powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Agnieszka Podsiadlik: Marzę o tysiącu innych twarzy

- Przygotowując się do roli Marii Stangret, miałam możliwość spotkać się z nią osobiście, ale nie zrobiłam tego. Nie interesowało mnie zadanie, które polega na naśladowczym odtworzeniu prawdziwej postaci - mówi Agnieszka Podsiadlik, aktorka TR Warszawa, w rozmowie z Marceliną Obarską w Culture.pl.

Od kilkunastu lat jest pani aktorką TR Warszawa. Nie kusiło panią nigdy, by zmienić zakład pracy? - W długotrwałych relacjach bywa często tak, że one z czasem niejako powstają na nowo. Zostałam zaproszona do zespołu TR jeszcze będąc studentką, współtworzę to miejsce. Tamta osoba i ta, którą dzisiaj jestem, to dwie różne osoby. To samo mogę powiedzieć też o teatrze: na przestrzeni lat moja relacja z nim zmieniała się. Zawsze te najintensywniejsze dla mnie doświadczenia były jednak przełomami, po których następowały pewne refleksje i coś się zmieniało. Tak, jak w relacji z przyjacielem, w której te najsilniejsze wspólne przeżycia budują nas i nieodwracalnie zmieniają, a nasza relacja ma możliwość przemiany. Szesnaście lat to długi okres w rozwoju człowieka.

Mówi pani o przełomach: a czy którąś współpracę z reżyserem nazwałaby pani w ten sposób?

- Artystycznym przełomem było samo spotkanie z Grzegorzem Jarzyną i pierwsza praca w tym teatrze [W 2003 roku Agnieszka Podsiadlik jeszcze jako studentka wystąpiła w spektaklu "Zaryzykuj wszystko" w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Po tym występie została zaproszona do stałego zespołu TR - przyp. red.]. Ten projekt był "gorącym" wejściem w zawód, a praca - niełatwa i pełna wyzwań. Bardzo lubiłam grać "Zaryzykuj wszystko" na Dworcu Centralnym, w sklepach, w kasynie, w banku, w rzeźni, barze mlecznym, w garażu, w salonie sportowym, na ulicy... W dresie, w halce, w butach sportowych, w szpilkach i w białym futerku, które z czasem stawało się coraz bardziej różowe od krwi. Dużo mam wspomnień z tego okresu. Ważne dla mnie jest też spotkanie René Pollescha. Od pierwszego wspólnego spektaklu z René w TR - "Ragazzo Dell'Europa", przez "Jacksona Pollescha" po ostatnią naszą wspólną premierę, czyli "Kalifornia/Grace Slick". Długo i dużo dyskutujemy o tym, co dla nas jest ważne, o czym będziemy mówić. René pisze i przynosi na próby fragmenty, czasem gotowe już sceny i teksty. To cenne twórcze wymiany. Szczęśliwe i momentami bardzo osobiste dla mnie przeżycia.

A czy zdarzyły się spektakle, przy których wychodzenie na scenę nie było dla pani najłatwiejszym czy najprzyjemniejszym doświadczeniem?

- Za każdym razem wyjście na scenę jest wyzwaniem, które wywołuje u mnie mieszankę uczuć. Ten koktajl emocjonalny jest zawsze trochę inny, w zależności od spektaklu. Przyglądam się, badam i ostatecznie nie wiem - a to z kolei powoduje, że ten koktajl robi się jeszcze bardziej "gorący" - w jakiej kondycji dzisiaj zagram akurat ten właśnie spektakl. Nie chodzi mi o to, że jakoś szczególnie głęboko rozmyślam, ale o to, że wyjście na scenę zawsze coś znaczy i jest silnym przeżyciem. Nie rozpatruję więc wyjścia na scenę w kategoriach nieprzyjemnego syropu, który muszę wypić, żeby potem być zdrowa i silna.

Czy przez te wszystkie lata zauważyła pani jakieś wady formuły stałego zespołu lub napotkała wynikające z niej ograniczenia? Dziś dość dużo dyskutuje się o tym, że być może powinno się dążyć do większej płynności i elastyczności w procesie produkcji teatralnej. Sporo rozmawia się o nieformalnych kolektywach...

- Za każdym razem, kiedy przy kolejnej produkcji wracam do zespołu TR, zwyczajnie cieszę się, że znowu zobaczę się z tymi ludźmi. To, co jest szczególnie ważne, to przyjemność wymiany tu i teraz. Z wieloma osobami, z którymi pracuję, spotykam się czasem przy innych, niekoniecznie zawodowych okazjach, ale to wracanie do siebie co jakiś czas z powodu wspólnej twórczości sprawia, że są to relacje wyjątkowe. Jeśli chodzi o kolektywy, to faktycznie próby dziś są burzą mózgów i aktorzy mają ogromny wkład twórczy w spektakl. Tekst jest coraz częściej efektem zespołowego wysiłku, a nie gotowym dramatem czy adaptacją.

