powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Wejście bez biletu. Teatry / internety

Zgoda z Drewniakiem, że w obecnej sytuacji teatru po prostu NIE MA. Nie ma, proszę Państwa, nie ma - nagranie spektaklu jest tylko nagraniem, czyli filmem, nie teatrem - pisze Maciej Stroiński w Przekroju.

Spektakl nie w "żywym planie" to jest może widowisko, lecz nie teatralne, tylko nie wiem... filmowe? A jeśli o filmy chodzi, to wolę Netfliksa. "Teatr" Internetu nie ma szans z Netfliksem. Niezręczny moment dla sztuki scenicznej, bo jej rejestracja już nie jest teatrem, a filmem jest jakim, to sami Państwo zobaczą.

Nie ma teatru, ale czy to takie straszne? Nie da się bez niego? Kto go potrzebuje? Głównie jego twórcy, tak zwani ludzie teatru, ale nie jego tak naprawdę potrzebują, tylko poborów, które z niego mają. Z czegoś trzeba żyć, a żadna praca, nawet w teatrze, nie hańbi. Teatr nie należy do artykułów nawet tej "drugiej" potrzeby. Choć z odmiennej strony patrząc: "- To nie jest żadne umysłowe zajęcie / tym ludziom teatr reguluje tylko trawienie / - Jak nie będzie miała teatru / to nic już nie będzie miała" (Thomas Bernhard, "Plac Bohaterów", tłum. Grzegorz Matysik).

To, co teraz mamy, to jest stan przejściowy, podtrzymanie życia, sztuczne oddychanie, respirator sztuki - i tylko w tym sensie widzimy ciekawy moment dla sztuki scenicznej. Tak jeszcze nie było. Społeczeństwo, odkąd nie istnieje (Thatcher), a przynajmniej odkąd ma go być nie widać, przeniosło się w internety, a za nim ruszyła sztuka. Media społecznościowe nabrały wreszcie właściwego sensu.

Co się da robić na chacie, więc bez outsourcingu: gotować, oglądać, naprawiać, majsterkować, a nawet leczyć z chorób zakaźnych, #sprobujtegowdomu. Teatr nie ma takiej opcji, no, chyba że jest koniec lat 70., a ty się nazywasz Jarosław Iwaszkiewicz, to wtedy owszem, Wajda ci przywiezie teatralnym Uber Eats "Nastazję Filipownę" ze Starego Teatru. W przeciwnym wypadku zostaje odpocząć od teatromanii, odbyć totalne wakacje, bo nawet normalnie latem więcej grają niż obecnie. Kto jednak "nie może" bez przeżyć wyższych, niech przeczyta dalej.

Akcja nazywa się "Zostań w domu/ Nie wychodź z teatru", czyli pięknie się nazywa. Wymyślił ją TR Warszawa, który na moment znowu jest przodującą sceną w kraju. Ze starych tytułów poleca się "Burza" Szekspira/ Warlikowskiego i "Między nami dobrze jest" Masłowskiej/ Jarzyny, sfilmowane przedstawienia na stałej ekspozycji w bazie Ninateki.

Najważniejsze wydarzenie teatru zdalnego jest to samo, co i teatru "analogowego": "Cząstki kobiety" Kornéla Mundruczó [na zdjęciu]. Dzieło przełomowe, którymś my się zachwycali, gdy tylko powstało [https://przekroj.pl/artykuly/recenzje/home-staging], potem zgarnęło całą pulę nagród, a teraz jest hitem sieci. Spektakl w ogóle wybitnie filmowy, bo i reżyser filmowy, pasuje na ekran, a pierwsza jego część już w pierwowzorze idzie do kamery. Na nowo odkrywamy teatr "czwartej ściany", której na kompie nie sposób przekroczyć, chyba że przez Skype'a.

Grają też w TR-ze swojego "Woyzecka", spektakl mniej mi bliski, który miałem pecha obejrzeć na żywo, szedł wtedy na małej scenie, a teraz grają na głównej, bo "dużą" bym jej nie nazwał, póki TR się nie przeniesie na plac Defilad, obecnie plac budowy. "Woyzeck" Grzegorza Jaremki jest totalną, skrajną, postkampową ironiozą, czystym pustym gestem, ale i takie wariactwa mają prawo istnieć oraz mają prawo być nieoglądane. Zwłaszcza na nagraniu widać, jakie to wszystko strasznie snobistyczne i nielewicowe. Gdy oglądasz niepublicznie, twoje oglądanie okazuje się niestatusowe i nieprestiżowe i jeżeli powiesz, że też bezsensowne, to ty to powiesz. Możesz najwyżej oznaczyć na Fejsie, że właśnie widziałeś.

Jeżeli lubicie TAKIE, Nowy Teatr w Warszawie ma kompatybilny tytuł: "Jezus" Piaskowskiego. Tytułem proszę się ani nie zrażać, ani nie napalać. Jezus jest tu potraktowany jako wykrzyknienie, pierwsza część "Jezus Maria!", jako "puste znaczące". Jedna z pustych metek, które sprzedają koncept, lecz nie kontent, por. "Życie Jezusa" Bruno Dumonta i "Dzieciństwo Jezusa" J.M. Coetzeego. Mokotowski "Jezus" też jest wielce ironiczny i wielce przegięty, "lecz po co tym razem?" (Paweł Demirski, "nie-boska komedia"). To jest ta "potwora", która potrzebuje swego amatora.

W kwestii przeginania polecam raczej wrócić do korzeni, do kampu, jaki był kiedyś. Był taki spektakl "Lubiewo". No, to jest klasyk... Bardziej literacki niż sceniczny klasyk, ale jak najbardziej nie szkodzi obejrzeć. Kiedyś hit w Krakowie, tak się wrył w zbiorową pamięć, że trafił u nas do portfolio dziesięciolecia. Bardzo prosto podana, wręcz zgrzebnie, historia. Reżyseria Piotr Sieklucki, Teatr Nowy w Krakowie, pokaz na YouTubie.

Repertuar online opracował też Teatr Żydowski w Warszawie, warto sprawdzać ich kanał. Klejnotem w koronie jest trylogia Mai Kleczewskiej: "Dybuk", "Golem" i "Malowany ptak". Jeden z nich jest arcydziełem, jeden dnem, a jednego nie widziałem, więc żeby nie mieszać, zapraszam na wszystkie.

Opera ma większy sens zdalnie (w ogóle wszystko ma większe) jako sztuka z założenia dużo mniej intymna. Ona nawet w zwykłym czasie, na tak zwane "co dzień", żyje transmisjami. Telewizja Mezzo, pokazy po kinach, na żywo i w retransmisji. Operę się ogląda jak widowiska sportowe. Na VOD Opery Narodowej można zaznać "Carmen" w reżyserii Andrzeja Chyry i "Toski" w reżyserii Barbary Wysockiej. "Toscę" zachwalaliśmy już w listopadzie. Kto odczekał, ma za darmo.

Co jest za darmo, tego się nie docenia, a śpieszmy się oglądać spektakle, tak szybko znikają. Czasy internetozy nie potrwają wiecznie. Gdy powróci normal, można by wystawić "Szczęśliwe dni" Becketta, dzieło o siedzeniu w miejscu, rozliczające się z bezruchem. Chodzą słuchy, że w Krakowie ktoś otrzymał na to zgodę, co jest wydarzeniem, bo z Beckettem problem, jeżeli chodzi o prawo własności intelektualnej. Można też inaczej, łatwiej, już bez praw autorskich majątkowych. Może "po tym wszystkim" ktoś się weźmie, szarpnie i wystawi "Mewę"? Obecnie tęsknoty postaci dramatu są nam bardziej zrozumiałe, tęsknota za dzikim tłumem, i to gdzie - w północnych Włoszech (tłum. Agnieszka Lubomira Piotrowska):

"Trieplew - A jakie miasto za granicą podobało się panu najbardziej?

Dorn - Genua.

Trieplew - Czemu Genua?

Dorn - Tam jest wspaniały tłum uliczny. Kiedy wieczorem wychodzi się z hotelu, cała ulica jest zatłoczona. Przemieszczasz się potem wśród tłumu bez celu, tu i tam, po linii łamanej, żyjesz z tłumem, stapiasz się z nim psychicznie i zaczynasz wierzyć, że w zasadzie możliwa jest jedna światowa dusza, w rodzaju tej, którą kiedyś w pana sztuce grała Nina Zarieczna. A właśnie, gdzie się podziewa Zarieczna? Co u niej?

Trieplew - Pewnie jest zdrowa".