Był penis i piersi, dodane do tekstu "kurwy", gwałt, gejowski seks, jaskrawe światło, chromowany design, hip-hop i mikrofony - wszystkie warunki współczesnej wylansowanej na brutalność inscenizacji zostały spełnione. Tylko jakoś "Baal" Bertolda Brechta w reżyserii Marka Fiedora nie stał się od tego ani mądrzejszy, ani bardziej przejmujący.
Brecht napisał "Baala" w wieku dwudziestu lat. Młodzieńczy, niepoważny pastisz ekspresjonistycznej poetyki przeobraził się nieoczekiwanie w uniwersalny moralitet. Tak go odczytał Fiedor, który wielokrotnie podkreślał, że Baal to Everyman. A kim jest Baal? Nihilistą, hedonistą, egotykiem, artystą. Co robi Baal? Rżnie, chla, rzyga, sra, szarga świętości i bardzo się z tego cieszy. To, co każdy młody "artysta" chciałby robić, wyzwalając bez ograniczeń imperatyw natury i wierząc, że w cielesnym upodleniu dotyka granic metafizyki. Czy dotyka rzeczywiści? Nie mnie to oceniać. Nie przekonała mnie jednak wersja Fiedora, który w pretensjonalnym Baalu kazał zobaczyć herosa i dodatkowo utożsamić się z nim. Mityczny Baal co roku ginął w walce z Motem, bogiem śmierci, zstępował do podziemi, a z nastaniem wiosny powstawał z martwych. Baal Fiedora pod ziemią został i tam umarł. Czy to uczyniło go bardziej tragicznym, czy tylko bardziej żałosnym? Spe