Ciągle mocno zakodowane jest jednak myślenie o spektaklu jako o dziele podpisanym jednym nazwiskiem.

- Mimo kolektywnej pracy, wciąż dość silnie panuje patriarchalny model teatru i spektakle, które teraz powstają, w większości są reżyserskie, bez względu na to, czy reżyserem jest kobieta czy mężczyzna. Myślę, że ten model nie dotyczy wyłącznie teatru, to "nasz model" w ogóle , który jest w nas tak silnie zakorzeniony, że staje się wzajemną potrzebą. Mimo, że od lat teatr coraz intensywniej sięga po inne formy sztuki czy nowe technologie, praca w teatrze to wciąż przede wszystkim kontakt z drugim człowiekiem live, choć bywa to czasem trudne do osiągnięcia.

Takim sięgającym do różnych mediów przedstawieniem byli "Inni ludzie" w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Nad spektaklem pracowała bardzo duża grupa osób. Jak wspomina pani tę pracę?

- To teatr, w którym wiele warstw tworzonych przez różnych artystów na końcu dopełnia się w całość. Z wieloma współtwórcami albo nie miałam do czynienia, albo spotykaliśmy się rzadko, a efekt naszej wspólnej pracy mógł być widoczny dopiero niedługo przed premierą, kiedy po "montażu" powstał spektakl [nad spektaklem pracowała duża grupa realizatorów - przyp. red.]. Niemal przez całe przedstawienie wszyscy aktorzy są obecni na scenie - tak wyglądały też przeważnie nasze próby, aktorsko spotykaliśmy się wszyscy. Pamiętam w tej pracy kilka momentów, których szczególna jakość przekłada się nie tylko na wartość spektaklu - realnych "spotkań" właśnie. Wtedy nie masz wątpliwości, że to, co robisz, jest osobiste.

Zagrała pani też we wcześniejszej adaptacji tekstu Doroty Masłowskiej - "Między nami dobrze jest", także w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Na ile charakterystyczny język i wyobraźnia Masłowskiej są pani bliskie?

- "Inni ludzie" to smutny i dotkliwy poemat, mimo że jednocześnie bardzo śmieszny. Znalazłam tam sporo bliskich mi obserwacji. Lubię Masłowską - jej język, frazę i rytm. Podoba mi się, że ten język jest taki "przesunięty" i niedoskonały. "Między nami dobrze jest" było super doświadczeniem także jako zjawisko, którego efekt działania za każdym razem obserwowałam podczas gościnnych wyjazdów. Zaskakiwało nas to, że język i wyobraźnia Masłowskiej są tak komunikatywne i mocno odbierane w zupełnie różnych krainach.

Film i teatr połączył się w postaci Marii Stangret, w którą wcieliła się pani w obrazie "Kantor. Nigdy tu już nie powrócę", który utknął gdzieś na etapie postprodukcji. Jak przygotowywała się pani do tej roli? Czy twórczość Kantora była dla pani przed tym projektem ważna?

- Od kilku lat film czeka na swoją premierę, do tej pory nie udało się zrealizować ostatnich dni zdjęciowych, których nam brakuje. Kantor to jedna z fundamentalnych postaci dla historii sztuki w ogóle, także dla mnie samej to fascynujący twórca. Z Marią Stangret Kantor poznał się na studiach i był z nią w silnej relacji przez całe życie, mimo że pozostawał również w związkach z innymi kobietami. Ich znajomość jako dwojga artystów miała w sobie coś wspaniałego i destrukcyjnego jednocześnie: było w niej sporo twórczych przekroczeń, objawień, olśnień, ale i pewna doza żalu, rywalizacji i zazdrości. Przygotowując się do tej roli, miałam możliwość spotkać się osobiście z Marią Stangret, ale nie zrobiłam tego. To, co mnie interesowało w tej pracy, to nie zadanie, które polega na naśladowczym odtworzeniu prawdziwej postaci. Czytałam tylko o niej i o ich relacji. W ogóle relacje Kantora z kobietami to temat na osobny film. Nie sposób było jednak pomieścić tego bogactwa w obrazie, który w zamyśle był biografią jednego twórcy. Wiedziałam, że obecność postaci Marii będzie ograniczała się jedynie do ich ważnych wspólnych momentów, ale ważnych przede wszystkim w jego kontekście. Z naszym filmem skojarzył mi się serial, który ostatnio obejrzałam i który polecam: "Fosse/Verdon" o związku Boba Fosse'a i Gwen Verdon. To kolejny przykład relacji, w której kobieta odgrywa ogromną rolę w życiu artysty, który z czasem trafia do panteonu. Jego nazwisko zna każdy - jej niekoniecznie.

Pojawi się pani też w anglojęzycznym debiucie Kuby Czekaja, gdzie będzie pani jedyną polską aktorką. Będzie to wasze trzecie spotkanie na planie filmowym - po "Baby Bump" i "Królewiczu Olch". Co sprawia, że macie do siebie zaufanie?

- Z Kubą poznaliśmy się na planie u Anki i Wilhelma Sasnalów, przy "Z daleka widok jest piękny". Po dłuższym czasie spotkaliśmy się ponownie, zaczęliśmy rozmawiać, okazało się, że mamy podobną wrażliwość, interesują nas podobne tematy, bardzo lubimy ze sobą dyskutować i spacerować. Łączy nas abstrakcyjne myślenie i absurdalne poczucie humoru. Nasza relacja na poziomie ludzkim i przyjemność obcowania ze sobą przekładają się na wspólną twórczość. "Lipstick on the Glass" będzie międzynarodową koprodukcją. Zdjęcia do filmu mamy zacząć w połowie sierpnia i mam nadzieję, że do tego dojdzie, mimo panującej obecnie epidemii. Film pomyślany jest jako kino drogi, więc zależy nam na otwartych granicach i możliwości pracy w międzynarodowej ekipie. Uwielbiam, kiedy praca na planie wiąże się z wyjazdem i staje się podwójną podróżą. Kiedy można się odłączyć, być w alternatywnej rzeczywistości.

Taką podróżą była na pewno praca nad "Sezonem" szwedzkiego reżysera Johna Skooga z pani udziałem [film miał polską premierę na MFF Nowe Horyzonty w 2019 roku, scenariusz współtworzyła Anna Karasińska - przyp. red.]. To minimalistyczny obraz opierający się przede wszystkim na wrażeniach wizualnych i statycznych ujęciach, bardzo mało w nim słów. Jak odnalazła się pani w takiej pracy?

- Ten film był niejako na antypodach ekspresji teatralnej, która opiera się zazwyczaj na tekście. John Skoog jest artystą wizualnym i "Sezon" był jego fabularnym pełnometrażowym debiutem. Kiedy przeczytałam scenariusz, zrozumiałam, jak rozłożone są akcenty: film składa się z kilku przeplatających się historii, a ludzie, maszyny i natura mają w nim równorzędne znaczenie. Po pierwszym spotkaniu z Johnem w Polsce poczułam, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Miałam ochotę na to wyzwanie. Szybko polubiłam bycie na planie i w atmosferze tego miejsca - bo lokacja, w której powstały zdjęcia, była jednocześnie miejscem urodzenia i dorastania autora. Oprócz tego, że w filmie pada niewiele słów, to i my niewiele ze sobą rozmawialiśmy. Odbyliśmy to jedno krótkie spotkanie w Polsce, a na samym planie więcej między nami było wzajemnej uważności niż rozmowy. Słowa nie były potrzebne.

Brała pani udział w różnych projektach - od bardziej niszowych po filmy odnoszące wielki międzynarodowy sukces, jak "Twarz" Szumowskiej czy wspomniane głośne "Baby Bump". Nie widziałam pani jednak w żadnej czysto komercyjnej produkcji. Czy takie propozycje się nie pojawiają, czy po prostu je pani odrzuca?

- Za każdym razem jest to kwestia wyboru - nie mówię, że nie przyjęłabym takiej komercyjnej propozycji, ale nie mówię też, że zaakceptowałabym każdą ofertę. Często kieruję się intuicją i ciekawością. Jeśli zaciekawiłby mnie komercyjny projekt, to pewnie chciałabym wziąć w nim udział. Czytam wszystkie scenariusze, jakie dostaję i nie odrzucam niczego z góry. W kwestii wyborów: staram się nie pracować nad kilkoma rzeczami jednocześnie, to dla mnie ważne. Nie wierzę w artystyczną powagę takiej sytuacji. Przynajmniej ja tak nie potrafię.

Stworzyła pani kilkadziesiąt bardzo różnych ról teatralnych i filmowych - trudno zaszufladkować panią w określonym emploi. Czy jest jakaś wymarzona rola, na którą pani czeka?

- Możliwość transformacji to jedna z tych rzeczy, za które lubię ten zawód. Marzę więc o tysiącu innych twarzy, które mam jeszcze w sobie do odkrycia.

Jesteśmy teraz w szczególnym momencie, trwa epidemia. Czy myśli pani, że ta sytuacja sprawi, że teatr i środowisko się zmienią? A jeśli tak, to w jaki sposób?

- Na pewno się zmienią. Wszystkim nam ta sytuacja daje do myślenia, ważne zmiany zachodzą w nas samych. Okazuje się, że nie mamy jako aktorzy możliwości pracy - bo to, co jest jej istotą, staje się niemożliwe. Wiele spektakli można teraz obejrzeć w internecie, mnie jednak ciężko się takie rejestracje ogląda. Mam taką fantazję, że okazuje się, że wszyscy już byliśmy chorzy, ale przeszliśmy zakażenie bezobjawowo i nikt się nie zorientował. Jest już po wszystkim, choroba nas uodporniła, wszyscy możemy się spotkać w teatrze i na scenie, w odległości bliższej niż półtora metra, oddychać spokojnie bez maski... Myślę teraz o bliskim spotkaniu z możliwością dotyku i wzięcia głębokiego oddechu bez lęku.