powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jeden krzyczy, drugi gada tylko czy publiczność rada?

"Zemsta" Aleksandra Fredry w reż. Redbada Klynstry-Komarnickiego w Teatrze Telewizji. Pisze Benjamin Paschalski na blogu Kulturalny Cham.

Obecna sytuacja epidemiczna, dla teatromanów, wymusza poszukiwanie alternatywnych dróg kontaktu ze sztuką. Oferta internetowa jest coraz bogatsza. Prawie każda scena krajowa i zagraniczna zaprasza na swoje strony www aby przybliżyć własne propozycje czy też zorganizować retransmisje przedstawień. Naprawdę jest w czym wybierać. Naczelne miejsce w tym kalejdoskopie zajmuje olbrzymia kolekcja Teatru Telewizji TVP. To również jego nowe premiery, które emitowane są na falach kanału Pierwszego i Kultura. Nowością marca była klasyczna "Zemsta" Aleksandra Fredry w reżyserii Redbada Klynstry-Komarnickiego. I poniedziałkowy wieczór okazał się nijaki, mdły i powierzchowny. Komedia nie iskrzyła dowcipem jak to miało miejsce przed wielu laty w swoistym domu Aleksandra Fredry w Teatrze Polskim w Warszawie przy ulicy Karasia. To były mistrzowskie spektakle w reżyserii Kazimierza Dejmka - "Zemsta" z Anną Seniuk i Janem Matyjaszkiewiczem czy Andrzeja Łapickiego "Śluby panieńskie" z tymiż samymi oraz Janem Englertem i Joanną Szczepkowską. Fantastyczny humor, świetne słowo, a aktorska gra na najwyższym poziomie. A dopełnienie stanowiła wyborna scenografia realistyczna i bajkowa Jana Polewski a w drugim przypadku jak bibelot Łucji Kossakowskiej, gdzie każdy element dograny był w szczególe. Aż łza do wspomnień w oku się kręci.

Redbad Klynstra-Komarnicki przygotował spektakl z ducha fredrowski, ale uniwersalny. Nie osadzony w kostiumie początku wieku dziewiętnastego. Zaledwie drobne elementy sugerują szlachecki spór o zamek. Opowieść ma być ponadczasową, że możliwa jest w każdym miejscu i okresie. Zabieg właściwy, ale mimo wszystko pogubiony. Obraz to szybki montaż jak w teledysku, ale niestety nie jest kolorowo tylko szaro i nijako. Kostiumy i dekoracje są bure i brzydkie. Wręcz można powiedzieć, że przygnębiające, a autorstwa Karoliny Fandrejewskiej. Podzielone części zamku różni tylko kolor ram okiennych. Na dodatek wszystkie okna są oszpecone, zakurzone, zaniedbane. Doborowe towarzystwo przemierza zakamarki zamku, ale jest to odpychający obraz rzeczywistości. Można zadać pytanie o taką ruinę toczy się spór Cześnika z Rejentem? Albo zabieg celowy, albo kuriozalne zagranie. Klynstra-Komarnicki umieszcza jeszcze jeden element - figurę Matki Boskiej, pod którą opiekę wszyscy ofiarowują swoje plany i zamiary, a kamera wielokrotnie przybliża nam ten obraz. Można odnieść wrażenie, że to narzucony element, siłowy, nachalny, aby nikt nie zapomniał, że jak trwoga to do Boga, a siły wyższe i w sprawie pojednania dopomogą. Dziwnych rozwiązań jest więcej. Rozmowa młodych Klary (Alicja Karluk) z Wacławem (Marcin Stępniak) w wyrwie muru wygląda jak spotkanie Pyrama z Tysbe ze "Snu nocy letniej" Shakespeare, dokładnie jak w amatorskim wykonaniu rzemieślników. Najazd kamery tylko na usta powoduje niezamierzoną groteskę z planu intrygi zakochanych. Co więcej. Gdy Rejent chce zrzucić Papkina ze schodów, to jakoś wygląda to niejednoznacznie, gdyż jego okno wychodzi bezpośrednio na dziedziniec zamku.

Jednak komedia Fredry to sprawy ziemskie - majątek i miłość. A dla odbiorców krwiste role. Niestety w tej płaszczyźnie jest bardzo nierówno. Na pierwszy plan wysuwa się Rejent Milczek (Grzegorz Mielczarek) bardzo ciekawy manipulant szczególnie w scenie z mularzami. Świetnie prowadzi dialog, wyga prawniczego sznytu. Jest spokojny i opanowany. Jego adwersarz Cześnik Raptusiewicz (Michał Czernecki) posiada jedyną metodę gry - przeraźliwy krzyk, aż trzeba głośność regulować w odbiorniku telewizyjnym, gdyż staje się to nie do zniesienia dla odbiorcy. Kontrast zachowań w pełni zagrany, ale niestety prostymi środkami. Komediowe postaci przechodzą bez echa. Papkin (Rafał Zawierucha) jest nijaki i blady. Na dodatek mówi niezwykle niewyraźnie, że część fraz wiersza nie dociera do widza, a w zawiłościach rymu i jego humoru łatwo się znużyć i zamęczyć. Wygraną pozostaje Podstolina (Ewy Konstancji Bułhak), która jako wytrawna wdówka zaznacza swoją obecność może przerysowanymi gestami, ale w scenie piosenki Papkina wspaniale mu wtóruje, a dźwięk muzyki pozostaje na długo w pamięci. Reżyser wprowadza również kuriozalne rozwiązania, które mają być śmieszne, a są żałosne. Obsadzenie Stefano Terazzino w roli Perełki, kucharza Cześnika to bezsensowny zabieg. Owszem popisuje się znajomością włoskiego i oczywiście tańcem, a jakże na poziomie "Tańca z gwiazdami", co pod osłoną tychże zadziwia nawet Rejenta. Ale to pusty gest dla urozmaicenia widowiska. Ma być jeszcze weselej i lepiej, ale się nie da. Bo sens w komedii Aleksandra Fredry jest w słowie, a nie w jego sztucznych ozdobnikach. Udowodnili to wspomniani klasycy reżyserii, również Zygmunt Hübner w inscenizacji Teatru Powszechnego praktycznie bez dekoracji i w symbolicznym kostiumie, gdzie w opisie recenzenckim sprzed lat podkreśla się właśnie siłę wiersza komediowego mistrza. Nie inaczej było u Grzegorza Jarzyny w jego "Magnetyzmie serc". Warto wierzyć utworowi, a nie zmierzać do jego sztucznego ubarwiania i dopowiadania. Zazwyczaj to wychodzi ze szkodą dla efektu finalnego.

Zatem o czym jest "Zemsta" Redbada Klynstry-Komarnickiego? Opowieścią o pewnym sporze, rysie charakterów, a na pewno o miłości dwójki młodych. Bo dla nich warto zobaczyć ten wieczór Teatru Telewizji. Na pewno będą uradowani też nauczyciele i uczniowie szkół, gdyż w lekturze, przełożonej na ekran telewizyjny, nie ma udziwnień, a jest historia - prosta i nieskomplikowana, nie ma głębi i drugiego dna. Prosty teatr, prostych słów i nadwyrężonych dopowiedzeń oraz gestów.