powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Fredro uwspółcześniony

"Zemsta" Aleksandra Fredry w reż. Redbada Klynstry-Komarnickiego w Teatrze Telewizji. Pisze Mirosław Winiarczyk w tygodniku Idziemy.

"Zemsta" Aleksandra Fredry, arcydzieło teatru i literatury polskiej, należy do najpopularniejszych sztuk wystawianych na naszych scenach.

Do mowy potocznej weszły Fredrowskie powiedzenia i sentencje, jak np. "mociumpanie", "Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba", "Nie brak świadków na tym świecie" oraz wiele innych. Wspaniale nakreślone przez komediopisarza wyraziste charaktery świetnie ilustrują polskie nawyki i przywary oraz źródła historycznych konfliktów narodowych. Dlatego po liberalizacji powojennego socjalizmu w 1956 r. dzieło Fredry z sukcesem powróciło na polskie sceny oraz na ekrany i do Teatru Telewizji. Odbyła się wówczas w kinach premiera stylowej ekranizacji "Zemsty" w reżyserii Antoniego Bohdziewicza i Bohdana Korzeniowskiego, z udziałem Jacka Woszczerowicza i Jana Kurnakowicza, wybitnych aktorów teatralnych, a także młodej Beaty Tyszkiewicz w roli Klary. Później w Teatrze Telewizji dzieło Fredry pojawiło się kilkakrotnie, w realizacji, m.in. Adama Hanuszkiewicza i Jana Świderskiego. Aż wreszcie w 2002 r. doszło do premiery drugiej ekranizacji "Zemsty", w reżyserii Andrzeja Wajdy. Główne role zagrali Janusz Gajos (Cześnik), Andrzej Seweryn (Rejent) i Roman Polański (Papkin).

Znany aktor i reżyser Redbad Klynstra-Komarnicki, przystępując w Teatrze Telewizji do realizacji nowej inscenizacji dzieła Fredry, musiał więc sobie zdawać sprawę z wielkiej tradycji wystawiania tej komedii przez wielkich artystów w polskich teatrach, kinie i telewizji. Zdecydował się na pewnego rodzaju uwspółcześnienie "Zemsty", jeśli chodzi o obsadę głównych ról, styl gry aktorskiej, scenografię, kostiumy itd. Przyniosło to dwuznaczne efekty interpretacyjne, co w konsekwencji spowodowało, jak mi się wydaje, mieszane uczucia wielu widzów w odbiorze tego dynamicznego i wciągającego spektaklu. Akcja toczy się wartko. Główni bohaterowie wypowiadają swoje kwestie, raczej je intensywnie recytując, balansując na pograniczu krzyku. Dotyczy to głównie Cześnika, który, nieustannie zaperzony, wciąż wrzeszczy. Natomiast Papkin w interpretacji Rafała Zawieruchy wygląda i zachowuje się nie jak stylowy samochwał z epoki Fredry, lecz jak współczesny cwaniak. Klara i Wacław, młoda para zakochanych, została tu ukazana jako współcześni nastolatkowie bez kompleksów. Reżyser spektaklu odczytał więc Fredrę bardzo współcześnie, wpadając przy tym w artystyczne pułapki.