powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Wracać wciąż do domu" ("Always coming home")

"Wracać wciąż do domu" w reż. Magdy Szpecht w TR Warszawa. Pisze Marcelina Obarska w Culture.pl.

Szpecht konsekwentnie próbuje realizować "obecność poziomu zerowego" na scenie: w jej teatrze liczy się grupa, w której nikt się nie wyróżnia; nie ma tutaj ról, wyrazistego kreowania, porywającej historii. Jest ciche współbycie ciał, które zestrajają się ze sobą w ruchu i dźwięku.

"Wracać wciąż do domu" na podstawie książki Ursuli K. Le Guin pod tym samym tytułem to projekt będący efektem współpracy TR Warszawa, Instytutu Adama Mickiewicza i Festival/Tokyo. W jego pierwotnej wersji występowało troje artystów z Polski i troje z Japonii. 6 marca miała miejsce polska premiera spektaklu, w którym występuje sześcioro rodzimych aktorów i aktorek - do Moniki Frajczyk, Pawła Smagały i Mateusza Górskiego dołączyli także Dobromir Dymecki, Małgorzata Biela i Sara Celler-Jezierska. Prawdziwy sceniczny dream team złożony z artystów i artystek doskonale odnajdujących się w kondycji nie tyle aktorskiej, co performerskiej; korzystających z innych narzędzi niż wcielanie się w konkretną postać, bazujących na scenicznej synergii, gotowych na pierwiastek nieprzewidywalności.

Szpecht i dramaturg Łukasz Wojtysko zbudowali "Wracać wciąż do domu" wokół prostego pomysłu: cała szóstka aktorów i aktorek to Stone Telling (Mówiący Kamień), czyli bohaterka z książki Le Guin. Stone Telling opowiada historię plemion Kesh i Kondora - odmiennych od siebie ludów (mówiąc oględnie, Kesh to osoby łagodne, nastawione na współbycie i harmonię; Kondora to ludzie chcący rywalizować w imię postępu). Artyści wymieniają się kolejno kwestiami Stone Telling, zachowując rodzaj żeńskiej narracji, podkreślając tym samym umowność płci i zaznaczając, że świat, który obserwujemy, istnieje poza binarnymi opozycjami. Opowieść w spektaklu jest opowieścią o odległej przyszłości. Jesteśmy już po globalnej katastrofie, jednak nikt jej nie pamięta. Nie ma już miast, są jedynie małe społeczności. Człowiek na nowo zespolił się z tzw. "naturą" (tak zwaną, bo sam podział na to, co ludzkie i to, co "naturalne" jest dziś dyskusyjny).

Wizja świata we "Wracać wciąż do domu" pomyślana była (zarówno przez Le Guin, jak i twórców i twórczynie spektaklu) jako niosąca nadzieję utopia. Jako pozytywne, czułe, afirmatywne rozwiązanie stojące w kontraście wobec apokaliptycznych i demonicznych obrazów świata, na jaki skazaliśmy samych siebie swoją ekologiczną ignorancją. Jest jednak w tym obrazie coś niewątpliwie niepokojącego, być może jest to lęk przed powrotem do świata, jaki istniał kiedyś i jakiego nie znamy. Być może jest to niepokój wywołany tajemnicą bliżej nieokreślonego rytuału, do którego niewątpliwie odnosi się Szpecht w swoim niespektakularnym przedstawieniu. Nie o efektowność tu bowiem chodzi, bo jeżeli Szpecht cokolwiek "wystawia" to jest to po prostu idea bycia razem. Idea ta realizuje się w scenicznej instalacji - aktorzy i aktorki (albo raczej performerzy i performerki) funkcjonują we "Wracać wciąż do domu" jako ciała-instrumenty, ciała-głosy, ciała-machiny. Zespalają się w jednej choreografii (nad ruchem czuwał Paweł Sakowicz), by za chwilę wybrzmieć w harmonicznej melodii (muzyka Krzysztofa Kaliskiego), zagrać proste sekwencje dźwięków na instrumentach, m.in. cytrze czy misie tybetańskiej. Scenografię, za którą odpowiedzialny był Michał Korchowiec, tworzy podwójny ekran z projekcją zrealizowanych w wysokiej jakości video z obrazami przyrody: krajobrazami czy zwierzętami w ich naturalnym środowisku (autorem video jest Ryohei Tomita) oraz obiekt-sieć pajęcza przypominająca atrakcję z placu zabaw. Najbardziej efektowne są tu kostiumy (również projektu Korchowca) - wielokolorowe i z błyszczącymi elementami, wyglądające jak spontanicznie i przypadkowo dobierana garderoba przed przebieraną imprezą. Najważniejsze jednak, że wszystkie pracują na wrażenie jedności grupy, ich wspólnej tożsamości. Są też po prostu radosne. Tak jak radosne są momenty, w których aktorzy i aktorki opowiadają o przyszłym świecie przy użyciu tworzonych na żywo malunków na średniej wielkości kawałkach kartonu.

Ten drobny gest nie jest jakoś specjalnie w spektaklu "ograny" - ot, zwykłe zilustrowanie czegoś, o czym akurat się mówi. Niby zwykłe, ale jednak przywodzące na myśl dobre, proste praktyki - wspólne malowanie, rysowanie komuś czegoś, aby lepiej zrozumiał naszą opowieść. Jest to teatr w sensie filozoficznym "słaby", to znaczy taki, w którym nie ma ani mocnych tez, ani skonsolidowanej i pewnej wizji świata, a człowiek jako podmiot nie jest traktowany jako centralny element, wyrocznia, jedyny punkt odniesienia. To bardzo cenne, jeśli spojrzymy na to, dokąd zaprowadził nas antropocentryzm.

Wyraźnie widać, że Szpecht realizuje strategię horyzontalną, tzn. raczej tworzy ramę spotkania w obrębie pracy nad spektaklem, pozostawiając wolną rękę, jeśli chodzi o ekspresję aktorów i aktorek niż dąży do konkretnego "wykonania zadania". Ta radykalnie nieprzemocowa praktyka niesie tyle szans, ile zagrożeń: Szpecht podejmuje bowiem ryzyko, że nie każdy odnajdzie się w takim środowisku - i dotyczy to osób po obu stronach symbolicznej rampy (czy po prostu niewidzialnej linii oddzielającej widownię od pola gry). Aktorzy i aktorki zaś mogą sprawiać wrażenie wrzuconych w niewiadomą sytuację bez wskazówek; w sferę, po której nie do końca wiedzą, jak się poruszać.

Jeżeli chodzi o drugą stronę sytuacji teatralnej, stronę widowni, to być może "wejście" w ten świat ułatwiłoby inne zakomponowanie przestrzeni, na przykład rezygnacja z oddzielającego rzeczywistości sceny i widowni transparentnego woalu, który - choć subtelnie - to jednak tworzy granicę. Świat, jaki proponuje Szpecht, to świat różnorodności i braku ograniczeń. - Miałam jednak wrażenie, że jej spektakl jest trochę jak to zwierzę puszczone samopas na łące: błąkające się, nieskupione, trochę zagubione, będące w swoim świecie. Z pewnością jest to teatr o bardzo zmiennym obliczu - który, ze względu na "słabe" środki, jednego dnia może zachwycić, innego znużyć, w zależności od wewnętrznej energii grupy.