powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Koncepty izolacji

Studio i Komuna zaprosiły do realizacji swojego projektu wybranych artystów, z których każdy przygotował swój spektakl wideo, a Centrum Teatru i Tańca określiło czas trwania konkursu i przyjmowało do niego wszystkie nadesłane prace taneczne - o Projekcie Kwarantanna w STUDIO teatrgalerii i pilotażowym konkursie choreograficznym "W sieci" Centrum Teatru i Tańca w Warszawie pisze Sandra Wilk.

Przy tworzeniu spektaklu nie wystarczą wybitne umiejętności i perfekcyjne wykonanie - dobry spektakl musi opierać się na przejrzystym koncepcie, takim, jaki będzie odczytywalny przez widza, dotrze do niego, skłoni do myślenia, poruszy emocjonalnie, choćby brutalnie, przez zastosowanie prowokacji. To nic złego - sztuka w końcu musi prowokować, a artyści powinni nas drażnić, pobudzać i w zaskakujący sposób komentować naszą rzeczywistość.

Podobnego, precyzyjnego pomysłu potrzebują także organizatorzy rozmaitych cykli, festiwali czy konkursów, szczególnie w tym niezwykłym czasie pandemii koronawirusa SARS-CoV-2, gdy wszystkie placówki artystyczne są na głucho zamknięte, a wyścig o uwagę widza w Internecie nabiera coraz większego tempa. Przyjrzyjmy się więc dwóm inicjatywom w obszarze niezależnego teatru i tańca w Warszawie, które przyniosły nam nowe spektakle - "Projektowi Kwarantanna" Teatru Studio i Komuny/Warszawa oraz Konkursowi choreograficznemu "W sieci" Centrum Teatru i Tańca, bo oba określiły swoje warunki brzegowe zupełnie inaczej.

Jak wyglądały te różnice? Studio i Komuna zaprosiły do realizacji swojego projektu wybranych artystów, z których każdy przygotował swój spektakl wideo, a Centrum Teatru i Tańca określiło czas trwania konkursu i przyjmowało do niego wszystkie nadesłane prace taneczne. Pierwszy organizator dał dowolność czasu trwania nowych spektakli, drugi ograniczył czas do pięciu minut. "Projekt Kwarantanna" zamówił spektakle u wybranych artystów i zapłacił im za nowe prace wynagrodzenie, a CTiT wybrał formułę konkursową - artyści w nim uczestniczący walczyli o nagrody finansowe, ale zwycięzcy zostali wybrani w innowacyjny sposób, bo o wygranej decydowała liczba reakcji widzów każdego z publikowanych w Internecie filmów (liczba lajków, udostępnień itp.). Kwoty wynagrodzeń/nagród były podobne. Oba projekty, realizowane w okresie społecznej izolacji, różniły także punkty wyjścia. Centrum Teatru i Tańca określiło go jedynie poprzez cytat z "Hamleta" ("Zamknięty w skorupce orzecha, jeszcze czułbym się władcą nieskończonych przestrzeni"). Z kolei Teatr Studio i Komuna/Warszawa uściśliły bardzo wiele warunków - spektakle musiały być tworzone z określonymi rekwizytami związanymi z pandemią (m.in. papier toaletowy, makaron, ryż, mąka, puszki, cebula, witamina C, mydło, środki czyszczące, spirytus), musiały rozgrywać się na monochromatycznym tle przy stole i zostać nagrane w jednym nieruchomym ujęciu kamery. Dodatkowo przed kamerą mogły stanąć tylko twórcy lub osoby, z którymi artyści aktualnie przebywali na kwarantannie.

Te skrajnie różne warunki realizacji przyniosły zupełnie odmienne spektakle. W "Projekcie Kwarantanna" nie zobaczyliśmy na przykład tego, w jaki sposób performerzy wykorzystaliby przestrzenie opustoszałych miast, podwórek, parków czy lasów, bo kurator projektu (Tomasz Plata) narzucił im konkretną przestrzeń. Nic w tym oczywiście złego, choć trochę żal, że już nigdy się nie dowiemy tego, czy aktorzy wyszliby na zewnątrz swoich domów w czasie całkowitego lockdownu.

Dobrze (i przekonująco!) wyraża ten żal "Moment" sygnowany przez zespół artystyczny Malikowska/Brożek/Szymkiewicz/Balba. Wykonywana przez siedzącą przy stole parę twórców pieśń ze słowami "Ziemio twój ruch, kochać chcę..." trwa bez końca, a powtarzana jak mantra fascynuje swym rytmem i kontekstem przekazu. Bo przecież śpiewana jest w chwili, gdy cały świat się zatrzymał w miejscu, gdy ulice opustoszały, gdy wszyscy z zapartym tchem czekają na jakąś zmianę. Czekają, bo chcą przeżyć. "Ziemio twój ruch" wybrzmiewa więc bardzo wyraźnie. Mocno. Błagalnie. Z nadzieją. Ale gdy pieśń gaśnie i liczymy, że coś się wydarzy - dzieje się coś zupełnie odwrotnego. Wszystko przed naszymi oczami zamiera. Artyści siedzą bez ruchu. Czas mija. W końcu ciszę przeszywa jak miecz tylko krótki dialog: - Co czujesz? - Momentami nic.

Wierzę im.

To była jedna z pierwszych prac pokazanych w tym projekcie. Jej oddziaływanie było silniejsze, niż kolejnych, bo w miarę upływu czasu okazywało się, że większość propozycji to kolejne prace konceptualne - z małą ilością ruchu, opierające się na jednym prowadzonym konsekwentnie pomyśle. Większość performerów i aktorów postawiła na statyczność, bezruch, podkreślanie jakiegoś znudzenia akcją, decydując się pokazać nam trwanie (czasem z ważnymi pytaniami).

Ruchu nie ma w "La Maladie" (Małgorzata Biela, Klaudia Hartung-Wójciak, Witold Mrozek). Ani w projekcie Barbary Kingi Majewskiej, która wykonuje piękną starofrancuską pieśń z 1545 roku, oryginalnie śpiewaną na sześć głosów. Na ekranie nie widzimy w ogóle człowieka - jest tylko pusty stół i elektroniczny zapis "pandemicznego dialogu". Brzmi tak: - Pocałuj mnie, moja droga. W imię miłości proszę cię. - Nie pocałuję. - A dlaczego? - Jeśli zrobiłabym coś tak głupiego, moja mama mogłaby umrzeć. Oto dlaczego.

W "Antyteatrze" Mateusza Atmana i Agnieszki Jakimiak widzimy aktorów leżących na kanapie i oglądających spektakl Komuny/Warszawa, w pracy Ramony Nagabczyńskiej pt. "Nie martw się, niedługo będzie tak, jak kiedyś" oglądamy tylko sztucznie uśmiechniętą twarz tancerki i napisy wyjaśniające czego w życiu żałuje, a czego nie. Ciekawe studium.

Romuald Krężel w spektaklu "To" w ogóle się nie pokazuje przed kamerą, choć dobitnie wyjaśnia krótkimi zdaniami, że "to nie jest teatr, to nie jest performance (...) to jest wideo, to jest online, to można przewinąć do końca". Jest tych przykładów więcej. Np. Dobromir Dymecki i Gosia Wdowik w "Nie dali rady" grają z całkowicie zasłoniętymi twarzami siedząc niemal bez ruchu przy stole w kuchni, a Grzegorz Laszuk, który co prawda sprytnie wyłamał się z niewychodzenia z domu, także nie pokazał się na ekranie...

Większość z tych, i pozostałych, performance oparto na spójnej koncepcji, wciągają więc one widza w swój świat (niektóre w sposób naprawdę poruszający), ale analizując je grupowo z pewnością będziemy zszokowani brakiem aktora na ekranie, czyli... w teatrze. Taki był zamysł? Pokazać dobitnie ów brak? Przyjmuję go, ale czuję ogromny niedosyt, bo w społecznej kwarantannie każdy odczuwa i przeżywa rozmaite straty, i chciałoby się uciec, np. w świat sztuki, najlepiej płynącej jakimś wartkim, ożywczym, zaskakującym nurtem. Naprawdę tego by się chciało.

Czy taką zmianę przynosi konkurs Centrum Teatru i Tańca? Też raczej nie. Ale na pewno propozycje "W sieci" bardzo się różnią od propozycji "Projektu Kwarantanna". Są też o wiele bardziej dynamiczne i urozmaicone. Uczestnicy skrzętnie skorzystali z możliwości poszukiwania przestrzeni gry na zewnątrz swoich domów, a także z efektów filmowych i montażu wideo - zrezygnowało z niego jedynie kilku twórców. Niemniej tylko jeden z tancerzy zaproponował typową pracę konceptualną i... nie pokazał tańca. To Kamil Wawrzuta, który całą etiudę "3 3 2" oparł na zbliżeniu swojego torsu i powolnym filmowaniu rozmaitych napięć ciała. Tłem tego czarno-białego obrazu są dźwięki przełykania śliny, stęknięć, chrząknięć, oddechu, skrzypienia podłogi, szumu ulicy. To cisza? Nie, cisza tu nie istnieje, choć z pozoru wydaje się, że nas otacza.

Propozycja Wawrzuty robi wrażenie, jest zapamiętywana w zestawie prac zgłoszonych do konkursu "W sieci", bo... jest inna od reszty. Niespieszna, dokumentalna, zostawiająca nas sam na sam z własnymi domysłami i przemyśleniami.

Wiele spektakli zgłoszonych na konkurs CTiT ściśle asymilowało ruch z technikami wideo, tricki filmowe dodały wiele dynamiki do proponowanych opowieści, ale w wielu z tych prac ukrywano nimi fakt, że oglądamy raczej performance, niż choreografie taneczne. Tak więc, aby być sprawiedliwym, w przypadku tego projektu także należy głośno pytać, gdzie są aktorzy, których znamy ze scen? A raczej - gdzie jest dzisiaj taniec? Widzimy w lustrze tęsknoty samych twórców, czy może jednak nasze?

Oto jest pytanie.