nic więcej, żadnych flirtów. Zresztą ja

dość wcześnie poznałem moją późniejszą żonę Renatę. Właśnie na planie. Była wtedy studentką szkoły plastycznej i pracowała jako kostiumolog. Pobraliśmy się i na świat przyszedł syn. Chyba jedyne dziecko pancernych urodzone na planie. Syn ma na imię Grześ, ale nie na cześć kreowanej przeze mnie postaci, tylko ze względu na pamięć mojego ojca, Grzegorza. Jest bardzo dobrym fotoreporterem.

Aktor podkreśla, że postać Grigorija nie była pasjonująca - Prawdziwym ładunkiem dramaturgicznym obdarzony został Janek Kos - mówi. - Ja byłem

tylko mechanikiem czołgu. Moim zadaniem było dojechać i pilnować, żeby tank był zawsze w bojowej gotowości. Co ciekawe, nie miałem prawa jazdy i słaby wzrok. Oni szli na akcje, a ja zostawałem w czołgu. Janek szukał ojca, miał dziewczynę, psa, był dowódcą. Prawdziwy bohater.

To była jego pierwsza rola filmowa, co wcale, jak zauważa, nie było takie proste. - Trzeba było być bardzo skoncentrowanym, film kręcono na taśmie, więc należało uważać, bo każdy dubel, to dodatkowe koszty. Były też zobowiązania wobec kolegów, aby niczego na planie nie popsuć. Bo wpadka niszczyła całą ich pracę.

Nie ukrywa, że popularność filmu była dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Dodaje jednocześnie, że nikt nie czuł jakiejkolwiek presji politycznej. - To była zwykła przygoda, normalna produkcja, żadnej podbudowy propagandowej, co dziś tak często zarzuca się temu serialowi - tłumaczy.

Niestety, wielka popularność nie zmieniła jego zawodowej kariery. - Nic z tego filmu nie wynikało - mówi. - Może gdybym został w teatrze, nie miałbym pewnie tak wielkiej sympatii widowni, ale może robiłbym ciekawsze rzeczy, niż robiłem.

Przyznaje, że szufladkowanie czasem przeszkadza. - Poza tym ról dla ludzi o mojej fizjonomii było znacznie mniej, niż dla takich osób, jak Janusz Gajos, niczego mu oczywiście nie ujmując.

Po zakończeniu realizacji serialu wrócił do Teatru Ludowego. Występował tam do 1974 roku. Jak zauważa, nigdy się nie zdarzyło, aby ktoś z widowni krzyknął, o, Grigorij! - Może dlatego, że prywatnie byłem zupełnie inny, na scenie występowałem przecież w okularach, bez wąsów. Oczywiście, rozpoznawano mnie, ale bez okrzyków, proszono jedynie o autograf. Nie czułem, żeby ta rola ciągnęła się za mną. Nie miałem jednak innych propozycji filmowych, co wprawdzie mnie nie dziwiło, bo zawsze miałem dystans do siebie.

W 1974 roku przeszedł do nowo otwartego Teatru Kwadrat, który utworzono w ramach TVR Pracę zaproponował mu Edward Dziewoński, który został dyrektorem tej placówki. - Zaskoczyło mnie to. Wszak on był kabareciarzem. Widać dostrzegł jednak we mnie walory komediowe.

Zagrał główną rolę w pierwszej premierze w "Kwadracie". Wystąpił w spektaklu "Prawdziwy mężczyzna" obok koleżanki ze studiów Ewy Wiśniewskiej. Na scenie prezentował się często i to w dużych, ciekawych rolach. - To był świetny zespół. Halina Kowalska, Gabriela Kownacka, Jan Kobuszewski, Janusz Gajos, Jarema Stępowski, Krzysztof Kowalewski i wielu innych. Dobrze się czułem wśród tych ludzi i w komediowej konwencji.

W Teatrze Kwadrat występował do 1981 r., do wybuchu stanu wojennego. Co prawda Edward Dziewoński "obiecywał": - Dziecinko, za dwa tygodnie

będzie po wszystkim, ale trwało to znacznie dłużej. - Braliśmy udział w bojkocie wszelkich mediów. Graliśmy tylko w teatrze. Wcześniej sporo występowałem w Teatrze Telewizji, grałem nawet główne role. Jakie? Przyznam szczerze, że nie pamiętam. W moim wieku to już skleroza. A tak na serio, to nie utrwalam w sobie swoich sukcesów.

Widząc, że sytuacja w kraju nie zmienia się, postanowił wyjechać do matki, do Paryża. Po wydarzeniach marcowych wyjechała bowiem najpierw do Izraela, a potem trafiła do stolicy Francji. - Pojechałem do niej na wakacje - mówi. - Z żoną i dwójką dzieci. A potem, wiedząc, że nic mnie nie czeka w teatrze, gdyż nie miałem żadnej artystycznej propozycji, postanowiłem przedłużyć pobyt.

Napisałem list do dyrektora Dziewońskiego z prośbą o roczny urlop bezpłatny. Wyraził zgodę.

Po jakimś czasie Edward Dziewoński napisał do niego, że skoro Teatr Kwadrat funkcjonował w ramach struktur TVR a telewizja została zmilitaryzowana, to przedłużenie przez niego pobytu we Francji potraktowano jako dezercję. Jednocześnie przepraszał go i zapewniał o pomocy i ponownym zaangażowaniu po powrocie.

Wtedy też zdecydowali z żoną, że zostają we Francji dłużej. Jak mówi, uczynili to dla edukacji dzieci. - Poszły tam do szkoły. I zostały na dobre. Córka mieszka tam do dziś, a syn wrócił po ośmiu latach. Ja wróciłem do Polski w 1987 roku, zaś żona dopiero z chwilą zakończenia edukacji dzieci.

Przyznaje, że tęsknił za teatrem. Mógł co prawda spróbować swoich aktorskich sił w Paryżu, wszak uczynili tak i Andrzej Seweryn, i Wojciech Pszoniak, ale nie poradził sobie z językiem francuskim.

Kiedy wrócił do Polski, usłyszał, że dyrekcję w Teatrze Dramatycznym przejmuje Zbigniew Zapasiewicz. Znał go ze szkoły teatralnej, był jego studentem. Zgłosił się zatem do niego i został przyjęty. W stołecznym Teatrze Dramatycznym występował do 1991 roku. Grał różne role i był z nich zadowolony. - Paradoks polega na tym, że wówczas zdałem sobie sprawę, że nie zaistniałem w polskim filmie. Bo jeśli już występowałem, to w jakichś epizodycznych rolach. Np. Żyda w "Korczaku" albo syna Stalina w "Europa, Europa".

Wiele osób dziwiło się, że tak mało występuje w filmie, iż zniknął po grze w popularnym serialu. Na portalu internetowym Kino Polska, jeden z uczestników forum o imieniu Waldemar napisał: "Rola, zresztą wspaniała, Grigoriego Saakaszwili - była rolą jego życia. Nie pamiętam go z innych filmów. No, może jakiś tam epizod nałogowego alkoholika w jednym z odcinków "Znaków szczególnych", gdzie grał prowincjonalnego aktora i męża młodszej koleżanki Bogdana Zawady. Zauważcie, że wszyscy pozostali "pancerni", a więc Janusz Gajos, Roman Wilhelmi, Franciszek Pieczka i Wiesław Gołas, ba! nawet Witold Pyrkosz, a więc wszyscy ci aktorzy zrobili potem (i robią) oszałamiające kariery. Press nie".

Wtórowali mu inni. "Press po części jest sam sobie winien, że go nigdzie nie brali, więc niech tak nie narzeka. Mógł zabiegać o różne role i wykorzystać sławę po pancernych".

Aktor tłumaczy, że nie miał propozycji. - Nie lubię się narzucać, nie walczę o siebie - dodaje. - Czułem się zawiedziony, ale tłumaczyłem sobie, że może mam to, na co zasłużyłem. Nie buntowałem się jednak, nie złościłem, iż fantastycznego aktora odstawiono na boczny tor. Daleko mi do takiego. Umiem dać z siebie wiele, jestem rzetelny, ale to może za mało. Zdaję sobie sprawę, że nie miałem żadnej propozycji uczestnictwa w jakimkolwiek wydarzeniu polskiej kinematografii. Ani kiedyś, ani dzisiaj. Jeżeli jestem zatem czymś wżyciu rozczarowany, to samym sobą, a nie światem.

Po powrocie z Francji nie grał jednak tylko w teatrze. Otrzymał również propozycje dubbingowania filmów i pracy w radiu. Czyni to do dzisiaj. W dubbingu było kilkanaście ról w filmach dla dzieci i animowanych. W radiu także na brak zajęcia nie narzeka. I bardzo ceni sobie te formy artystycznej pracy.

- Dubbing i radio bardzo mnie mobilizowały - mówi. - Do słuchowiska czy poezji należało się we właściwy sposób przygotować. Jednocześnie nie ma stresu, bo zawsze wszystko można powtórzyć, nie to, co na żywym planie. Nie ma też uczenia się na pamięć, co zawsze zabierało mi dużo czasu.

Nie ukrywa, że jest zdziwiony, iż obecnie przy takiej liczbie seriali telewizyjnych otrzymał tylko dwie propozycje.

- I to małe - wyjaśnia. - Dwa epizody. W "Kryminalnych" i w "M jak miłość". Aż wstyd o nich mówić. Nikt mnie nie widzi w znaczącej roli, która jest ogniwem dramatu w serialu. Od mojego powrotu z Francji, a to już 20 lat, nie występowałem w żadnej telewizji, ani w TVN, Polsacie, ani też na Woronicza. Dobrze, że mam dubbing, no i teatr.

Pojechał ponownie do Paryża. Tym razem na dziewięć miesięcy. Kiedy powrócił, Teatrem Dramatycznym kierował już Maciej Prus. I nie widział go w zespole. Poszedł zatem do Jerzego Grzegorzewskiego, do Teatru Studio, który mieścił się obok, także w Pałacu Kultury i Nauki. Przyjął go chętnie.

- U niego wszystko, co się grało, było ważne. Wiele wcieleń i wiele ważnych aktorskich zadań. To była ciekawa konfrontacja z tym wybitnym reżyserem.

Od blisko trzech lat jest na emeryturze. Ale dalej grywa w teatrach. Obecnie można go zobaczyć w sztuce "Bomba" Macieja Kowalewskiego, na deskach Teatru na Woli. - W tym spektaklu występuje 23 aktorów z różnych teatrów z różnych miast. To trudne przedsięwzięcie organizacyjne, ale wartościowe artystycznie. Docenione przez publiczność i krytykę. Gram w nim księdza proboszcza, co pozytywnie odnotowano w kilku recenzjach. Ciągła aktywność zawodowa to nie tylko przyjemność, ale i konieczność. Finansowa. Z samej emerytury człowiek bowiem nie wyżyje. Tantiemy za "pancernych" są niewielkie.

Występuje również w Teatrze Syrena w sztuce "Won" Ryszarda Marka Grońskiego, w inteligentnej adaptacji "Moralności pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej. Gra Felicjana Dulskiego, który u Zapolskiej mówi zaledwie jedno zdanie, a tu zdobywa się na protest i wygłasza ostatni, buntowniczy monolog wołając na końcu: - Won!

Już niebawem pojawi się w kolejnej sztuce na deskach "Syreny". Rozpoczynają się bowiem próby do przedstawienia "Pajęcza sieć" Agathy Christie w reżyserii Wojciecha Malajkata.

Nie czuje się jednak artystą spełnionym. - Jestem sam sobą zawiedziony - mówi. - Dużo winy leży bowiem we mnie, że więcej nie osiągnąłem. Ale to nie efekt braku zdolności, lecz wiary w samego siebie. Nie jest jednak chyba aż tak źle, bo choć nie było wielu sukcesów, to klęsk też nie było. Na pewno nie mam się czego wstydzić.

Z kolegami z czołgu ma mały kontakt. Właściwie się nie widują. Po latach spotkali się przy okazji 40-lecia realizacji filmu. Wtedy z sympatią powspominali lata, kiedy ciężko pracowali, a sława im się nie śniła.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego