Teatralny labirynt

Kto powiedział, że jesteśmy zdolni do bycia sobą, że nasze twarze nie są bezustannie mnożącymi się fałszywymi wyobrażeniami, a świat nie jest tylko iluzją, w którą mimowolnie się wpisujemy? - o "Pokojówkach" wg Geneta w reż. Marcina Ehrlicha na Scenie Off de BICZ w Sopocie pisze Anna Bielecka z Nowej Siły Krytycznej.

«Niełatwo odnaleźć się w Genecie. On sam chyba miewał z tym kłopoty, a życie mu zadania nie ułatwiało. Teatru nie lubił, za ludźmi też nie przepadał. Z zawodu był złodziejem, w konsekwencji więźniem, z pychy i nudy pisarzem. "Pokojówki" napisał, jak sam twierdził "z natchnionej głupoty". I to natchnienie, choć już nie w nim, trwa nadal. Z różnym skutkiem.

Nie wiem, ile było samego Geneta w Genecie. Wiem za to, ile było masek, min, luster, zmian, przebieranek i kradzieży osobowości. Nieskończenie wiele. Żonglerka ról już dawno zasmakowała tytułowym pokojówkom Claire i Solange, które od lat służą w domu Jaśnie Pani. Pod nieobecność chlebodawczyni uczyniły sobie z niego teatr. Widownia jednak świeci pustkami, bo obie koniecznie chcą grać główne role. Gdy jedna wciela się w postać Jaśnie Pani, raz po raz wdziewając na siebie jej stroje i biżuterię, druga musi znosić status pokojówki. I odwrotnie. Próby mają doprowadzić w końcu do finału, w którym Pani zostanie zamordowana, a sprawiedliwość osiągnie zadość, dając kres upokorzeniom i złudzeniom wzajemnego uwielbienia. Ale Jaśnie Pani albo jak wielki nieobecny u Gogola pojawia się na scenie tylko werbalnie, albo wjeżdża na nią jako kukła na kółkach sterowana raz przez Claire raz przez Solange. Ta przerośnięta lala do złudzenia przypomina Klarę Zachanassian z "Wizyty starszej pani" Dürrenmatta. Z protezą zamiast ręki i drewnianą laską u boku, entuzjastycznie witana wkracza do teatru pokojówek. Tyle, że role na tej scenie znów zostały odwrócone. To nie Jaśnie Pani w imię sprawiedliwości żąda głowy prostego sklepikarza, ale pokojówki pragną jej śmierci, by odzyskać utraconą godność.

Do zbrodni jednak nie dochodzi. Jaśnie Pani uskrzydlona wieścią o warunkowym zwolnieniu męża z więzienia, którego pokojówki pomogły wsadzić za kratki swoimi donosami, wybiegnie z domu na spotkanie z nim, nie zdążywszy wypić starannie przygotowanych przez Solange ziół z pastylkami gardenalu. Ale to wcale nie finał spektaklu. Claire chcąc wreszcie skończyć sztukę każe podać sobie pozostawioną przez Panią filiżankę z trucizną. Maska przyrosła do jej twarzy. Stała się jej więzieniem, od którego uwolnić może tylko dotknięcie rzeczywistości. Lecz to nie nastąpi, bo w decydującym momencie światło zgaśnie i ciemność dotknie widza w zakamarkach teatralnego labiryntu, pozostawiając uczucie niespełnienia. Bo już nie wiadomo, co było prawdą, a co teatrem.

To rozdwojenie miedzy realizmem a fikcją skutecznie demonstrują aktorki Edyta Janusz i Oliwia Jakubik. Robią wszystko, by zataić przed widzem, gdzie leży prawda. I udaje im się to. Nigdy razem nie wychodzą z ról. Gdy jedna zdejmuje maskę, druga swą konsekwentną postawą przekonuje ją, by wdziała strój z powrotem. Tylko, że te maski są identyczne, tak samo manieryczne i obliczalne, że gdyby grała je jedna aktorka, widz nie zauważyłby niczego zdrożnego. Trio Geneta zredukowane przez Ehrlicha do duetu równie dobrze mogło być popisem solo. Ale do krzyków, szarpaniny, popychanek, targania za włosy i padania z rumorem na podłogę potrzebnych jest jednak dwoje aktorów, podobnie jak do figur walki, rodem z filmu braci Wachowskich.

I jeszcze te nieszczęsne tańce pewnie przy ugiętych kolanach i odwróconej kolejności palce pięta, czego znana skądinąd komisja na pewno by nie pochwaliła. Siostry jak zaczarowane, z uśmiechem na ustach, stawiają kroki w rytmie erotycznego tanga i uczuciowego walca angielskiego.

Ale jeśli to rzeczywiście zabawa w teatr, to boli, dotyka i obnaża najgłębsze sfery ludzkiej podświadomości z okrucieństwem w roli głównej; jeśli w taniec, to najwyżej taniec śmierci, który powoli ogrania całą przestrzeń; a jeśli w poszukiwanie prawdy, to trudno stwierdzić, pod którą maską jest ona najbardziej realna.

"Pokojówki" Ehrlicha to teatr nie tyle psychologizujący, ile poszukujący sensu człowieczeństwa. Bezskutecznie. Bo kto powiedział, że my sami zawsze jesteśmy zdolni do bycia sobą, że nasze twarze nie są bezustannie mnożącymi się fałszywymi wyobrażeniami, że ten świat nie jest tylko iluzją, w którą mimowolnie się wpisujemy? Nie znam odpowiedzi na te pytania. I "Pokojówki" też nie.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego