powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Piętno roku jubileuszowego

"Powołanie" Pawła Woldana w reżyserii autora w Teatrze Telewizji. Pisze Krzysztof Krzak na swoim blogu.

Ogłoszenie bieżącego roku Rokiem Świętego Jana Pawła II, przypadająca w 2020 roku setna rocznica urodzin Papieża - Polaka zaobfitowała w zobligowanej do pełnienia misji telewizji publicznej wieloma wydarzeniami, w tym spektaklem emitowanym 18 maja w Teatrze Telewizji "Powołanie".

Mam nieodparte wrażenie, że zapotrzebowanie na przedstawienie ku czci i z okazji odcisnęło się piętnem na dokonaniu Pawła Woldana (scenariusz i reżyseria), który ma już w swoim dorobku spektakle zarówno o Janie Pawle II ("Totus Tuus" z Ireneuszem Czopem), jak i inscenizację jego dzieł ("Brat naszego Boga" z Borysem Szycem w roli Alberta Chmielowskiego). Woldan jest też twórcą wielu innych spektakli telewizyjnych i filmów dokumentalnych tematycznie związanych z Kościołem i jego ludźmi, można więc zaryzykować, iż jest on wybitnym znawcą tematu. I niewątpliwie to prawda. W "Powołaniu" Paweł Woldan pokazuje drogę Karola Wojtyły do kapłaństwa, jego duchowe dojrzewanie do decyzji porzucenia ukochanego aktorstwa na rzecz służby Bogu.

Opowieść zaczyna się w 1938 roku, gdy 18 - letni Karol Wojtyła przybywa wraz z ojcem Karolem (Adam Woronowicz) do Krakowa, by podjąć studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po ich ukończeniu ma zamiar studiować aktorstwo, cały czas bowiem jest to jego pasja, kontynuowana nawet w trakcie wojny, równolegle z fizyczną pracą w kamieniołomach. I to w trakcie jednej z prób Teatru Rapsodycznego Mieczysława Kotlarczyka (Przemysław Stippa), Karol ogłasza przyjaciołom decyzję o wstąpieniu do seminarium. Nie jest to decyzja spontaniczna, poprzedzają ją częste wizyty młodego Wojtyły w kościele (a potem przy grobie ojca) i dysputy z Janem Tyranowskim (Piotr Głowacki), znawcą mistyków Kościoła, który podsuwa Karolowi odpowiednie lektury, zachęca do udziału we Wspólnocie Żywego Różańca i zachęca do przemyśleń na temat katolicyzmu i polskości. "Powołanie" kończy się przyjęciem przez Karola Wojtyłę święceń kapłańskich z rąk kardynała Adama Sapiehy (Zygmunt Józefczyk).

Jest w tym przedstawieniu kilka ładnie pokazanych wątków, jak na przykład ojcowsko - synowska więź między panami Wojtyłami; subtelnie zarysowana fascynacja Haliny (Adrianna Chlebicka) Karolem jako młodym, przystojnym, inteligentnym mężczyzną. Brawa dla Woldana, że nie idzie w tym wątku metodą tabloidowych informacji. Jest niezwykle nastrojowa muzyka Andrzeja Krauzego (trochę natomiast męczą zdjęcia Piotra Wojtowicza w większości zrobione techniką sepii). Pewne zastrzeżenia budzi natomiast ujęcie postaci Karola Wojtyły. Woldan pokazuje go jako ckliwego, sentymentalnego, pozbawionego młodzieńczej energii człowieka z ujmującym uśmiechem - jakoś trudno uwierzyć, że ktoś taki mógłby porwać jako ksiądz, a potem papież rzesze ludzi zafascynowanych jego osobowością, poczuciem humoru, dystansem do samego siebie. Może na taką koncepcję tej postaci wpłynęła obecna wiedza o niej autora, czyli świadomość, że został on świętym? Woldan przytacza ustami Karola Wojtyły fraszkę, która powstała podczas jego studiów: "Poznajcie Lolka Wojtyłę, wnet poruszy ziemi bryłę", będącą antycypacją jego świętość. I w mojej opinii determinuje grę Józefa Pawłowskiego, aktora fizycznie jak najbardziej pasującego do roli przyszłego papieża, który zmuszony grać monumentalną postać przyszłego świętego, wygłaszającą górnolotne frazy o Bogu i ojczyźnie, nie ma praktycznie szans na rozwinięcie skrzydeł, czyli pełnego aktorskiego potencjału. Pawłowski od początku gra świętego. Całe zresztą to przedstawienie, toczące się w powolnym tempie, naszpikowane nienaturalnymi, przeintelektualizowanymi dialogami ma taki właśnie okolicznościowy charakter. Szkoda, bo przecież Karol Wojtyła nie urodził się papieżem, świętym. To był Człowiek, który został papieżem...