Wyznania szczerego entuzjasty teatru

"Yorick, czyli spowiedź błazna" w reż. Wiesława Komasy z Warszawy na VII Przeglądzie Teatrów Jednego Aktora w Krakowie. Pisze Paweł Głowacki w Dzienniku Polskim.

«Yorick jest czaszką. Oto akt piąty "Hamleta". Książę... Pamiętacie? Książę wraca do Elsynoru. Prosty trakt. Trzeba wrócić, stanąć na ubitej ziemi, przyjąć ostrze, umrzeć. Żadnych pocieszeń. Szekspir nigdy się nie myli: należy zakończyć opowieść, życie, świat. Należy zakończyć w porę. Nie będzie aktu szóstego. Książę więc... Pamiętacie? Ten powrót na wieki wieków?

Idzie książę. Grabarz śpiewa, kopiąc dół pod murami miasta... Pamiętacie? Śpiewa o wystyganiu ludzi. Nagle czaszka frunie w niebo i zawisa nad świeżym dołem. Hamlet przystaje. Grabarz kończy pieśń. "Łopata i oskard stuk, stuk, /Będzie w tej glinie doi, a także całun od głowy do nóg, /By gość się dobrze czuł"... Pamiętacie?

Książę bierze w palce biały owal godzien łba małpy. Dowie się, że to resztki po Yoricku - resztki głowy królewskiego błazna. Usłyszy dawne 1 imię - i zacznie wspominać swe życie blisko człowieka, który wszystkie rzeczy świata tego potrafił brać w nawias. Zmieniał łzy w cukierki, tulił fiaska, oswajał ciemności ostateczne... Pamiętacie księcia z czaszką trefnisia w palcach? Szekspir chciał, by wielki, może największy z jego napisanych błaznów, był tylko czasem przeszłym, dokonanym, bezpowrotnym. Zasadą bycia Yoricka jest, że go nie ma. Yorick to pamięć księcia, który wraca, by odejść najdalej. Yorick jest bardzo, bo jest czaszką.

Nieuchronność zmierzchu, utrata na zawsze, pożegnanie ostatnie. Tym pachnie prolog piątego aktu "Hamleta". I taki też jest zapach monodramu Wiesława Komasy "Yorick, czyli spowiedź błazna". Koma-sa, błazen, aktor, człowiek, ty, ja, słowem nikt, wspaniały nikt idzie ścieżką przez środek widowni. Z mikrą walizką w jednej i taboretem w drugiej garści, w portkach na szelkach i w jedwabnej koszuli barwy buraka, przychodzi, by na scenie posiedzieć, szepnąć, co wie - i tą samą ścieżką odejść na zawsze... Najdalej? To wszystko.

Jest opowiadanie Borgesa o człowieku stojącym przed plutonem egzekucyjnym. Niewiele zostało, może piętnaście skoków sekundnika. Szabla kaprala wskazuje niebo. Czternaście, trzynaście, dwanaście... Tłusta kropla potu wolno sunie po skroni skazanego. Dziewięć, osiem, siedem... Palce na cynglach wiedzą, co czynić. Sześć... I wtedy człowiek prosi Boga, by zezwolił mu przed śmiercią domknąć niedokończoną opowieść. Nie, Panie Boże, nie na papierze. Tu, Panie Boże, tu, teraz, w głowie, co za mgnienie będzie tylko czaszką. I lituje się Bóg. Szabla zamiera w pół drogi między niebem a ziemią. Kule martwieją w lufach. Przystaje tłusta kropla... Pamiętacie?

Doskonały, bolesny monodram Komasy jest tą widmową, niemożliwą chwilą, w której przez śpiewającego grabarza w niebo rzucona czaszka - zastyga nad cierpliwym dołem. Bóg się zlitował - Komasa mówi. Może wypowiedzieć - zacząć i skończyć - opowieść, co mu ją Andrzej Żurowski ułożył z fragmentów fenomenalnych bełkotów wszystkich napisanych błaznów Szekspira. I przez 45 minut, w środku Krakowa parzącego jak Kongo, u schyłku kolejnego dnia, w którym pociły się kości - błazen mówi, co wie. Golem ulepiony z fraz największych błaznów, aktor, klaun, ty, ja, nikt - zmienia łzy w cukierki, tuli fiaska, oswaja ostateczne ciemności. Jest tak, jakby się przez 45 minut ucieleśniała pamięć księcia trzymającego w palcach czaszkę Yoricka, moja pamięć o prologu V aktu "Hamleta", twoja pamięć o "Królu Learze", inne pamięci o błaznach innych opowieści.

To jest sedno aktorstwa Komasy. On szturcha kruszejącą pamięć. To dobre. Nade wszystko jednak jest w aktorstwie Komasy, w jego byciu na scenie, ta nieustająca, gorzka sugestia; że przy całym swym pięknie - obudzona Szekspirem pamięć jednak nie ocali. W połowie monodramu przyjaciel szepnął do mnie: "Widzisz? To Łom!" Tak, widziałem. I gdy się na Komasę w "Yoricku, czyli spowiedzi błazna" widzi, nie tylko z powodu twarzy Komasy na myśl Łomnicki przychodzi... Mam pewność, której nie umiem wyjaśnić. Gdy Komasa był czaszką Yoricka, która przez 45 minut monodramu gadała językami wszystkich błaznów Szekspira, pojąłem, że Łomnicki musiał czuć trupi finał swego "Króla Leara". Musiał wiedzieć, że ten Szekspir nie ocali.

Nie ma na świecie niczego tak gorzkiego, jak błazen, który całe życie wszystko biorąc w nawias, nagle pojmuje, że własnego finału w nawias wziąć nie potrafi. Aktor, który wie, że szminka nie ocala. Klaun rozumiejący, że gdy przyjdą ciemności - arena będzie bezsilna. Człowiek, który godzi się z oczywistością, że pamięć, to ogrom, ale zawsze za mało. Szabla i tak spada. Budzą się kule. Tłusta kropla na skroni rusza.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego