Skąd wziąć pieniadze na budowę opery

Wielu próbuje sprowadzić Białystok do rangi miasta bazarowo - handlowego - mówi MARCIN NAŁĘCZ-NIESIOŁOWSKI, dyrektor Filharmonii Białostockiej i pomysłodawca budowy Europejskiego Centrum Muzyki i Sztuki - Opery Podlaskiej. - Nie mogę się na to zgodzić.

«"W rozmowie z Gazetą dyrektor tłumaczy, komu potrzebna jest w Białymstoku opera, skąd wziąć na to pieniądze i dlaczego warto je wydać na ten cel. A także opowiada o swojej wizji funkcjonowania placówki

Tomasz Ćwikowski: Panie Dyrektorze, na wstępie chciałbym zapytać, ile abonamentów sprzedaje w sezonie Filharmonia Białostocka?

Marcin Nałęcz-Niesiołowski, dyrektor Filharmonii Białostockiej, pomysłodawca budowy Europejskiego Centrum Muzyki i Sztuki [na zdjęciu] - Opery Podlaskiej: Z reguły powyżej 300. Jeśli uda się nam sprzedać 320-330, wstrzymujemy sprzedaż ze względów ekonomicznych - wpływy z abonamentów są jednak mniejsze niż z pojedynczych biletów. Niemniej można powiedzieć, że 60-70 proc. słuchaczy przychodzi na koncert z abonamentem.

Czyli w większości na koncertach pojawiają się ciągle te same osoby...

- Nie zawsze. Według mojej orientacji, ze wspomnianych 70 proc. jakieś 40 to stali słuchacze Filharmonii. Ale nawet wśród tych 40 proc. zachodzą nierzadko spore zmiany, kiedy na przykład jakaś instytucja rezygnuje z dofinansowywania abonamentów dla swoich pracowników, to w miejsce tego zakładu pracy pojawia się inny. Warto też wspomnieć, że wśród pozostałych 30 proc. większość to może nie młodzież, ale osoby w przedziale wiekowym 30-40 lat. W ciągu roku na naszych koncertach, audycjach szkolnych i filmach operowych pojawia się w sumie 180 tysięcy osób. Nie chcę się chwalić, ale średnia frekwencja w Filharmonii przekracza 90 proc., a to daje nam jedno z czołowych miejsc w kraju.

Opera zamiast więzienia

180 tysięcy to raczej liczba sprzedanych biletów, osób jest zapewne znacznie mniej... no właśnie, ile? Dwa tysiące? Czy dla takiej garstki warto budować obiekt za 50 mln złotych?

- Powiedziałbym tak: wiele osób próbuje sprowadzić Białystok do roli miasta handlowo-bazarowego. Ale pamiętajmy, że w tym mieście działa 20 wyższych uczelni państwowych i niepaństwowych, mieszka 50 tys. studentów, kolejne kilka tysięcy wykładowców, liczne środowisko lekarzy i niemała liczba osób zainteresowanych kulturą na Podlasiu. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że także potrzeby tych osób powinny być zaspokajane. Nigdy nie wyraziłem opinii, że nie potrzeba nam nowych dróg, taniego handlu, rozwoju bezpieczeństwa, dobrze funkcjonującej służby zdrowia, etc. Nie zgadzam się jednak na to, aby inwestycje związane z rozwojem społecznym i wewnętrznym człowieka były ciągle spychane na potem. Ciekawy jest fakt, że nikt z kontestatorów pomysłu Europejskiego Centrum Muzyki i Sztuki - Opery Podlaskiej nie mówi nigdy, kiedy, w jakim czasie nastąpi to potem... Patrząc na historię ostatnich kilkudziesięciu lat naszego kraju, można bez wahania powiedzieć, że nie było bardziej dogodnego momentu na tego rodzaju inwestycje niż teraz, po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Po II wojnie światowej oprócz domów, dróg, inwestycji przemysłowych budowane były przecież także: teatry, muzea, filharmonie, kina, opery i teatry muzyczne. Czy wówczas były lepsze czasy...? Na pewno nie, a jednak takie instytucje powstawały, to są fakty! Wracając do liczby zainteresowanych: jeśli będziemy mieli do dyspozycji większą salę, a w planowanej instytucji ma ona mieścić do 1000 osób, to można będzie wychować kolejne pokolenia, które zechcą uczestniczyć w naszych imprezach muzycznych. Mówi pan o garstce, ale przecież przedstawienia operowe, operetkowe i musicalowe będą tylko jedną z form działalności Europejskiego Centrum Muzyki i Sztuki. Sala będzie mogła służyć także teatrom dramatycznym, teatrom tańca czy wręcz zespołom wykonującym muzykę rozrywkową. Będzie tam możliwość organizowania premierowych pokazów filmowych. To nie ma być obiekt martwy przez większą część dnia, ożywający dopiero po godzinie 19. Powinna się tam znaleźć księgarnia, sklep muzyczny, centrum handlowe w obrębie obiektu. Wówczas jest szansa utrzymania tego miejsca w sposób nieuciążliwy finansowo dla miasta czy regionu. A co do samej opery - Filharmonia organizuje co jakiś czas pokazy filmów operowych i koncertowe prezentacje oper. Choć to tylko ersatz, zainteresowanie jest naprawdę bardzo duże. A skoro tak, trzeba je zaspokajać.

Ale czy dzisiejsza bieda to dobry czas na planowanie takiego obiektu?

- Tak jak już wspomniałem, po wojnie bieda była znacznie większa niż teraz (znam to bardzo dobrze z rozmów z muzykami, którzy tworzyli Orkiestrę Symfoniczną, a później Filharmonię w Białymstoku). Ludzie zdawali sobie jednak sprawę, że jeśli nie chcemy budować kolejnych więzień, poprawczaków, wzmacniać policji, to ludzie muszą mieć możliwość edukacji i pełnego rozwoju, także rozwoju wewnętrznego. Trzeba też zdawać sobie sprawę, jak bardzo taki obiekt nobilitowałby miasto. Jeśli to miasto rzeczywiście chce być bramą na wschód, to muszą być miejsca, które będą jednoznacznie określały charakter tego regionu, gdzie słowo, którym często się posługujemy - wielokulturowość będzie autentycznym atutem tego miejsca i realizowane będzie poprzez chociażby festiwale twórczości o zasięgu europejskim. Nie bójmy się takich wyzwań! Jest mi przykro, że ideę takiego miejsca w wielu publikacjach prasowych próbuje się ograniczyć do rozważań na temat taniej żywności. Rozumiem problem, sam pochodzę z niezamożnej rodziny, jednak myślenie tylko przez pryzmat dnia dzisiejszego, bez szerszej perspektywy, jest dużym błędem. Głęboko wierzę, że za siedem-dziesięć lat Centrum Muzyki i Sztuki będzie nam tak samo potrzebne dla rozwoju Podlasia, jak inne instytucje życia publicznego.

Ile osób potwierdziło swój akces do komitetu honorowego budowy opery?

- Zaproszenia do uczestnictwa wysłane zostały dopiero tydzień temu. Dlatego moje informacje na ten temat są jeszcze niepełne. Z 70 zaproszonych przez nas osób, na razie swoje zainteresowanie zadeklarowało około 30. Myślę, że całościowy obraz komitetu będę miał w początkach września.

A czy spotkał się Pan z głosami: Nie, ja w to nie wchodzę?

- Na razie nie. Spotkałem się za to z naprawdę licznymi głosami akceptującymi ten pomysł i to czasami w bardzo nietypowych miejscach, np. w rozmowie z kierowcą taksówki. Niestety, spotkałem się z dziwną kontestacją ze strony osób, które nie przedstawiają żadnego pomysłu alternatywnego na rozwój kultury i inwestycji w sferze kultury w Białymstoku. Wolą marazm i stwierdzenia, że to się nie uda. Nie wszyscy biorą pod uwagę fakt, że placówka ma być w 75 proc. wybudowana ze środków unijnych i jeśli my nie zechcemy po nie sięgnąć, to po prostu trafią gdzie indziej, do innego kraju! Nie ma możliwości przesunięcia ich na inne cele - drogi, służbę zdrowia itp. Unia stawia na harmonijny rozwój społeczeństwa.

Trupy były już u Verdiego

Zapowiada Pan, że placówka rozpocznie działalność od Strasznego dworu. I pojawia mi się przed oczami taki scenariusz: najpierw Moniuszko, później Carmen, później Wesele Figara, po nim jakiś Verdi... Będzie miał Pan odwagę wyjść poza ten żelazny zestaw 20-30 tytułów?

- Nie wiem, czy na początku. Jeżeli mamy przekonywać do naszej działalności nowych ludzi, ten żelazny repertuar musi się pojawić. Na pewno muszą być to opery charakterystyczne dla poszczególnych epok, począwszy od klasycyzmu, bo na operę barokową raczej nie będziemy się w stanie porwać w najbliższym czasie. Na pewno musi być opera polska, przynajmniej jeden tytuł spośród oper werystycznych, opera romantyczna. Po kilku latach można byłoby pomyśleć o poszerzeniu tego spektrum o tytuły mniej znane. Przy okazji chciałbym, aby prezentowane były bajki muzyczne dla najmłodszych. Jest to twórczość traktowana w Polsce marginalnie, choć w naszym kraju powstało kilkadziesiąt tego typu utworów, wiele jest też europejskich, nie wspominając już o amerykańskich.

Jest Pan zwolennikiem uwspółcześniania przedstawień operowych?

- Tak, zdecydowanie. Ale nie może to być po prostu przebieranie aktorów we współczesne kostiumy, trzeba zawsze mieć na uwadze dzieło. Widziałem jedną z inscenizacji Borysa Godunowa, nawiązującą do czasów stalinowskich. Nie dało się tego oglądać, a i słuchało się ciężko, bo przecież archaiczny język muzyczny tej opery w sposób jednoznaczny przenosi nas w konkretną epokę. Uważam natomiast, że ogromne możliwości, coraz częściej wykorzystywane, daje gra światłem. Można dziś za pomocą światła robić rzeczy niesamowite.

Ale pojawia się też w operze coraz więcej seksu, przemocy. Podobają się Panu te trendy?

- Jakby to ująć... Nie jest to do końca trend nowy. W operach Verdiego, nierzadko opartych na sztukach Szekspira, trup ściele się przecież w dużej ilości. Pytanie, w jaki sposób reżyser zdecyduje się to pokazać? W sposób realistyczny, z dużą ilością krwi i przemocy, czy w sposób umowny, a mimo to przekonujący odbiorców, że ta sceniczna śmierć czy erotyzm to rzecz prawdziwa. Miałem okazję widzieć przedstawienia, w których granica konwenansu została przekroczona. Jeśli pojawia się dyskusja, dotycząca tabu i potrzeby jego naruszania, to zapewne jest to rzecz pożyteczna. Jeśli jednak widać, że drastyczne sceny prezentowane są tylko ku uciesze gawiedzi, to jest to na pewno bez sensu.

Abstrahując jednak od celowości pokazywania w operze rzeczy drastycznych bądź jej braku - Białystok to miasto szczególne. Wiele osób nie chce tu dyskutować, bo z góry wszystko wie. Pojawiają się kontrowersje, protesty. Wie Pan zresztą, o czym mówię. Miałby Pan odwagę pokazać tu coś kontrowersyjnego?

- Odpowiem oględnie: mówimy znów tylko o dniu dzisiejszym. Być może za dziesięć lat będzie inaczej? Może osoby, które dziś z góry wszystko wiedzą, będą wówczas gotowe do merytorycznej dyskusji, zamiast narzucać wszystkim swoją jedynie słuszną rację.

Opera ponad podziałami?

Współpracował Pan z marszałkiem prawicowym, teraz dobrze idzie Panu współpraca z lewicą, za to dla odmiany zaprasza Pan do współpracy prawicowego prezydenta. Wydaje się, że dobrze Pan sobie radzi we wszystkich tych politycznych układach. Nie boi się Pan jednak, że ktoś będzie próbował zbijać Pańskim kosztem polityczny kapitał?

- Nie. Jeśli będziemy mieli trzy niezbędne walory: prawo dysponowania gruntem, projekt budowlany i przygotowany teren pod inwestycję, to Unia nie będzie patrzyć na to, jaka aktualnie opcja polityczna sprawuje władzę. A co do mojej dobrej współpracy z władzami - niezależnie od tego, czy spotykam się z lewicą, czy z prawicą, staram się mówić o idei. Jeśli mówię o Filharmonii, czy o koncepcji Europejskiego Centrum Muzyki i Sztuki, to są to sprawy wykraczające poza czteroletnią kadencję. A ponieważ z ideą trudno polemizować przez pryzmat polityki, nie spotkałem się z brakiem życzliwości. Chylę czoła przed tymi trzema osobami, czyli wojewodą, marszałkiem i prezydentem, że jednomyślnie i bez żadnych wątpliwości podpisały się pod listem intencyjnym w sprawie budowy Europejskiego Centrum Muzyki i Sztuki. Zdaje się, że właśnie na to czekamy - żeby nie wszystko, co się dzieje, rozpatrywane było pod kątem tego, kto jest aktualnie u władzy, a kto w opozycji".»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego