Dramat to dobra odtrutka

- Był moment, kiedy zastanawiałem się, gdzie jest granica ekshibicjonizmu. W sztuce trzeba czerpać z siebie, mieć odwagę opowiadać o sobie. Trzeba tylko odnaleĽć język i styl, który zaciera granice między fikcj± a prawd± - mówi MICHAŁ WALCZAK, dramaturg i reżyser.

«Jest uważany za gwiazdę młodej polskiej dramaturgii. Teraz Michał Walczak próbuje sit jako autor dla dzieci, w Teatrze Lalka w Warszawie przygotowując własną sztukę "Ostatni tatuś". Premiera 14 kwietnia. - Podobno jak wszyscy licealiści pisałeś kiedyś wiersze. Jakoś nie mogę sobie ich wyobrazić. Michał Walczak: Opowiadały o miłości i samotności. O mieście, które było ciasne i brudne. Jednak mój debiut literacki wydrukowany w "Tygodniku Sanockim", był już tekstem prozatorskim. - A czemu potem wybrałeś dramat? - Dramat jest odtrutką na używanie literatury do podpierania swojego osobistego cierpiętnictwa. Umożliwia autoanalizę. Można w nim samego siebie ośmieszyć, pokazać z wielu stron. Wielogłosowość dramatu oddaje moje wewnętrzne rozbicie, pozwala badać to, co jest we mnie prawdziwe, a co nie. Nie pozwala na trzymanie się jednej maski. - W każdej sztuce skręcasz w absurd, groteskę, horror, surrealizm. To wynik przyjętej strategii twórczej czy też wrodzona cecha osobowości? - Podręczniki pisania scenariuszy uczą, żeby najpierw spróbować spojrzeć na historię, którą chce się opowiedzieć, z lotu ptaka. Ogarnąć całości sztuki, przebieg akcji, liczbę bohaterów. Ja lubię pracę intuicyjną. Zabawę asocjacjami. Nie staram się wypracowywać żadnej metody. Najlepiej stale siebie zaskakiwać. Pracuję nocami w wielotygodniowej gorączce zapisywania motywów, pozwalania sobie na dowolne skojarzenia. Pierwszy etap pisania tekstów jest radosny, wypróbowuję te historie na kolegach w knajpie. Gadając, intensywnie czuję, że zaraz coś się z tym materiałem może zdarzyć, i nie wiem, co z niego wyniknie.

Skóra z "Podróży do wnętrza pokoju" był twoim porte-parole?

- W swoich sztukach lubię kodować nie siebie, ale aluzje do sytuacji, które są dla mnie ważne. Wyolbrzymiam banalne zdarzenia, które przydarzyły się mi albo moim przyjaciołom. Bawię się własnymi emocjami, projektowaniem tego, co mogłoby mnie lub kogoś innego spotkać. Przerabiam potoczność na metaforę. Odbijam się w krzywym zwierciadle.

Nie boisz się, że kiedyś pokażesz za dużo siebie i zostaniesz przez widza zdemaskowany?

- Był moment, kiedy zastanawiałem się, gdzie jest granica ekshibicjonizmu. W sztuce trzeba czerpać z siebie, mieć odwagę opowiadać o sobie. Ale to, co wydaje się autorowi potwornie intymne, może być kompletnie nieczytelne dla odbiorcy. Fikcja i prawda nie przeszkadzają sobie. Trzeba tylko odnaleźć język i styl, który zaciera granice między nimi.

Często uprawiasz w swoich sztukach pastisze, stylizacje. Powraca w nich jak echo fraza Gombrowicza, Gogola, Wyspiańskiego...

- To nie jest tak, że mam w domu trzy książki, które leżą na nocnym stoliku. Ważne lektury zawsze zostają gdzieś w podświadomości. Teraz na przykład fascynuje mnie Neil Gaiman i jego mieszanka popkultury z mitologią. Ale nie zastanawiam się i nie analizuję siebie jako autora, który prowadzi nieustanny dialog z innymi tekstami.

Skąd wiesz, że napisany przez ciebie dramat jest dobry?

- Jak się dużo ćwiczy, dużo pisze, to wyczucie formy przychodzi samo. Nie bardzo wierzę we wszelkie laboratoria dramatu, szkoły dramatopisarzy. Wbrew pozorom nie jest tak, że scena jest absolutnym weryfikatorem wartości tekstu. Wystarczy, że na pierwszej próbie aktor źle przeczyta swoją kwestię i już ktoś uważa, że sztuka jest niesceniczna i trzeba ją poprawić. Tymczasem bywa odwrotnie. To teatr, aktor, reżyser nie umie od razu rozszyfrować formy i stylu utworu. To prawda, że autorzy powinni mieć stały kontakt z teatrem, ale i teatr powinien uczyć się autorów. Ich stylu, strategii, intencji.

A czego teatr nie umie w twoich tekstach odnaleźć?

- Nie chcę generalizować, ale najczęściej pojawia się problem formy, odejścia od reguł konwencjonalnej psychologii. Czasem trzeba zaufać jednak żywiołowi opowiadania, a nie szukać na siłę racjonalnych struktur.

Kończysz właśnie reżyserię w warszawskiej Akademii Teatralnej. Ten reżyser debiutant w tobie bardziej teraz pomaga czy przeszkadza uznanemu już dramatopisarzowi?

- W teatrze kusi mnie doświadczenie pełnego autorstwa spektaklu, ale nie chciałbym stawiać sobie ograniczeń typu: "Będę inscenizował tylko swoje teksty". Moje studia reżyserskie były prostą konsekwencją pisania dla teatru, bo jako autor tak dużo wiem o swoim tekście, że bez przełączania się w głowie na inną osobę mogę podjąć się reżyserowania.

Obserwując autorską aktywność twoją czy Pawła Demirskiego, a jeszcze do niedawna Ingmara Villqista, zastanawiam się, ile można napisać dramatów w ciągu roku?

- Jeden dziennie. Żartuję. Wszystko zależy od indywidualnego rytmu. Techniki.

Coraz mocniej wchodzisz w świat bajek dla dzieci. Najpierw napisałeś "Smutną królewnę", teraz pracujesz nad premierą "Ostatniego tatusia". Walczak dla dzieci to Walczak w wersji light?

- Przeciwnie. Dzieci trzeba traktować poważniej niż dorosłych. Pisząc "Smutną królewnę", bałem się, na ile mogę sobie pozwolić na dorosłe aluzje. Włączała mi się autocenzura. A teraz już rozumiem, że nie trzeba wcale oszczędzać dzieci. Teatr dla dorosłych jest pełen fałszywego rozsądku. Paradoks polega na tym, że chyba za dużo chcemy wytłumaczyć. A moim priorytetem nie jest wcale pilnowanie racjonalności. W "Ostatnim tatusiu" pojawia się zła czarownica i porywa wszystkich ojców w mieście. Dziewczynka, której towarzyszą pluszowy miś i lalka Barbie, musi przeżyć mnóstwo przygód, by odbić swojego tatusia. Wędruje przez nocne miasto, spotyka gadającą kałużę, siwy tramwaj. Chciałem pokazać, w jaki sposób dziecko wychowane w zabawkowej popkulturze odnajdzie się w mrocznym, wielkomiejskim świecie. Chciałbym, żeby rodzice przeżyli tę baśń razem z dziećmi.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego