"39 stopni", Teatr Muzyczny, Gdynia
fot. Piotr Manasterski
Czy Fringe po 60 latach istnienia nie przeżywa przypadkiem podobnych problemów jak zachodnie, liberalne gospodarki, których jest rówieśnikiem? Czy dążenie do maksymalizacji zysków, przy jednoczesnym cięciu kosztów nie zmienia festiwalu w kulturalny supermarket, w którym liczy się jedynie marketing i opakowanie, a jakość towaru, czyli przedstawienia, ma drugorzędne znaczenie? - zastanawia się Roman Pawłowski w felietonie "Nie wychodzę z teatru w Edynburgu" w Gazecie Wyborczej.
Aby przeczytać dalszą część artykułu musisz się
zalogować.
Jeżeli nie masz jeszcze konta na platformie e-teatr
zapraszamy do BEZPŁATNEJ rejestracji ».