powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Teatr na wagarach

Sceny mają przymusowe wolne. A co wymuszone, radości nie przynosi. Pandemia uziemiła publiczność, teatr podzielił los imprez masowych - pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.

Jak długo to może potrwać, kiedy publiczność wróci do teatru? I czy wróci? Jaki będzie teatr po doświadczeniu zmagań z koronawirusem? Pytania mnożą się, a o jednoznaczną odpowiedź trudno. Kiedy zadałem je twórcom teatru, około stu osobom, część odpowiedziała wymijająco, że nie ma kompetencji wróżbitów. Rozumiem te rozterki. Zwłaszcza że przewidywanie przyszłości okazuje się zawodne, a zaplanowane wcześniej spotkania teatralne, przynajmniej te wiosenne i letnie, są przenoszone na lepsze czasy, zwykle za rok.

W kwietniu miałem być w Pradze na przeglądzie teatrów czeskich, specjalnie przygotowywanym przez tamtejszy Instytut Teatralny dla krytyków z całej Europy. Odwołany przegląd prawdopodobnie odbędzie się za rok. W maju planowaliśmy kolejny, organizowany co dwa lata, międzynarodowy kongres krytyków teatralnych w pobliskiej Bratysławie. Został przełożony i (zapewne) też odbędzie się za rok. Nie odbędzie się festiwal w Awinionie ani wielka feta teatralna w Edynburgu itp., itd. Kalendarz można wyrzucić do kosza.

Obrona przed nieobecnością

Teatr broni się przed nieobecnością, jak tyko się da, bo okazało się, że można bez niego żyć - zwłaszcza kiedy trzeba z czegoś zrezygnować. Zaspokaja potrzeby wyższego rzędu, a nie wszyscy politycy podpisują się pod rzymskim hasłem "chleba i igrzysk". Przypuszczalnie nawet niektórzy odetchnęli, że nie muszą się borykać z niesfornymi artystami, prowokującymi na scenie, odwołującymi się do wrażliwości i wyobraźni widzów. Tak czy owak, stosunkowo łatwo zatrzymać machinę produkcyjną teatrów czy filmów. Trudniej będzie wrócić do normalności. To nie tylko kwestia tzw. wypłaszczenia krzywej zakażeń czy nawet rosnącej nadziei na rychłe opracowanie skutecznej szczepionki. Minister Szumowski studzi nadmierny optymizm. To jeszcze nie jest szczyt pandemii, nie ma szans na cudowny zwrot akcji i nagłe wygaśnięcie ognisk zakażeń. Czeka nas długi marsz do normalności (czymkolwiek ona będzie), trudno oczekiwać radykalnych zmian w okresie wakacji, a jesienią to też wątpliwe. Przed teatrem pojawiają się więc poważne wyzwania. Przedłużająca się izolacja od publiczności (tej na żywo) może przynieść poważne zmiany zachowań.

To także kwestia gotowości do powrotu na sale teatralne (czy kinowe). Nawet jeśli widzowie szybko wrócą, może to wyglądać tak jak w opisie Dariusza Taraszkiewicza, reżysera, aktora i dyrektora Domu Kultury w Rawiczu: "Po pandemii będą inne oklaski - publiczność wszak będzie zarękawiczkowana, a zerkający na widownię aktorzy (to przynosi pecha!!!) znajdą las głów osób w pewnie coraz bardziej fantazyjnych maseczkach".

Niedawno świat obiegła wiadomość, że w USA wracają do łask kina samochodowe - oferują skuteczniejszą izolację. I tu jest pies pogrzebany - pandemia zaatakowała sam rdzeń teatralności, czyli wspólnotowość, bez której teatr nie może się obejść. Teatr telewizyjny czy teatr w internecie to nie to samo, to inny gatunek twórczości, który ma teraz swoje dni. Telewizyjny teatr, niedawno chylący się ku upadkowi, a ostatnio reanimowany, musiał się kontentować widownią, która w latach 70. czy 80. zeszłego wieku uchodziłaby za powód do zdjęcia z ekranu, obecnie stanął jednak przed nową szansą. Na razie została wstrzymana produkcja nowych widowisk, ale do dyspozycji są ogromne zasoby archiwalne, do których nieznacznej tylko części mamy dostęp za pośrednictwem VOD czy YouTube'a - na szczęście lista spektakli do obejrzenia stale się poszerza i to może dać Teatrowi Telewizji nowe życie. Chodzi tu nie o jednorazowe transmisje czy udostępnienia, ale o stałą obecność, która przynosi efekty - dość wspomnieć, że telewizyjna wersja "Ślubów panieńskich" z Teatru Narodowego w reżyserii Jana Englerta zbliża się do 300 tys. wyświetleń za pośrednictwem YT. Takimi wynikami nie mogą się poszczycić pokazy spektakli zarejestrowanych przez poszczególne teatry, których produkcje coraz częściej umieszczane są w internecie.

Sposób na przetrwanie w ciszy

Skoro bowiem widzowie nie mogą przyjść do teatru, teatr przychodzi do nich. Ale nawet jeśli te wizyty domowe mają sens i echo, podtrzymują więź z widzami tak gwałtownie przerwaną - rzadko wieńczy je spektakularny sukces frekwencyjny. Osiągnął go bodaj jedynie TR Warszawa, udostępniając w internecie "Cząstki kobiety" w reżyserii Kornela Mundruczó, spektakl obsypany wieloma nagrodami i okrzyknięty przez krytyków mianem genialnego. Oglądało go jednocześnie niemal 10 tys. internetowych odbiorców. Okazało się jednak, że jakość transmisji znacznie obniżyła wartość przedstawienia, zwłaszcza że zabrakło (siłą rzeczy) interakcji, tak ważnej w spektaklach granych na żywo. Niekoniecznie więc pokaz w internecie musi teatrowi pomagać - czasem wynik może być co najmniej dyskusyjny.

"To jednak substytut - ocenia internetowe życie teatru Jacek Mikołajczyk, dyrektor Teatru Syrena, reżyser przebojowych musicali, w rozmowie z Wiesławem Kowalskim dla portalu Teatr dla Wszystkich. - Teatr nie przeniesie się do internetu, nawet nie powinien". Mikołajczyk zwraca też uwagę na "aspekt finansowy" internetowego żywota spektakli teatralnych, zwłaszcza muzycznych - telewizyjna czy internetowa rejestracja musicalu na profesjonalnym poziomie to bardzo poważny wysiłek finansowy, który trudno byłoby zrekompensować ewentualnymi opłatami internautów, gotowych to przedstawienie obejrzeć. Niełatwo sobie wyobrazić produkcje "charytatywne". Inną rzeczą jest misja, która powinna być statutowo realizowana w telewizji publicznej, nastawionej na produkcję mającą na widoku upowszechnianie wzorców estetycznych czy etycznych, a choćby tylko popularyzację wzorcowych adaptacji lektur szkolnych.

Krystyna Janda i jej Fundacja dla Kultury, a przede wszystkim teatry, które prowadzi (Polonia i Och-Teatr), nie mają obowiązku uprawiania misji, ale mają taką potrzebę. Stąd niedawna internetowa prezentacja głośnego monodramu "Danuta W.", który parę miesięcy temu zszedł z afisza Polonii, jak i zgłoszona przy okazji deklaracja, że nigdy nie zapomną o potrzebie rejestrowania swoich produkcji i zapewnieniu odpowiedniej jakości tej rejestracji.

Teatr internetowy

Trzeba jednak zadać pytanie, czy internetowy teatr powinien i czy może być kopią teatru żywego planu. Doświadczenia teatru telewizyjnego uczą, że zapis "żywego teatru" zawsze jest czymś uboższym od spektaklu oryginalnego, że przestaje być spektaklem, stając się raczej reportażem ukazującym wystawiany spektakl. A to co innego.

Ideę stworzenia specyficznej, odmiennej formuły teatru internetowego od dawna głosi i stara się do niej przekonywać Robert Gliński. Próbował ją zresztą wcielać w życie w latach, kiedy sprawował dyrekcję Teatru Powszechnego w Warszawie. Nie znalazł wówczas zrozumienia dla swoich pomysłów. Przypomniał o nich niedawno w wypowiedzi dla "Yoricka", internetowego (!) magazynu polskiej sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (www.aict.art.pl): "10 lat temu chciałem stworzyć teatr internetowy. Proponowałem różnym platformom (Onet, WP, polskie YouTube): jednoaktówki Mrożka (bo śmieszne), >>Makbeta<< w 10-minutowych odcinkach (bo każdy będzie miał napięcie), >>Chór sportowy<< Jelinek (bo o piłce nożnej). Nikt nie chciał. Uważałem, że przedstawienie w internecie to szansa na nowy rodzaj teatru. Że to zupełnie co innego niż scena i co innego niż Teatr Telewizji. Internet rządzi się inną dramaturgią, strukturą opowiadania i przede wszystkim inną wizualnością. Może teraz wrócę do tego pomysłu...".

Oby tak się stało, pomysł pachnie sukcesem - może przynieść zgoła rewolucyjne rezultaty, jeśli pamiętać o oku reżysera filmowego i wyobraźni człowieka teatru, które łączy harmonijnie Robert Gliński.

Na razie jednak dominują formy sprawdzone i tradycyjne: spotkania autorskie, czytania dramatów (te prowadzi m.in. warszawski Teatr Dramatyczny) bądź spektakle online, np. Teatru Wybrzeże, stołecznego Teatru Współczesnego (pokazano mistrzowskie "Tango" Sławomira Mrożka w reżyserii Macieja Englerta i "Wniebowstąpienie" według Tadeusza Konwickiego). Teatr Żydowski, który ma za sobą trudny czas walki o przetrwanie po utracie siedziby przy placu Grzybowskim, układa nawet tygodniowe repertuary swojej oferty dla widzów. Zaprosił m.in. na transmisję oczekiwanego "Golema" Mai Kleczewskiej, czytanie performatywne "Kota rabina" według komiksu Joanna Sfara, literacką środę poświęconą poezji Malki Lee oraz na "Spotkanie z piosenką żydowską" i aktorami Teatru Żydowskiego.

W te ślady idą inne teatry i aktorzy podejmujący na własną rękę próby prezentacji w internecie. To krótkie występy, przede wszystkim recytacje wierszy, dla dorosłych i dla dzieci - Teatr Narodowy zainaugurował z inicjatywy swoich aktorów lektury wybitnych wierszy polskich, rozpoczynając cykl sławną i powszechnie znaną fraszką "Na zdrowie" Jana Kochanowskiego w interpretacji Jana Englerta, pandemicznej, z badaniem pulsu i westchnieniem ulgi, że ze zdrowiem wszystko w porządku. Teatry przetrząsają swoje archiwa i umowy (prawo autorskie czasem uniemożliwia emisję), sięgając po telewizyjne wersje swoich spektakli albo własne rejestracje - każdy próbuje zaznaczyć swoją obecność. TR Warszawa zaproponował 11 kwietnia spotkanie z telewizyjną wersją "Bzika tropikalnego" Grzegorza Jarzyny według młodzieńczych tekstów Witkacego. To spektakl legendarny, który przed laty zapoczątkował rewolucję estetyczną w polskim teatrze. Po emisji odbyło się spotkanie z twórcami, a na deser pokaz dokumentu Joanny Makowskiej "Bzik teatralny. Początek", odsłaniającego kulisy powstania spektaklu, atmosferę premiery. Film ukazywał powrót do tej inscenizacji i jej przesłania w próbie nowego odczytania 20 lat później i wreszcie do dziedzictwa "Bzika" w nowej produkcji TR Warszawa ("G.E.N"), pozostającej w klimacie wolnościowej afirmacji debiutanckiego przedstawienia Jarzyny. Inspirujący wieczór, pełen wrażeń i wspomnień.

A będzie jeszcze więcej

Dzieje się więc niemało, choć zapewne to dopiero uwertura do tego, co nas czeka. O swoje upomną się finanse i politycy. Pandemia przyniesie negatywne skutki gospodarcze, trudne dziś do oszacowania, ale pewnie nie obędzie się bez strat także na polu teatru. Już dziś trzeba się szykować do oszczędniejszego gospodarowania środkami, do oglądania każdej złotówki kilka razy, zanim się ją wyda. Wiesław Geras, twórca wielu festiwali teatrów jednego aktora, we Wrocławiu i w Toruniu, przewiduje, że to będzie dobry czas dla monodramów - ze względu na koszty realizacji formy atrakcyjnej w trudnym momencie: "Nadchodzi dobry czas dla monodramów - aktorzy są gotowi, teraz jest czas dla animatorów i organizatorów". Co więcej, monodram, który ostatnio powrócił również na mały ekran, ma spore szansę w Teatrze Telewizji. Widać to i w internecie, w którym pojawiają się próbki indywidualnej twórczości. Agnieszka Przepiórska, która ma za sobą kilka bardzo dobrze przyjętych spektakli jednoosobowych, realizuje pod szyldem Łaźni Nowej z Krakowa miniserial literacki komentujący w stylu kabaretowym czasy pandemii.

Dyrektor artystyczny Łaźni Nowej, Bartosz Szydłowski, twórca międzynarodowego festiwalu Boska Komedia, wierzy, że artyści po ustąpieniu pandemii sobie poradzą, ale nie ufa politykom: "Dla nich jedyną formą reformowania kultury jest cięcie środków finansowych. Jak można coś taniej, to znaczy, że się da. I to jest najważniejsze, nie ma myślenia jakościowego, nie ma zrozumienia dla tej skomplikowanej materii. Ich po prostu wkurzają ci wszyscy, którzy nie poruszają się po tych torach hierarchii władzy. Coraz bardziej drażni ich niezależność twórców i własny brak dostępu do świata wyobraźni. Naprawdę to jest choroba, która toczy tych ludzi w garniturach bez względu na wyznawaną opcję polityczną. Tutaj widzę ciemność".