Klątwa

Małgorzata Braunek i Barbara Brylska: te dwie wybitne aktorki połączył los. Ich kariery, ich życie splotły się w bolesny supeł, w końcu doprowadzając do wycofania się z zawodu jednej i drugiej. Jakby ktoś rzucił na nie klątwę. Dzisiaj, gdy obie wracają na ekrany, jakże odmienione i na swój sposób pogodzone z losem, warto przypomnieć ich historię - pisze Tygodnik Angora.

«Umówiłem się na rozmowy z obiema. W różnych miejscach, w różnym czasie. Pytałem po swojemu - nie wprost. W odpowiedzi usłyszałem słowa, które mnie zaskoczyły.

Przez wiele lat wyobrażałem sobie, że Małgorzata Braunek jest drapieżną intelektualistką, pobłażliwie, a może nawet nieco pogardliwie odnoszącą się do zawodu aktorki. Krótko mówiąc, posądzałem ją o arogancję. Byłem w błędzie. Spotkanie z nią okazało się jednym z najprzyjemniejszych zaskoczeń w moim życiu zawodowym. Naprzeciw mnie usiadła pogodna, emanująca wewnętrznym spokojem kobieta, całkowicie pozbawiona agresji i żądzy sukcesu. Wiedziałem już wtedy, że od lat zajmuje się buddyzmem, ale nie podejrzewałem, że może to dać tak zdumiewające efekty.

Rozpoczynając rozmowę z Barbarą Brylską, nie miałem wątpliwości, że rzuci ona inne światło choćby na słynny spór o Oleńkę z Potopu. Te dwie aktorki najpierw walczyły o główne role w polskich filmach, potem połączył je osobisty dramat ich dzieci (wypadek samochodu prowadzonego przez Xawerego Żuławskiego, syna Małgorzaty Braunek i Andrzeja Żuławskiego, w którym zginęła córka Brylskiej, Barbara Kosmal). To właśnie z tego ostatniego powodu Brylska wycofała się na długi czas z życia zawodowego. Zniknęła. Gdy się spotkaliśmy, zobaczyłem osobę ukrywającą pod narzuconym sobie spokojem stłumione emocje. Silną, choć złamaną. Bardzo świadomą tego, co w jej życiu było sukcesem, a co porażką.

A było tak. I Braunek, i Brylska mają charakter. Dawały tego dowody już od wczesnego dzieciństwa. Obie zdradzały talent aktorski, obie z łatwością dostały się do szkoły teatralnej i obie zostały z niej wyrzucone za to, że zaczęły grać w filmach już podczas studiów (co było zabronione); obie wcześnie się zakochały i dla swoich mężów gotowe były poświęcić prawie wszystko. Blondynki. Jedna liryczna i sexy (Brylska), druga lekko kostyczna intelektualistka (Braunek). Przez długi czas udawało im się żyć równolegle i ich drogi nie musiały się przecinać. Do czasu, aż wmieszał się w ich życie znany reżyser i pisarz Andrzej Żuławski. To on postanowił w roku 1971 wyreżyserować film "Diabeł" z Małgorzatą Braunek w roli głównej. Braunek była wtedy zakochaną w nim żoną i zarazem wkrótce miała się stać matką jego syna (Xawerego). Ciąża nie sprzyjała brutalnej, pełnej szokujących epizodów roli. Młoda aktorka broniła się przed nią, pragnąc przygotować się do spokojnego porodu. Ale mąż nie ustępował.

Dopiero interwencja kierownictwa produkcji sprawiła, że odstąpił od swego pomysłu i zgodził się do filmu zaangażować inną aktorkę. Padło na popularną wówczas Barbarę Brylską. Ta zgodziła się z ochotą, tym bardziej że szokujące elementy roli nie robiły na niej wrażenia. Brylska znana była w środowisku filmowym z tego, że świetnie oddzielała swoją prywatność od emocji, jakie miała grać przed kamerą. W ułamku sekundy na życzenie reżysera potrafiła się zalać łzami, a po zakończeniu ujęcia natychmiast zająć się swoją robótką na drutach. Była profesjonalistką.

Żuławski podpisał z Brylską kontrakt i... przez jeden dzień kręcił "Diabła" z nią w roli głównej. Widać jednak nie przekonał się do tej zmiany, bo wkrótce zawiesił pracę nad filmem i nie tłumacząc nikomu o co chodzi, poprosił o zwłokę. Wygląda na to, że postanowił po prostu poczekać, aż jego żona urodzi syna i będzie mogła wrócić na plan filmowy. I tak się stało. Odsuniętą bez oficjalnego uzasadnienia Brylską zastąpiła ciągle broniąca się przed rolą, ale posłuszna mężowi Małgorzata Braunek. Sprawa trafiła do sądu, a film - ze względu na kontrowersyjność i drastyczność - na półki. Ostatecznie postanowiono, że honorarium aktorskie należy się... Brylskiej, a Braunek zagrała rolę niejako nielegalnie. Środowisko filmowe nie lubi takiej prywaty. Boczono się na młodą matkę, że jest protegowaną swego męża. Dowcipkowano na jej temat, kwestionowano wdzięk, podkreślano bezpardonowy charakter. Brylska tymczasem pozostawała ulubienicą publiczności, wygrywając kolejne plebiscyty popularności. Aż rozpisano plebiscyt najpoważniejszy: Polacy mieli się wypowiedzieć na temat obsady ekranizacji "Potopu" Henryka Sienkiewicza, do której przystępował Jerzy Hoffman. Do roli Oleńki widzowie dużą przewagą głosów wybrali Barbarę Brylską.

Aktorka ucieszyła się z tego, bo od dawna marzyła, by zagrać nieco mocniejszą rolę niż Krzysia Drohojowska z Pana Wołodyjowskiego. Oleńka to było to, czego pragnęła. Ale w drogę znowu weszła jej - wbrew własnej woli - Małgorzata Braunek. W środowisku wymyślano właśnie, jak młodej aktorce zjednać sympatię publiczności i zdjąć z niej odium z czasów kręcenia "Diabła". Wymyślono, że rola Oleńki będzie jej przepustką do miłości rodaków. Nic błędniejszego! Polska zawrzała. Sienkiewiczowska bohaterka w wykonaniu tej na wskroś nowoczesnej, przebojowej kobiety? Nigdy! Ale reżyser postawił na swoim, a Barbara Brylska kolejny raz została z powodu Braunek odtrącona. To była dla niej gorzka chwila.

Życie toczyło się jednak dalej. Były kolejne role, kolejne wyzwania. Małgorzata Braunek zaczęła mieć coraz więcej wątpliwości: "Następował bardzo powolny proces wewnątrz mnie, który polegał na tym, że z coraz większą uwagą przyglądałam się temu, czym właściwie jest aktorstwo i co właściwie ono robi z człowiekiem. To, co zaczęłam zauważać, coraz mniej mi się podobało. Nagle pojawił się we mnie taki wewnętrzny komentator, który cały czas do mnie mówił. Grałam w czymś, ubrana w jakieś szaty, a ten głos chłodno komentował: Co ty w ogóle robisz? Po co? Tracisz życie na jakieś głupoty. Nastąpiła kompletnie schizofreniczna sytuacja i w pewnym momencie powiedziałam sobie "basta". Wtedy zniknęła z ekranu i poświęciła się buddyjskim medytacjom. Po latach dały jej one poczucie harmonii i dystansu, których tak bardzo jej brakowało, gdy grała w filmach.

Tymczasem Barbara Brylska dalej była chętnie obsadzana w filmach polskich i zagranicznych (szczególną sławę zdobyła w ZSRR, dzięki głównej roli w kultowej tam komedii Riazanowa "Szczęśliwego Nowego Roku"); mimo że rozwiedziona, cieszyła się rodziną i dwójką dzieci. Miała córkę Basię, która zamierzała kontynuować pasję matki i zostać aktorką. Brylska wspomina córkę: "Byłam wręcz zakochana w jej planach i cieszyłam się, że tak to błyskawicznie się rozwija i dobrze wiedzie. Była przepiękna. Bardzo inteligentna. I było to moją nadzieją i pociechą, że nie pracuję tyle co kiedyś. Miałyśmy tyle planów. Zastanawiałam się, co zrobić, żeby nie popełniła tych samych błędów co ja. Miałam już doświadczenie, wiedziałam, jak się ich ustrzec. Myślałam, że będzie tak pięknie... Niestety".

Los jeszcze raz wmieszał się w życie obu aktorek. Ich dzieci poznały się i polubiły. Córka Brylskiej - Basia, piękna modelka i przyszła aktorka - oraz syn Braunek - Xawery (przez którego narodziny tak skomplikowała się realizacja filmu "Diabeł"), przyszły reżyser. Razem podróżowali samochodem. Doszło do wypadku. Xawery prowadził. Basia była pasażerką. Jemu udało się przeżyć, ona zginęła.

Dla Brylskiej to był niemal koniec świata. Z trudem zbierała siły do życia, ale nie mogła już występować przed kamerą. Teraz to ona zrezygnowała z zawodu. Z oddali obserwowała, jak Izabella Scorupco dostała przeznaczoną wstępnie dla Basi rolę Heleny w "Ogniem i mieczem"...

Dwie aktorki, dwie silne osobowości, dwie historie sukcesu połączone wzajemnym bólem i cierpieniem. Czasem wydaje mi się, że ich historia jest gotowym scenariuszem jeszcze jednego filmu, ale jestem przekonany, że żadna z nich za żadną cenę nie chciałaby w nim wystąpić.

Tomasz Raczek. Karuzela z idolami. Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego. Michałów - Grabina 2006.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego