Ukąszeni przez "Kobrę"

Ponad 90 procent oglądalności osiągał telewizyjny Teatr Sensacji "Kobra", gdy w Polsce istniał tylko jeden kanał, a telewizor był luksusem. Teraz TVP przypomina opowieści kryminalne z cyklu, który narodził się 50 lat temu. Młodzi widzowie są zaskoczeni, że spektakle z trzema aktorami w dekoracjach z dykty budzą większą grozę niż współczesne thrilery - pisze Sławomir Kmiecik w Głosie Wielkopolskim.

«Dzień dobry, jestem z "Kobry" - tego żartobliwego powiedzenia, służącego dawniej do rozładowywania napięcia w towarzystwie, młodzi Polacy nie rozumieją, a tym bardziej nie odnoszą go do telewizyjnego kryminału. Dla nich "Cobra" to raczej amerykański film, w którym Sylvester Stalone, jako nieustraszony policjant, rozprawia się z bandytami przy pomocy karabinu z perłową rękojeścią i laserowym celownikiem. W wielkopolskim Kościanie "Kobra" to sekcja trójboju siłowego, w podwarszawskich Łomiankach - klub oyama karate, a w Łodzi - biuro ochrony osób i mienia. Do sensacji nawiązuje jedynie warszawska spółka Kobra Media, która wydaje popularne książki Joanny Chmielewskiej.

Oddech wolności

Dopiero od niedawna TVP, pod hasłem "Dobre, bo polskie", przypomina uwielbiane przed laty kryminały, które po upadku komunizmu wylądowały w magazynach jako relikty minionej epoki. Bo Teatr Sensacji "Kobra", choć z założenia niepolityczny, był trochę obciążony ideologią. Powstał w 1957 roku - krótko po tragicznym Poznańskim Czerwcu 1956 i po bolesnych rozliczeniach ze stalinizmem, aby Polacy mogli nieco odetchnąć atmosferą wolności i zakosztować zakazanych wcześniej gatunków literatury i filmu. Władze wykorzystywały jednak instrumentalnie popularność sensacyjnych spektakli, nadając często przed "Kobrą" propagandowe programy polityczne albo długie przemówienia Władysława Gomułki. Na dodatek, w większości odcinków, których akcja rozgrywała się na Zachodzie, z rozmysłem pokazywano "zgniłe" realia kapitalizmu, gdzie stale szerzył się występek, bandyci kierowali się chciwością, a aroganccy policjanci ciągle żłopali whisky i palili cygara. Dlaczego zatem czwartkowe przedstawienia tak podobały się widzom, że w czasie ich emisji wyludniały się ulice?

Mistrzowie sceny

Właśnie dlatego, że - zamiast milicjantów tropiących antysocjalistyczne nadużycia w gminnej spółdzielni - przedstawienia te prezentowały sceny i obyczaje z wolnego świata. Teatr Sensacji "Kobra" zaczął się od klasyki gatunku - "Dziesięciu Murzynków" Agathy Christie. Potem był Arsen Łupin według Maurice'a Leblanca, przygody Sherlocka Holmesa, a nawet kryminały takich mistrzów czarnej intrygi, jak Co-nan Doyle, Raymond Chandler czy Dashiell Hammett. Do tego dochodziły jeszcze adaptacje fantastyki, czyli widowiska według prozy Gore'a Vidala, Cyrila Kornblutha albo Stanisława Lema, z których jednak w 1961 roku zrezygnowano. Od tamtego czasu czwartkowa "Kobra" kojarzyła się już tylko z kryminałami, w których - poza fabułą zachodnich pisarzy - wielkim magnesem byli także najlepsi polscy aktorzy. Halina Mikołajska, Aleksandra Śląska, Nina Andrycz, Kalina Jędrusik, Emilia Krakowska, Gustaw Holoubek, Krzysztof Chamiec - tak doborowej obsady jak Teatr Sensacji nie miało nawet wiele filmów kinowych. Telewidzom nie przeszkadzała uboga scenografia i rekwizyty, które z trudem udawały zachodnie oryginały. Do "dyżurnego" opakowania po papierosach "Gitanes" czy "Camel" realizatorzy wkładali ponoć swojskie "Sporty", ale to nie miało znaczenia, gdy zaciągał się nimi Jerzy Dobrowolski grający brawurowo detektywa Philipa Marlowe'a w spektaklu "Kłopoty to moja specjalność".

Zachód na niby

Adaptacje zachodniej literatury sensacyjnej przyciągały widzów, ale stały się pułapką dla Telewizji Polskiej, która nie miała dość dolarów na kupowanie kolejnych, anglosaskich licencji. W latach 70. w sukurs przyszli jej polscy autorzy, którzy pisali scenariusze udając zagranicznych twórców. Maciej Słomczyński używał pseudonimu Joe Alex, Tadeusz Kwiatkowski podpisywał się jako Noel Randon, Feliks Falk wybrał nazwisko Robert F. Lane, a Andrzej Szczypiorski - Maurice S. Andrews. Rodzima fabuła triumfowała jednak już dekadę wcześniej, bo w latach 1965-1967 przebojem "Kobry" była "Stawka większa niż życie", która dopiero na podstawie scenariusza teatralnych widowisk przybrała postać telewizyjnej serii i filmu w wersji kinowej.

Niebywałe powodzenie czwartkowego Teatru Sensacji przyćmiły dopiero amerykańskie seriale kryminalne: "Święty", "Columbo", "Kojak", "Aniołki Charliego". Na ich tle spektakle, w których polscy aktorzy grali gangsterów z Londynu lub Nowego Jorku stały się anachroniczne i w 1975 roku telewizja zakończyła cykl "Kobra". Z ekranów zniknęła charakterystyczna, animowana czołówka z wężem, który wijąc się i mrugając do telewidzów, przez prawie 20 lat co czwartek zapowiadał wielkie emocje. "Kobra" powróciła jeszcze niespodziewanie w roku 1982, w stanie wojennym, kiedy aktorzy bojkotowali reżimową telewizję i ratunkiem stały się powtórki.

Czwartek sensacji

Po zmianie ustroju kryminały z tej serii trafiły do lamusa, ale zachowała się tradycja pokazywania sensacji w czwartki. Na ten dzień przypadała emisja takich kultowych seriali, jak "Policjanci z Miami", "Ekstradycja", "Glina", czy "Oficer". Nieistniejąca już telewizja komercyjna RTL7 (dziś TVN7) w 1998 roku nadawała nawet cykl pod hasłem "Czwartek detektywów", w którym widzowie mogli oglądać bezpośrednio po sobie amerykańskie seriale "Columbo" i "Wydział zabójstw". "Kobry" nikt jednak nie przypominał, gdyż po latach przedstawienia trąciły już myszką. Oto jednak prezes Andrzej Urbariski, który kieruje TVP z nadania PiS, postanowił przypomnieć "Kobrę". Pierwsze spektakle z tego cyklu nie zachowały się, gdyż pod koniec lat 50. pokazywano je na żywo i nie rejestrowano na taśmie, ale w archiwach jest wiele późniejszych widowisk. Można je oglądać co czwartek w TVP1, a młodzi widzowie są zaskoczeni, jak wiele emocji niosą "ramoty" sprzed lat. Dość wspomnieć o sztuce Lucille Fletcher "Pomyłka, proszę się wyłączyć", z Aleksandrą Śląską w roli głównej, którą w 1966 roku wyreżyserował dla "Kobry" Jerzy Gruza. Jej treść przypomina współczesne thrillery w rodzaju "Komórka": sparaliżowana kobieta dowiaduje się o planowanym morderstwie i chce temu zapobiec, ale może się kontaktować ze światem za pomocą telefonu... Rzecz trzyma widza w napięciu do ostatniej minuty.

Przedstawienia telewizyjnego Teatru Sensacji pokazywane są obecnie około północy i nie przyciągają nawet ułamka widowni sprzed lat, ale dla starszych widzów to powrót w lata młodości i dawnej kultury telewizyjnej, w której ukąszenie "Kobry" robiło większe wrażenie niż dzisiaj kataklizmy w komputerowej animacji.

Na zdjęciu: "Alicja prowadzi śledztwo", reż. Edward Dziewoński, 1970 r.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego