Kraków-Warszawa. Markowski i Libera oświadczają

Co się wydarzyło w Krakowie w ubiegłą niedzielę w Teatrze im. Juliusza Słowackiego informowaliśmy w naszym poprzednim wydaniu. Dzisiaj publikujemy nadesłane nam oświadczenie Michała Pawła Markowskiego, a także odpowiedź Antoniego Libery.

«Libera mnie sprowokował

Michał Paweł Markowski

krytyk i teoretyk literatury

W związku z publikacjami "Krytyk napadł na pisarza" oraz "Profesor wybrał rękoczyny" w "Dzienniku" z dnia 31.10.2006 oświadczam, co następuje.

Sytuacja, jaka zaistniała między mną a Antonim Liberą w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie w dniu 29.10.2006, sytuacja, która wzbudziła taką sensację wśród ludzi, którzy nie byli jej świadkami, nie ma nic wspólnego ani z teatrem, ani z literaturą, ani z krytyką literacką.

Spoliczkowalem Antoniego Liberę w sprawie honorowej, za to, że publicznie nazwał mnie "oficerem prowadzącym agenta", którym miałaby rzekomo być moja żona Anna Burzyńska, kierownik literacki Teatru im. Słowackiego. Agenturalność mojej żony miała polegać na tym, że goszcząc w domu Antoniego Libery, przekazała mi następnie - zapewne wkładając do dziupli w parku Jordana - tajne informacje na temat fortepianu w domu pisarza i jego wierszy. "Donos" ten miałem podobno wykorzystać w moim felietonie "Rozmowa z Wiekim Pisarzem", w którym rzekomo "brutalnie wyszydziłem Antoniego Liberę", a w którym to felietonie, niezwykle zresztą łagodnym w stylu, nie padło żadne nazwisko. Zarzut jest osobliwy, biorąc pod uwagę fakt, że mój felieton powstał przed debatą na temat Becketta, przy okazji której spotkali się Anna Burzyńska i Antoni Libera. Czuję niesmak w tłumaczeniu, że nikt, w tym moja żona, nie ma najmniejszego wpływu ani na treść, ani na formę mojej felietonistyki. Antoni Libera nie "dał odczuć" - jak pisze "Dziennik" - "swego niezadowolenia", lecz oskarżył ją za jej plecami o donosicielstwo i podważył publicznie jej moralność. To właśnie spowodowało moją gwałtowną reakcję, a nie - jak znowu sugeruje gazeta - chęć zemsty za niezadowolenie Libery z powodu mojego felietonu. Gdy domagałem się od niego publicznych przeprosin Anny Burzyńskiej, nazwał mnie ubeckim oficerem, moją żonę zaś - agentem. W takiej sytuacji, nie mogąc pozwolić na tak haniebne zachowanie wobec mojej żony i mnie samego, postąpiłem tak, jak dawniej postępowali ludzie honoru. Ta żenująca sytuacja nie ma więc nic wspólnego z jakąkolwiek dyskusją literacką. Chodziło mi jedynie o wyraz całkowitej dezaprobaty dla nikczemnych zachowań, które - osobom wpatrzonym ślepo w polityczne przykazania - pozwalają bezkarnie szkalować niewinnych ludzi. Nie byłem wtedy ani krytykiem, ani profesorem, tylko po prostu uczciwym człowiekiem.

Do teatru zostałem zaproszony przez jego dyrektora, Krzysztofa Orzechowskiego, by - za jego zgodą - odczytać moje oświadczenie w sprawie publicznego znieważenia Anny Burzyńskiej przez Antonino Liberę. Bronisławowi Majowi chciałbym natomiast wyjaśnić, że policzkowainie jest gestem symbolicznym i nie ma nic wspólnego ze zwykłą bijatyką czy chuligaństwem, którego w życiu nie uprawiam. Wolałbym zresztą, żeby świadkowie tej sceny, tak chętnie potępiający moje zachowanie, wykazali wcześniej swoją godność i święte oburzenie, kiedy w ich obecności Antoni Libera znieważał ich przyjaciółkę, nazywając ją donosicielką.

Oświadczam stanowczo, że gdyby Antoni Libera postąpił honorowo i przeprosił moją żonę, nigdy nie zachowałbym się tak drastycznie. On tymczasem nie tylko nie miał takiego zamiaru, ale posunął się w swojej bezczelności znacznie dalej, nazywając nas oboje ubekami, po czym - zamiast się bronić osobiście, jak przystało na prawdziwego mężczyznę, pobiegł na skargę do gazety. Za takie podłe zachowanie policzek jest najłagodniejszą z możliwych odpowiedzi.

Oświadczam także, że nie jestem dumny ze swojego zachowania, napawa mnie ono głęboką przykrością i wstydzę się tego, że dałem się publicznie sprowokować i wyprowadzić z równowagi Antoniemu Liberze, którego nikczemnej postawy nic nie usprawiedliwia. W żadnym wypadku nie popieram takich rozwiązań. Moje zachowanie nie było zaplanowane - było spontaniczną reakcją na niespodziewaną napaść Antoniego Libery, od którego oczekiwałem jedynie przeproszenie mojej żony.

Michał Paweł Markowski

***

Markowski należy do rasy panów

Antoni Libera

pisarz, tłumacz, reżyser teatralny

Śledząc ostatnie zachowania i wypowiedzi prof. Markowskiego, w tym jego oświadczenie złożone po zajściu w Teatrze Słowackiego 29 października, utwierdzam się w przekonaniu, że mam do czynienia z człowiekiem poważnie niezrównoważonym nerwowo. Zdaje się on żyć w jakimś własnym, kreowanym przez umysł świecie, który jednak oddziałuje na niego z mocą rzeczywistości i wywołującej najzupełniej realne skutki.

Ten wewnętrzny świat jest dlań prawdopodobnie okropny, stanowiąc źródło niewysłowionych udręk. Oto geniusz - Michał Paweł Markowski - profesor prześwietnej "Jagiellonki", autor niezliczonych prac naukowych, człowiek o niespotykanych możliwościach intelektualnych i zaletach moralnych, orzeł i rycerz bez skazy - wyrokiem losu zesłany został do smętnej krainy karłów. Otaczają go same miernoty i kreatury, istoty bez czci i honoru, słowem, "ciemni, mali ludzie". Którzy w dodatku - kiedy chce ich uzdrowić, oczyścić ich nędzne, niemyte duszyczki - odpłacają mu się wrogością, urągowiskiem, potwarzą. O docenieniu jego herkulesowej misji nie ma nawet co marzyć.

Nie powinno więc dziwić, że ktoś, kto na co dzień żyje w takim psychicznym piekle, przestaje trzeźwo postrzegać otaczającą go rzeczywistość i zaczyna narzucać jej własny, urojony sens. A jednak to, co wydarzyło się w zeszłym tygodniu w Krakowie, wywołuje zdumienie, jeśli nie zgrozę.

Oto prof. Markowski w dniu poprzedzającym próby generalne przedstawienia, które reżyseruję i w które zaangażowana jest również jego żona, Anna Burzyńska, kierownik literacki w Teatrze Słowackiego, publikuje na łamach "Tygodnika Powszechnego" felieton obliczony na ośmieszenie mojej osoby. Nie jest to - trzeba podkreślić - żadna polemika z jakimiś moimi poglądami ani krytyka jakichś moich dokonań, lecz wyłącznie drwina z mojej rzekomej megalomanii. Nie pada tam wprawdzie moje nazwisko, rzecz jednak utkana jest z aluzji i peryfraz jednoznacznie wskazujących na moją osobę, jak choćby passus, że nie wystarcza mi już komentowanie i reżyserowanie tłumaczonych przez siebie sztuk, lecz że muszę jeszcze sam w nich występować. Że felieton wymierzony był we mnie, dla nikogo nie ulegało wątpliwości, przynajmniej w środowisku literackim i teatralnym (o czym świadczą m.in. licznie rozsyłane deszyfrujące SMS-y); a przecież do innych środowisk nie był on adresowany, bo dla innych środowisk musiał być kompletnie niezrozumiały.

Każdy, kto zajmuje się jakąkolwiek działalnością twórczą, zwłaszcza sztuką teatru, doskonale wie, jak delikatna jest to materia, ile kosztuje zmierzenie się z publicznością i wystawienie na jej ocenę, i jak bardzo zniechęcają wrogie, zwłaszcza nafaszerowane szyderstwem opinie. Wie o tym również doskonale prof. Markowski, niebywale czuły na swym punkcie, niepuszczający nikomu płazem choćby najdelikatniejszej krytyki pod swoim adresem. Nie mogłem przeto pojąć, dlaczego w takiej chwili ogłasza on swoje złośliwości, tym bardziej że w danej sytuacji uderzały one również w przedsięwzięcie, w które zaangażowana jest jego żona, wywołując nieprzychylną atmosferę przed premierą. Nie rozumiejąc tego, wyraziłem przed zespołem swoje zdziwienie i rozgoryczenie, dopatrując się w postawie Anny Burzyńskiej nielojalności i dwulicowości.

Wkrótce okazało się, że jestem w błędzie. Anna Burzyńska, bymajmniej nie żywiąc do mnie urazy, sama do mnie podeszła i wyjaśniła, że felieton jej męża ukazał się wbrew jej woli i wiedzy, ku jej przykrości, i wyraziła ubolewanie, że nie powiedziała mi o tym wcześniej. Wobec tego wyjaśnienia zrozumiałem, że mam do czynienia z jakąś przewrotną grą prof. Markowskiego, i natychmiast pogodziłem się z Anną Burzyńską, podając jej rękę. Wydawało się, że sprawa jest zamknięta: ot, typowe zadrażnienie przedpremierowe wynikłe w dodatku z nieporozumienia.

Niestety prof. Markowski uroił sobie, że doszło do niewybaczalnej zniewagi jego żony i zażądał satysfakcji. Zaszantażował dyrekcję, że jeśli mu jej nie umożliwi, zrobi skandal na premierze. Wreszcie w toku żenujących negocjacji ustalono, że do konfrontacji dojdzie po trzecim i ostatnim z serii spektaklu. Nie zostałem jednak o tym powiadomiony. Postawiono mnie wobec faktu dokonanego. Dyrektor teatru po wygłoszeniu pojednawczego przemówienia stracił panowanie nad sytuacją i opuścił salę. Wtedy prof. Markowski przystąpił do finalnego ataku. Naprzód oświadczył, że gdyby było to dopuszczalne, "wyzwałby mnie na pojedynek i by mnie zabił", następnie zażądał, abym przeprosił jego żonę, bo w przeciwnym razie wyciągnie stosowne konsekwencje, a w obliczu mojego uporczywego milczenia (nie odezwałem się do tej pory ani słowem), zwrócił się do mnie w formie, w jakiej dotychczas zwracali się do mnie jedynie funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa, a mianowicie: "No, proszę, panie Libera!" Odpowiedziałem na to, że z czasów PRL-u wyniosłem zasadę, że z ludźmi o pokroju oficerów prowadzących nie podejmuję rozmowy. Prof. Markowski zapytał wtedy, czy nazwałem go agentem. Odpowiedziałem: "Nie, porównałem pana do oficera prowadzącego". Wtedy prof. Markowski wstał, podszedł do mnie i z całej siły uderzył mnie w twarz. Pozostałem niewzruszony, nie wykonując żadnego gestu ani nie wypowiadając żadnego słowa (teraz okazuje się, że zachowaniem tym wzbudziłem w prof. Markowskim - który oczekiwał, że będę się z nim bił - jeszcze większą pogardę).

Po incydencie Anna Burzyńska zasłabła i długo nie mogła do siebie dojść. Tymczasem prof. Markowski niezwłocznie opuścił teatr, zostawiając żonę z przywróconym po rycersku honorem.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że prof. Markowski, wybitny znawca i wielbiciel Nietzschego, należy do rasy panów. Podziwiam go i głęboko mu współczuję, że musi mieć do czynienia z takimi nikczemnymi niewolnikami i tchórzami jak ja. W każdym razie nie zdziwię się, gdy któregoś dnia nie wytrzyma i uwolni świat od mego nędznego istnienia.

Na zakończenie oświadczam, że z Anną Burzyńską nie dzieli mnie żaden uraz czy animozja. Pozostajemy w normalnych, koleżeńskich stosunkach.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego