powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kornél Mundruczó: Pandemia mówi, kim jesteśmy

- Sztuka zawsze była świetną platformą komunikacji. Warto wykorzystywać ten kanał. Okazuje się, że będąc w izolacji można dalej działać, by podtrzymać na duchy wspólnotę do której przynależymy, lub nawet znaleźć nową - dzięki swojej - mówi węgierski reżyser Kornél Mundruczó w rozmowie z Jackiem Cieślakiem w Rzeczpospolitej.

Wybitny reżyser Kornél Mundruczó mówi o spektaklu "Cząstki kobiety" z TR Warszawa zaproszonym na festiwal w Awinionie, skutkach pandemii i postawach polityków.

Rzeczpospolita: Festiwal Awinioński ogłosił w środę, że "Cząstki kobiety" znalazły się tegorocznym programie. Pana spektakle prezentowane są na najlepszych festiwalach, ale ranga Awinionu jest wyjątkowa. Ma pan podobne odczucia?

- Tak, chociaż gościłem tam tylko raz. Trudno teraz tak na gorąco opisać jego historię i tradycję oraz to jaka czeka go przyszłość. Albo stwierdzić, czy rzeczywiście prezentuje tylko najlepsze nowe formy teatralne. Ale każdy artysta i widz w Awinionie czuje, że tamtejszy festiwal wszystkie te elementy naprawdę łączy.

Pana spektakl otrzymał w Polsce wiele najważniejszych teatralnych nagród. Jak to możliwe, że pan i Kata, stworzyliście sztukę, która pokazuje podziały w polskich rodzinach lepiej, niż spektakle polskich reżyserów?

- Nie wiem, czy to historia czysto polska czy też nie. Na pewno bardzo ludzka. Człowiek jest najważniejszy. Istotne jest też nawiązanie więzi emocjonalnej między bohaterami a aktorami, co widzowie czują. Niezwykła jest na pewno forma spektaklu. Jednocześnie muszę powiedzieć, że spektakl jest dość klasyczny - w takim sensie, jak obrazy Luciana Freuda czy Balthusa. Klasycyzm nie musi bowiem oznaczać konserwatyzmu. Dlatego właśnie sądzę, że z jednej strony, "Cząstki kobiety" są pod wieloma aspektami bardzo progresywne, z drugiej zaś - dość konserwatywne, klasyczne. Lubię tworzyć takie spektakle, choć taka konstrukcja generuje dużą presję wobec aktorów. Nie mogą kłamać i oszukiwać wykorzystując formy teatralne. Widzimy ich w czystej formie, nagich, wręcz obnażają duszę przed publicznością. Nie mogą ukryć się w sobie. To czyni spektakl wyjątkowym również dla nas. Nie mam wątpliwości, że tekst jest wspaniały. Choć nie wiem, jak ten spektakl sprawdzi się w innych krajach. może odniesie sukces tylko w Polsce.

Czy na Węgrzech podobnie jak w Polsce rodziny są podzielone przez politykę?

- Tak, bardzo. Nastąpiła prawdziwa eksplozja podziałów i stała się częścią mojego życia. To się zaczęło dziać dziesięć, piętnaście lat temu również na moich oczach. Po transformacji panował ogromny entuzjazm. W latach dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych utrzymywał się jeszcze ten pozytywny wiatr zmian. Jednak w końcu ludziom przyszło stawić czoła brutalnej rzeczywistości. Mówiąc szczerze, rzeczywistości kapitalizmu, bo dziwnie byłoby nazywać ją demokracją. To był raczej wszechobecny kapitalizm ukrywający się pod demokratycznymi strukturami. Wtedy właśnie polityka wkroczyła do naszego życia i bardzo mocno podzieliła rodziny. To się wydarzyło między 2003 a 2005 rokiem. Od tamtej pory zaczęła się szerzyć mowa nienawiści, a naród został podzielony. I tak jest do tej pory. Gdy już raz uwolni się nienawiść, trudno ją później opanować.

Innym ważnym motywem sztuki jest emancypacja głównej bohaterki, która postanawia prowadzić niezależne życie po stracie dziecka. Jak zaplanował Pan ten motyw?

- To był oryginalny pomysł Katy, żeby stworzyć postać kobiecą, która doświadcza tak ogromnej straty, jak śmierć dziecka, a potem odnajduje własną drogę, by poradzić sobie z żałobą. Taka strata i reakcja na doświadczenie dramatu - szczególnie pod presją społeczeństwa, rodziny, tradycji - sprawia, że człowiek staje się w pewnym sensie niewolnikiem. Bohaterka Maja, walczy z osobistą tragedią i najbliższym otoczeniem, bo naprawdę pragnie odnaleźć spokój. Wiem, że to są wszystko wielkie słowa, ale właśnie takie ujęcie czyni ją wyjątkową i prowokującą do myślenia postacią. Nie zachowuje się tak, jakby każdy się spodziewał i otwarcie się na nią, zrozumienie jej i wybranej przez nią drogi - zajmuje sporo czasu. Myślę, że nawet publiczność przypomina w tym trochę jej rodzinę. Nawet ja, kiedy po raz pierwszy czytałem scenariusz, myślałem: "Nie rozumiem jej. Co ona wyprawia?". A później: "k....a, ona miała rację!" Ma rację, a przecież na początku patrzyłem na nią jak na wariatkę. W tym sensie można na nią spojrzeć jak na feministkę choć nie jest feministyczna u podstaw. Jej reakcja, gdy się zastanowić, jest naturalna.

Jesteśmy pod wrażeniem gry wszystkich aktorów TR Warszawa ale Justyna Wasilewska w roli Mai jest najlepsza! Jak się panu z nią pracowało?

- To była już moje drugie sceniczne spotkanie z Justyną. Jest absolutnie genialna. Potrafi nadać postaci niewiarygodny wymiar i głębię, a jej metody pracy bardzo mi odpowiadają. Przez dłuższy czas koncentruje się na zrozumieniu postaci. Następnie eksploduje, zaś eksplozja jest niemal magiczna i właśnie tego potrzebuje rola Mai. Tajemniczego, bezgłośnego suspensu zwieńczonego bajecznym wybuchem. Ma wiele doświadczeń zawodowych, ale zgadzam się: zespół TR Warszawa naprawdę składa się z aktorek i aktorów z górnej półki.

Suspens towarzyszący scenie porodu jest wyjątkowy. Publiczność nie może uwierzyć, że aktorzy odgrywają ją na żywo. Myślą, że to odtwarzane nagranie. Jak istotne okazało się pana doświadczenie filmowe?

- Od początku myślałem o scenie pokazywanej na ekranie, ale granej przez aktorów na żywo. Jako ojciec sam byłem świadkiem porodu i uważam, że to jeden z ważniejszych momentów w życiu. Tym bardziej z perspektywy matki i dziecka. Każdy przez to przechodzi, a jednocześnie, to trochę dziwne pokazywać poród na scenie. Nikt nie bierze porodu oglądanego na scenie czy nawet w filmie na serio. Wszystko wydaje się sztuczne albo nienaturalnie oddane. Dlatego dużym wyzwaniem dla nas, związanym z progresywnością, ale dużo mówi też o samym teatrze i jego filozofii - było znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy możemy zrealizować scenę porodu na scenie. Uznaliśmy, że przynajmniej możemy spróbować ją zrealizować z udziałem publiczności - emocjonalnym, duchowym i fizycznym. I to jest dla mnie bardzo ważne - czy możemy rozciągnąć granice sceny dalej? Lubię takie wyzwania, lubię go używać w teatrze. Podobnie w przypadku pokazywania śmierci, kiedy para bohaterów umiera. Taki moment można zrealizować w sposób wiarygodny, co pokazałem w "Disgrace" i kilku innych moich spektaklach. Wtedy mierzę się z kwestią, czy możliwe jest przełamywanie granic, pokierowanie go w te sfery, że w odkryciu bierze jednocześnie publiczność. Tak bym nazwał to największe wyzwanie przy realizacji sceny porodu. Doceniam aktorów, bo naprawdę bardzo się starali, by scena była wiarygodna. W tym Justynę, o której wiem, że nie ma jeszcze dzieci. Ona musiała całkowicie zdać się na swoje zasoby aktorskie i oraz prowadzone obserwacje. I to jest dopiero teatr!

Na czym jeszcze polega specyfika pracy w TR Warszawa, którego nowa siedziba będzie zlokalizowana w samym centrum Placu Defilad za kilka lat?

- Przypomina pracę w węgierskim Proton Theatre. Nie adaptowaliśmy klasycznych sztuk, tylko stworzyliśmy spektakl od początku. Pracuję w ten sposób za granicą, i choć nie mogę powiedzieć, że takie podejście jest niedozwolone - na pewno jest niepożądane. Tymczasem w TR Warszawa, kiedy przygotowywaliśmy "Nietoperza" czy "Cząstki kobiety" - proces twórczy był dla mnie niezmiernie ważny. Nie wiem, czy w Polsce to standard, ale w mojej karierze zdarzało się to rzadko, tym wspanialszym jest doświadczeniem.

Wiem, że kręci pan teraz w Kanadzie film "Cząstki kobiety". Światowe media podają, że z udziałem Vanessy Kirby i Shia Lebeouf. Czym film różni się od spektaklu?

- Mam prośbę, byśmy o tym nie rozmawiali.

A co czuje artysta w czasie pandemii? Myśli pan o premierach?

- Wiem na pewno, że tworzenie sztuki o tematyce pandemii w tej chwili, natychmiast, byłoby dość sztuczne. Przebywając z izolacji, trzeba walczyć o to, by nie być odizolowanym. Sztuka zawsze była świetną platformą komunikacji. Warto wykorzystywać ten kanał. Okazuje się, że będąc w izolacji można dalej działać, by podtrzymać na duchy wspólnotę do której przynależymy, lub nawet znaleźć nową - dzięki swojej. Myślę, że to szczególnie ważne dla zespołów teatralnych, których życie zamarło. Bo, żeby teatr żył - aktorzy muszą grać na żywo, przebywać ze sobą w żywym planie. Żyjemy w okolicznościach, których się uczymy, choć wciąż ich nie rozumiemy. Jak w szkole. Oczywiście, może w przyszłości będę korzystał z tego bardzo osobistego doświadczenia, ale nie potrafię zareagować od razu.

Rządy wykorzystują pandemię do celów politycznych. Jak wygląda sytuacja artystów na Węgrzech?

- Oczywiście artyści przodują w przeszkadzaniu polityków. Nie chcę od razu krytykować, ale uchwalono ostatnio nowe prawo - "ustawę o ochronie przed koronawirusem", która likwiduje kontrolę parlamentu nad rządem na czas pandemii. Została ona wprowadzona na okres stanu zagrożenia. Mam nadzieję, że po tym okresie wszystko powróci do normy. To naprawdę dziwne i przerażające, że obecnie parlament jest niepotrzebny. Oczywiście, jest to reakcja na pandemię, ale nie wiemy, czy tylko. Dziwne czasy. Rząd deleguje też trzyosobowe ciało do każdego teatru. Dlaczego? Kim oni są? I co mogą zaproponować niezależnym teatrom? Jeszcze nie mogę powiedzieć, że to cenzura, ale takie odnoszę wrażenie.

Co, pana zdaniem, czeka teatr i film po zakończeniu pandemii?

- Czytałem ostatnio o wielkich pandemiach w Europie - o grypie hiszpance i wcześniejszej czarnej śmierci. Uważam, że obecna sytuacja pomoże nam zdefiniować na nowo nasze życie, a od niektórych się odciąć. Już wcześniej miałem poczucie, że ludzkość żyje w przesadny sposób. Matka Ziemia reaguje i przypomina nam kim dokładnie jesteśmy. Myślę, że to daje nadzieję - przynajmniej mnie. Może takie prawdy jak - ciesz się z tego, co masz, szanuj jedzenie, angażuj się w kulturę i życie społeczne, myśl odpowiedzialnie - nabiorą znów sensu. Jeśli tak, jeśli poradzimy sobie z pandemią - będziemy mogli czerpać z tego doświadczenia. Również jako artyści i wodzowie, którzy zrozumieją, że dość było wszechobecnych bzdur. W ostatnich latach w kinie niewiele się działo, jakby kino artystyczne było wrogiem publicznym. Myślę, że po pandemii to też się zmieni. Jednocześnie myślę o tych wszystkich, którzy walczą o życie, o tych którzy stracili bliskich. Sam się boję najgorszego i robię co mogę, żeby moja rodzina była bezpieczna - ale nie jestem pesymistą.