powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Aleksandra Zielińska: Artystka w służbie zdrowia

- Zawsze pociągało mnie to, o czym trudno opowiadać. Dużo bardziej uruchamia mnie chaos, niedopasowanie, tabu, wykraczanie poza ogólnie przyjęty schemat, co widać w mojej twórczości od samego początku - mówi pisarka Aleksandra Zielińska w rozmowie z Maciejem Stroińskim w Przekroju.

Maciej Stroiński: Boisz się? Aleksandra Zielińska: Gdybyś zapytał mnie o to w normalnych warunkach, to pewnie wymieniłabym rzeczy, do których otwarcie się przyznaję, bo można je ładnie podać w formie anegdoty albo żartu. A wiadomo przecież, że jeśli coś uda się łatwo obśmiać, to i automatycznie staje się mniej przerażające. Wychowałam się na wsi, przeraża mnie niewiele. Bardzo boję się pasożytów, więc pewnie opowiedziałabym ci o tym, jak w dniu ogłoszenia fatalnych wyników czytelnictwa w Łazienkach Królewskich ukąsił mnie kleszcz.

Pamiętam, jak w środku nocy moja przyjaciółka usiłowała tego kleszcza wyjąć, a sytuacja była poważna, bo nie dość, że o mało nie zemdlałam, to jeszcze powtarzałam, że to wcale nie jest moja noga ani mój kleszcz, ani to się w ogóle nie dzieje naprawdę. Joanna używała pincety, odkażonej w spirytusie salicylowym - w czasach, gdy spirytus salicylowy był powszechnie dostępny. Gdybyśmy rozmawiali w normalnych warunkach, to opowiedziałabym ci o tasiemcu bąblowcu, który tylko czai się na jagodach w lesie i tylko czeka, aż jakiś beztroski człowiek tych jagód nie umyje i takie brudne, często obsikane przez lisa, zje. No ale spotykamy się w sytuacji niecodziennej. Ba, nie spotykamy się wcale i rozmawiać możemy tylko przez Internet. I w takich sytuacjach niecodziennych wychodzą rzeczy, o których nie lubię mówić głośno, nawet nie zawsze zdaję sobie sprawę z ich istnienia. Boję się zarówno o bliskich, jak i o siebie. Jako farmaceutka nie mogę swojej pracy wykonywać zdalnie i wraz z całą załogą apteki wspieramy pacjentów w czasie kwarantanny. Boję się dezinformacji i paniki, bo oprócz wydawania leków, zajmuję się prostowaniem fake newsów i tłumaczeniem, że cynk nie uratuje nas od śmierci. To trudny czas, ale minie. Mam nadzieję, że wyciągniemy z tego wszystkiego wnioski.

Wreszcie się przyznałaś, że robisz w aptece! Zawsze chciałem to wyciągnąć, ale jak dotąd nie było okazji. Tymczasem Stary Teatr wystawia twój spektakl o chorowaniu, z powodu którego dzisiaj się tu spotykamy. Jak to się robi: aptekarka trafia do teatru?

- Prawdę mówiąc, w obecnych czasach trudno uniknąć moich farmaceutycznych konotacji i raczej nie ma okazji, żeby rozmawiać o pisaniu, ale wracając do pytania, już spieszę z odpowiedzią w zestawie z dygresją. Pierwszy spektakl, jaki widziałam w życiu, to "Dziady" w Teatrze Osterwy w Lublinie w reżyserii Krzysztofa Babickiego - początek XXI wieku, autobusowa wycieczka z mojej małej miejscowości na Podkarpaciu do wielkiego miasta, fenomenalny Jacek Król jako Gustaw Konrad, już wtedy wiedziałam, że może i będą po drodze jakieś farmacje, ale skończy się na teatrze. Gdy przeprowadziłam się do Krakowa, to potoczyło się wszystko trochę inaczej. Wprawdzie możliwości repertuarowe mocno mi się poszerzyły, ale nagle pojawiło się poczucie, że teatr jest czymś elitarnym, trudnym, niezrozumiałym, do czego teraz z perspektywy czasu przyznaję się bez bicia. Potem przez przypadek/nieprzypadek trafiłam na warsztaty dramatopisarskie Centrum Dramatu Najnowszego w Teatrze Słowackiego i trzask-prask - odblokowałam się jako widzka. Oto zaczęłam chodzić na spektakl za spektaklem, często po kilka razy na to samo, zresztą wiesz, nieraz się spotykaliśmy na widowni. Teatr stał się dla mnie miejscem celebrowania radości, ale i wkurwu czy rozpaczy. Dalej bywa trudno i niezrozumiale, ale wcale mnie to nie przeraża, wręcz przeciwnie, lubię tę niewygodę. Potem pojawiły się warsztaty "Nasz Głos" zorganizowane przez Agatę Dąbek w Starym Teatrze - i tu odblokowałam się już jako twórczyni. Fun fact - pierwszy spektakl, jaki zobaczyłam w Starym, to "Rodzeństwo" Lupy. Pamiętam, że tak wsiąkłam w to, co działo się na scenie, że nawet przestali mnie rozpraszać widzowie chrupiący orzeszki. Dlaczego sprzedaje się orzeszki w teatrze?

Żebyś się pytała! A, przepraszam, ma być z szacunkiem do rozmówcy. Ale szczerze - zobaczymy, co powiesz o teatrze za dwa lata. Wracając do tematu: dramat o lęku przed chorobą jest bardzo autobio? Masz tego tyle w pracy...

- Temat choroby zawsze mnie interesował, trudno wskazać jakieś wydarzenie, które miałoby to zapoczątkować. Przyczyny upatrywałabym chyba w mojej wrażliwości, bo jakoś zawsze pociągało mnie to, o czym trudno opowiadać. Dużo bardziej uruchamia mnie chaos, niedopasowanie, tabu, wykraczanie poza ogólnie przyjęty schemat, co widać w mojej twórczości od samego początku. Owszem, dokłada się do tego również zawód, jaki wciąż aktywnie wykonuję - pracuję w aptece otwartej, w przychodni, co sprawia, że kontakt z chorobą mam na co dzień i tak naprawdę to ważny dla mnie element życia. W przypadku "Głębiej" (reż. Małgorzata Wdowik) doszło do tego doświadczenie choroby, które dotknęło mnie dwukrotnie: raz dotyczyło mnie samej, raz bardzo bliskiego członka rodziny. Trochę z dnia na dzień zostałam wessana przez rzeczywistość szpitalną od strony pacjentki czy krewnej chorego, nie od strony pracowniczki ochrony zdrowia. Potrzebowałam dwóch lat, żeby sobie to jakoś opowiedzieć własnymi słowami, i tak oto mamy genezę tekstu "Kobieta Schrödingera", który stał się podstawą do tego, co wzbogacone o doświadczenia zespołu pokazujemy na scenie w "Głębiej".

Teraz lekki off topic, ale muszę cię o to zapytać. Ostatnio coraz bardziej mnie kręci fizyczny wymiar pisania: kto, czym i na czym pisze. Szukam po książkach, jak pisali wielcy, np. dużo jest o Miłoszu i jego zeszytach w książce jego asystentki Agnieszki Kosińskiej. A ty jak piszesz? Jeśli na kompie, to jakim fontem (bo oczywiście nie "czcionką", co wiesz jako absolwentka m.in. grafiki), ale ręcznie może też coś skrobiesz? Na zachętę mogę powiedzieć, że ja ostatnio odkrywam cienkopisy kreślarskie...

- Widzisz, ja bardzo rzadko dostaję tego typu pytania i wydaje mi się, że czytelnika nie interesuje, jak piszę, tylko co piszę, ale skoro nadarza się okazja, to proszę bardzo, SAM ŻEŚ CHCIAŁ. Najbardziej lubię pisać ręcznie, ale z czasem okazało się, że to mało wydajne. Niestety, moje pismo jest trudne do rozszyfrowania nawet przeze mnie samą, a szkoda, bo lubiłam przepisywać taki surowy tekst na komputer, z głowy mając pierwszą redakcję. Natomiast wszelkie notatki, konspekty i złote myśli zapisuję w zeszytach, w związku z czym posiadam ogromną ilość różnego rodzaju artykułów papierniczych. Mam do nich słabość. Jeśli nie wiesz, co mi kupić - kup notatnik. Z Kanady przywiozłam sobie teraz piękny, ręcznie robiony zeszyt z recyklingowanych materiałów z ośmiornicą na okładce i od razu awansował na pozycję dziennika. Na co dzień korzystam z notatników, które dostaję w pracy. Na okładkach niestety są zwykle nazwy leków, co rodzi wiele zabawnych sytuacji w środowiskach literackich. Lubię pisać piórem, ale jestem leworęczna i zawsze brudzę sobie dłonie, nie wspominając o tym, że na kartkach zostają ślady jak po ucieczce zranionej kałamarnicy. Dlatego najlepszym rozwiązaniem są długopisy BIC, koniecznie niebieskie. Patrzę na zapisane kartki jak graficzka, dlatego mam określone standardy. Natomiast jeśli idzie o fonty, to zawsze i wszędzie Verdana, rozmiar 10, ze skomplikowanym systemem wcięć i odstępów - w efekcie kartka zapisana jest drobnym makiem, ale lubię wzrokiem móc objąć dużą partię tekstu. Moim ulubionym fontem jest o dziwo Futura i na studiach składałam nią wszystko, co się dało. Nie oceniaj mnie.

Futura była kiedyś fontem Ikei. A co do pisania lewą ręką, to są specjalne atramenty dla TAKICH LUDZI, szybko schnące, polecę ci off the record. Tymczasem klasyczne pytanie dziennikarza do pisarki. Kto jest twoim mistrzem, jeżeli chodzi o literaturę? Kto jest nim naprawdę, to ci zaraz powiem (krytyk lepiej wie niż pisarz, por. Harold Bloom), ale powiedz, co sama uważasz.

- Poleć mi, poleć, bo dalej mam pióra i szkoda, żeby się kurzyły nieużywane. Druga część pytania: istnieje duża szansa, że wiesz, o kim powiem, w końcu znamy się nie od dzisiaj. Ciekawie się składa, bo izolacja skłoniła mnie do powrotu do moich mistrzów i mistrzyń. Na pierwszy ogień idzie David Foster Wallace. Czytam właśnie jego biografię "Every Love Story is a Ghost Story" i mam wrażenie, że lepiej rozumiem, dlaczego jego styl tak do mnie trafia. Jakkolwiek to brzmi, jesteśmy chyba bardzo do siebie podobni w kwestii wrażliwości. Wallace w doskonały sposób potrafi łączyć ironię z czułością, całość doprawiając smutkiem, który z jednej strony mocno wytrąca z równowagi, a z drugiej na mnie działa kojąco. Zresztą wiesz, że jestem bardzo smutną kobietą. Dodam, że wysłuchałam praktycznie każdego wywiadu, jakiego Wallace udzielił, przeczytałam wszystko, co wyszło po polsku, większość również w oryginale, teraz wyjęłam z regału "Infinite Jest", czas na podejście drugie. Mniej obsesyjnie traktuję innych ulubionych pisarzy, którzy zmieniają się w zależności od tego, co aktualnie piszę. Do Iwaszkiewicza wracam, jak pracuję nad opowiadaniami, a do Myśliwskiego, jak grzebię się w powieściach. Natomiast, jako że punktem wyjścia dla naszej rozmowy jest teatr, to od razu dodam, że moją ulubioną dramatopisarką jest Caryl Churchill. Pierwszy raz zetknęłam się z jej twórczością w Teatrze Słowackiego - Remigiusz Brzyk wyreżyserował czytanie performatywne "Escaped Alone" i wsiąkłam. Churchill jest niesamowita zarówno w warstwie fabularnej, jak i formalnej. To, jak dopasowuje język do opowiadanej historii, to jest jakiś majstersztyk. W "Escaped Alone" język odzwierciedla apokalipsę i rozpad świata, jest jak rzeka po powodzi. Więcej mistrzów? Ech, nie wiem, przyjmijmy, że to odpowiedzi na któryś z kolei dzień kwarantanny. Film - Charlie Kaufman i Shane Carruth, muzyka - Laurie Anderson i Jacaszek, sztuki wszelakie - Damien Hirst, kuchnia - drożdżowe z kakaem.

No właśnie chciałem powiedzieć, że Myśliwski i Kaufman... Zwłaszcza Kaufman z tą jego deprechą. Dla mnie też mistrz absolutny, pisałem o nim w doktoracie. Czyli widzisz: mistrzowie mężczyźni, nie licząc Caryl Churchill. Może byś coś przełożyła Caryl? Myślałaś o byciu tłumaczką?

- Pojęcie mistrza mocno zależy od tego, nad czym w danej chwili pracuję. Podczas prób do "Głębiej" czytałam przede wszystkim Rebeccę Solnit, Susan Sontag i Mary Beard. Natomiast w Kaufmanie ujmuje właśnie ogromna czułość, jaką otacza bohaterów (wybacz, że się powtarzam, ale nie umiem znaleźć lepszego słowa), jakby próbował im wynagrodzić niezbyt przyjemny świat, który dla nich konstruuje, gdzie z jednej strony bywa śmiesznie, bo przecież absurd goni absurd, ale bywa też strasznie, bo to żaden świat przedstawiony, to nasze życie. Bardzo lubię "Anomalisę", pod kątem rozmachu to mała animacja, pod kątem emocji - wielki film. A wracając do Churchill, to na razie nie pojawiła się ku temu okazja, ale im bardziej o tym myślę, to może nie jest to taki zły pomysł. Zatem czekam na propozycje. Po polsku ukazało się chyba wyłącznie tłumaczenie "Escaped Alone" pod tytułem "Aby ci o tym donieść", a tych tekstów jest przecież dużo więcej. Przygodę z tłumaczeniem przeżyłam raz, jeszcze na studiach, przetłumaczyłam raczej pulpową powieść rozrywkową, tłumaczką mianować siebie nie mogę i nie mam zamiaru. Mam ogromny szacunek dla zawodu tłumacza, wiem, jaka to trudna robota, i cieszę się, że coraz bardziej się ją docenia (np. coraz więcej wydawnictw umieszcza nazwisko tłumacza na okładce tak jak nazwisko autora i uważam, że to powinno być normą). To dzięki tłumaczom mamy przecież dostęp do całego mnóstwa literatury, przepisanej na nowo na nasz język nie tylko pod kątem po prostu tłumaczenia, ale i emocji, skojarzeń, żartów, idiomów. You name it, jesteś w końcu tłumaczem, wiesz, o czym mówię.

Jak w tym roku spędzasz święta?

- O, to mnie zaskoczyłeś tym pytaniem! Prawdę mówiąc, od jakiegoś czasu żyję z dnia na dzień i nie snuję tak dalekich planów, ale patrząc na tryb życia, jaki teraz prowadzę, święta nie będą się specjalnie różnić od moich zwykłych dni. Od śmierci mojego ojca święta nie przedstawiają dla mnie większej wartości. Wiem, że to stan przejściowy, który minie, więc cierpliwie czekam, aż to nastąpi. W międzyczasie pewnie ugotuję sobie coś dobrego, poczytam, popiszę, może pójdę na spacer, jeśli spacery jeszcze wtedy będą legalne. Ten czas spędzę sama - z racji faktu, że w pracy mam kontakt z potencjalnie zarażonymi, i nie chciałabym, aby ktoś w rodzinie przeze mnie zachorował.

Widziałaś któreś z przedstawień "teatru Internetu"? Szczególnie chciałbym cię podpytać o "Cząstki kobiety" i czy też uważasz, że to arcydzieło. Dla mnie duży wyłom z ogólnego bloku spektakli o sprawach kobiet i w ogóle wyłom z polskiego teatru.

- Tak, staram się śledzić to, co w internetach piszczy, ale wiele rzeczy mnie omija, bo na własne życzenie wykluczam się z mediów społecznościowych. Widziałam "Cząstki kobiety" i ten spektakl bardzo mnie poruszył, ale nie chcę wchodzić w dyskusje, czy to arcydzieło, czy nie arcydzieło. Nie wiem, jak zareagowałabym, oglądając przebieg na żywo, bo jednak w teatrze jedną z kwestii, która najbardziej mnie pociąga, jest właśnie niepowtarzalność i wspólnota. W trudnych momentach życiowych ja po prostu chodzę na spektakle po kolei, jakie są, bo właśnie ta plemienność, wspólnotowość daje mi jako takie poczucie bezpieczeństwa. Teraz protezą tego jest Internet, gdzie poczucie przynależności jest jednak złudne, fałszywe. W "Cząstkach kobiety" podobało mi się prawdziwe podejście do żałoby, jak również do życia. Trudno mi to zdefiniować, niech wystarczy, że zapłakałam, gdy Justyna Wasilewska śpiewała "Felicita".

A na sam koniec pytanie morderca, którego nigdy jeszcze nie słyszałaś. WHAT'S NEXT? Nad czym obecnie pracujesz? Zaznaczam, że interesują nas wyłącznie rzeczy do teatru.

- Wiedziałam, że nie może być tak miło i szykujesz mi bombę na koniec! Obecnie pracuję nad bardzo dużym projektem audio, który praktycznie zajmuje wszystkie moje moce przerobowe, a te są niestety niskie. Trudno mi się skupić w obecnej sytuacji i mimo pracoholizmu z czułością pozwalam sobie na bezproduktywność. Trochę jeszcze rzeźbię w tekście "Ile tu gwiazd", bo bardzo bym chciała, żeby został kiedyś zrealizowany. Trafił do półfinału Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej i mam nadzieję, że na tym jego żywot się nie zakończy. Skończyłam pierwszy draft dramatu inspirowanego moim pobytem w Quebecu na rezydencji literackiej w zeszłym roku. Mam kilka pomysłów na monodramy, bo moim marzeniem jest zmierzyć się z taką formą. Ale z drugiej strony staram się nie snuć dalekosiężnych planów, nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Może jutro pojadę w końcu rowerem do pracy, a po południu zasiądę przy stolnicy i będę lepić pierogi do późnych godzin nocnych. Kto wie, możliwości są nieskończone.

No to Wesołych Świąt i zdrowia życzę!