Łódź. Balet o Valentino

W sobotę [27 stycznia] Teatr Wielki da premierę baletu o Rudolfie Valentino. Zofia Rudnicka ułożyła choreografię do muzyki Krzesimira Dębskiego.

«Leszek Karczewski: Skoro zainteresował się Pan Rudolfem Valentino - jest Pan tancerzem czy amantem?

Krzesimir Dębski: Byłem jednym i drugim. Amatorsko. Każdy bywa amantem dla węższej czy szerszej grupy osób. Valentino był wielbiony globalnie. Pomogło mu w tym kino.

Ale Pan też stawał przed kamerą w czterech filmach; pierwszy raz w "VIP"-ie Juliusza Machulskiego.

- Grałem małe rólki. Zmuszali mnie reżyserzy, mówiąc, że inaczej nie przyjmą mojej muzyki. Praca na planie zdjęciowym zabiera wiele czasu. Pod tym względem muzyka jest znacznie bardziej wydajnym medium.

A Pańskie związki z tańcem?

- Towarzyskie. Taniec mieści się po prostu w kanonie wychowania kulturalnego człowieka. Strój mam. Wszak dyrygent musi mieć frak. Od tańca do dyrygentury wcale nie jest daleko. Sir Simon Rattle, szef berlińskich filharmoników, udowodnił ostatnio wraz z gośćmi z Wenezueli, że orkiestrę można prowadzić tańcząc. Nawet symfonię Gustawa Mahlera. Być może sztuka dyrygentury pójdzie w stronę szoł: taki jest ciśnienie publiczności...

Ale pan podążą pod prąd: od przebojów i jazzu w stronę "Warszawskiej Jesieni".

- Pisanie wpadających w ucho piosenek jest naprawdę bardzo łatwe. W pewnym wieku już nie wypada już robić rzeczy pod publiczkę.

Publiczkę? W 1985 roku znalazł się Pan na liście dziesięciu najlepszych skrzypków jazzowych amerykańskiego pisma Down Beat.

- W jazzie faktycznie można dać upust artystycznym dążeniom. Niestety, szybko okazuje się, że to działalność szalenie niszowa. Ostatnią płytę jazzową jako lider Montreal Ballad wydałem w 1988 r.

Jak powstała muzyka do "Valentino"?

- Z pomysłem przyszła do mnie Zofia Rudnicka. I tańcem, a czasem siedząc i tylko markując ruchy, przekazała mi zarys baletu. Jednocześnie improwizowałem na fortepianie, nagrywając muzykę. Później spisałem tę muzykę nutami - to było najbardziej mozolne.

Nie używa Pan komputera?

- Nie. Jestem szybszy od maszyn. Potrzebuję tylko papier, ołówek i gumkę. Daję później partytury do komputerowego przepisania, żeby wyglądały schludnie.

Jak Pan aranżuje?

- Nie dałbym swoich utworów do orkiestracji komuś innemu. A tak się dzieje w USA: tam istnieją zespoły ludzi, jeden zna się na puzonach, inny pisze żartobliwe wstawki jak z filmów rysunkowych... I tak kompozytor zmienia się projektanta obrazków w kolorowankach dla dzieci. A przecież orkiestracja - to kolorowanie - może diametralnie zmienić rysunek. Tu kolor wyznaczał życiorys Valentino: argentyńskie tanga, muzyka arabska, rozlewne hollywoodzkie tematy. Paradoks tkwi w tym, że Rudolf Valentino był amantem kina niemego. Muzycznego tła jego ekspresyjnej gry i jego tańca publiczność kinowa po prostu nie słyszała. Filmom towarzyszył na pianinie taper albo zespół średnich zwykle muzyków. Musiałem odtworzyć muzykę z tamtych filmów. Podobnie zrobiłem także z niemymi filmami Charliego Chaplina z lat 1915-1918. A wie Pan, że Chaplin, który sam był kompozytorem, w okresie orkiestry na planie niemych filmów? Muzycy grali podczas kręcenia sceny, tak by ruch aktorów ułożył się w choreografię.

Kiedyś muzyki nie było w filmach. Teraz jest nawet w toalecie hipermarketu. Nie przeszkadza to Panu?

- Wolałbym, żeby współczesne przeboje miały więcej smaku, zmian rytmu i akordów. To zadziwiające, że cywilizacja technologiczna idzie naprzód, a formy sztuki cofają się. Marin Marais, XVII-wieczny mistrz violi da gamba, napisał podręcznik dla zupełnie początkujących muzyków. To sto razy bardziej skomplikowanie utwory niż dzisiejszy pop.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego