powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu

"Pomoc domowa" Marca Camolettiego w reż. Krystyny Jandy z Och-Teatru w Warszawie w Kieleckim Centrum Kultury. Pisze Maciej Stroiński w Przekroju.

Motto: "Zobacz. To jedyne, co po wojnie odbudowali tutaj - tę przystań. Tak jakby wiedzieli, że potrzebne jest miejsce do zabawy, że ludzie muszą się bawić, że to teraz najważniejsze" (Krystyna Janda w "Tataraku" Wajdy)

Słowa powyższe padają wyłącznie w "Tataraku" filmie, nie ma ich u Iwaszkiewicza, a wypowiada je właśnie ta, nie inna aktorka. Jakoś mi się przypomniały, gdy ostatnio ją widziałem: przyjechała do Kielc z przedstawieniem z okazji Dnia Kobiet.

Ostatni spektakl przedepidemiczny, the last theatre show, zdążyłem obejrzeć parę dni przed schlussem. Za tydzień Wam powiem, co polecam w sieci, dokąd przeniósł się teatr ze swymi propozycjami, tymczasem wspomnienia z czasów analogu, kiedy przedstawienia jeszcze oglądało się na żywo, czyli nie tak dawno temu.

Mam to w kalendarzu jako "Tekst o Jandzie", a ona "tu tylko sprząta", bo taką ma rolę. Czyli tak: zagrała, plus doliczyć reżyserię, plus doliczyć szefowanie, plus słynne nazwisko, plus ogromny talent, no, dobra, wygrała. Na nią się wydaje 120 zł, chociaż na scenie mamy też Krzysztofa Dracza, już oglądanego w teatrze Krystyny Jandy. Wielki & wybitny aktor, znany z Wrocławia, Warszawy, Krakowa, bardzo sprawny wykonawczo, elastyczny, szybki. Aktor, który zagrał już tyle ról na poziomie (dużo), by móc trzaskać farsy bez szkody dla wizerunku. Podobnie z Krystyną Jandą.

"Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu" to tytuł Masłowskiej, który świetnie, choć bezwiednie streszcza tekst Camolettiego. Tytułowa postać tym zapewnia sobie sukces: siedzeniem na chacie. Do niej akurat pasują słowa, że schowaj się w kącie, to cię tam odnajdą. Nie wyjeżdża, chociaż miała, niechcący wchodzi w posiadanie danych bardziej niż wrażliwych, bo takich, o których nawet żona ma nie wiedzieć, nazwijmy je dane DRAŻLIWE. Płaci się jej za wiedzę i niedzielenie się nią. Takie są prawa gatunku, mianowicie farsy, że jej zachowania i źródła dochodów nie oceniamy pod kątem moralnym.

Siedzenie na chacie jest ostatnio modne, po części dlatego, że niesiedzenie jest po części nielegalne. W "Pomocy domowej" siedzą na kanapie w zebrę, a wysuczona po prostu se stoi, nikt z niej nie korzysta. Przestrzeń gry ma zakamarki, w których postaci się kryją, żeby baraszkować.

Janda zarządza "tą budą" i w fabule, i w realu. Trzyma wszystkich w garści i rozdaje karty, a zbiera banknoty. Piszę to w pełni pochlebnie. Tylko ona potrafi tak wspaniale się "gotować", czyli mylić w graniu, że już nie wiadomo, czy tak miało być, czy co.

Z farsami tak jest, że były i będą, świat może się kończyć, może się palić i walić, im to bynajmniej nie wadzi. One i w najgorszych czasach znajdą swego widza i gdzieś swą budę rozstawią. Wybory, nie wybory - a co je to, że tak powiem, choć w wersji Krystyny Jandy robili aluzje do "Warto rozmawiać". Farsy dzieją się w bezczasie, niczym na stacji kosmicznej, zawieszone w stanie etycznej nieważkości. Układ jest zazwyczaj krzyżowy i byłby to teatr swingersów, gdy ta pierwsza wiedziała o drugiej, a tak są to łóżkowe mieszczańskie szachy, gra pozorów i komedia omyłek. Wykładam Wam, jakbyście tego nie wiedzieli.

Farsy są jak tragedie antyczne: każdy z góry wie, co będzie.

Farsy to zaraza - ktoś mógłby powiedzieć. Teatr po najniższej linii, szczególnie kochany przez swoich tłumaczy, bo znosi im złote jajka, nie przerywając snu. Tłumacz swoje zrobił i nawet kuponów nie musi odcinać, same są mu odcinane. Jestem ostatni, by kogoś tu krytykować. Sam przetłumaczyłem farsę, "Czarną komedię" Petera Shaffera, bo żadna farsa nie hańbi.

Może by napisać farsę? Będą dwie pary i czerwone peniuary, będzie zdrada na krzyż, ale może rozszerzyć konwencję, może zwrot akcji jak u Neila Jordana lub Billy'ego Wildera, że jedna osoba z pary okaże się chłopem?

Krytyka teatralna nie ma narzędzi do takich przedstawień, lecz musi je sobie znaleźć, bo nadeszły chude tygodnie, miesiące, jeśli nie lata. Skończy się wybrzydzanie, snobowanie i tak dalej. Trzeba będzie się otworzyć oraz brać, co dają. Nie zawsze chce się oglądać teatr artystyczny, a już najmniej pisać o nim, zwłaszcza w czasach zarazy. Czasem chcesz obejrzeć to, co "się ogląda".

Grali w Kieleckim Centrum Kultury, na scenie o najgłębszym w historii proscenium, z 15 metrów jak nic. Wobec takich połaci sceny nawet pierwszy rząd jest "z tyłu". Główne zadanie aktorskie, jakie mieli w Kielcach: pokonać otchłań na przedzie, nie podchodząc bliżej. Przełamać fizyczny dystans wszelkimi dostępnymi sobie środkami. Dotrzeć do widza, który od pierwszego rzędu siedzi dość daleko. Dizajn budynku "ejtisy, najntisy", późny pancerny modernizm, brylasto-geometryczny, nostalgie drzewne, boazeryjne, na patio - dzika palmiarnia, wynikła z nagromadzenia roślin pnących i ozdobnych. Przed spektaklem blok reklamowy i lokowanie persony. Wyszła gospodyni miejsca, odczytała listę sponsorów i istotnych gości. Niby wiocha, ale ja Wam mówię: grajcie reklamy. Teatr się teraz, z potrzeby chwili, właśnie przepoczwarza, szuka pomysłu na siebie. Pomyślcie. Mogą być specjalni aktorzy do reklamowego supportu, operowo mówiąc: uwertury, chociażby studenci. Albo na przykład wchodzi Krystyna Janda i reklamuje własną linię kremów, albo Andrzej Seweryn i zapowiada własne przedstawienie. Właśnie: zajawki. Trailer w teatrze. Wychodzi znowu Janda, skoro już siedzi za sceną, pokazując w skrócie, w czym jeszcze można ją zobaczyć. Parę zdań z "Shirley", parę z "Danuty", parę z "Zapisków". Albo wchodzi sobowtór Piotra Beczały i jedzie z playbacku. Może być ktokolwiek, wystarczy założyć maskę.