powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Patomorfologia inteligenta

"Inteligenci" Marka Modzelewskiego w reż. Radosława B. Maciąga na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże w Sopocie. Pisze Katarzyna Wysocka w Gazecie Świętojańskiej.

Życie umie zaskoczyć i pisać własne... recenzje. Z powodu nawału obowiązków swoją zaczęłam pisać stosunkowo długo po premierze w Teatrze Wybrzeże i do tego z przerwami. Mija ponad miesiąc od premiery, a zmieniło się tak wiele, że pewne przemyślenia straciły na sile. Pozwalam sobie jednak je zamieścić, aby wyeksponować trop, jaki przyjęłam. Aby nie pominąć tego, co jeszcze mocno się trzyma.

Rozległy wstęp na okres do 11.03.2020

Współczesny człowiek zmaga się z wieloma wyzwaniami. Z jednej strony wiele rzeczy zdaje się być w zasięgu niemal każdego, zdrowo myślącego człowieka, z innej, coraz mniej potrzebujemy bodźców, aby z czegoś zrezygnować, odpuścić, zapomnieć, przemilczeć, po prostu - wycofać się. Dotyczy to zarówno ambicji, ale także losów drugiego człowieka i świata. Brak ludzko brzmiących punktów odniesienia, nieustanna relatywizacja zmierzająca do uwznioślenia indywidualnych przeżyć, codzienny, koniunkturalny jazgot - czynią nasze życie napiętnowanym i piętnującym. Specyfikacja "klasowa" (patrz: finansowo-intelektualna) mogłaby ułatwić nam identyfikację tego świata, jednak nie zawsze prowadzi ona do wniosków bezpiecznych oraz rokujących. Marek Modzelewski próbował odsłonić w "Inteligentach" skrywane w kącie demony, które od zawsze tam tkwiły. Dziś ich głos jest mocniej słyszalny ze względu na deformacje, jakim uległy w sposób nieodwracalny.

Już średnio wykształcony człowiek, np. inteligent albo inteligencik, wie, że istnieje w leksyce, co najmniej od lat 80. zeszłego wieku, pojęcie inteligencji wielorakiej, służącej badaczom oraz terapeutycznemu spojrzeniu na samego siebie. W szkole uczą wkuwania i zapamiętywania, czyli odtwarzania, a życie przynosi rozwiązania wykraczające poza mocno forsowane dwa rodzaje możliwej inteligencji. Howard Gardner dał nam szansę rozpoznania swoich mocnych stron dzięki szczegółowym opisom ośmiu rodzajów inteligencji. Przekonywał przy tym, że skala danego rodzaju inteligencji uzależniona jest od kształcenia i utrwalania, nie jest więc nabyta i skończona. Całe szczęście. Zatem, pochylając się nad tak zamkniętą strukturą, jaką proponuje autor sztuki w tytule i temacie, trzeba uwzględnić dzisiejsze rozmyślania nad strukturami społecznymi w kontekście "oznaczeń" inteligenckich.

Tragiczne losy polskiej inteligencji z początku epoki zwanej współczesnością powinny być znane z lekcji historii W czasach słusznie minionych z inteligenckiego pochodzenia trzeba było się co najmniej tłumaczyć, kiedy indziej stanowiło przeszkodę w dostaniu się na studia. Mimo wzorów robotniczo-chłopskich za "ideał" uchodzili wówczas lekarze, prawnicy, naukowcy, architekci, akademicy, często artyści i... zawsze obecna, choć rozczłonkowana, arystokracja. I choć do inteligenta przylgnęła fraza: "biedny jak inteligent" albo pomocnicze - półinteligent czy ćwierćinteligent, to mimo wszystko wspomniani przedstawiciele nobliwych zawodów i rodzinnych fortun - biedni na pewno nie byli, nie brakowało im również "głowy na karku". Co łączyło wszystkich przywołanych? - pojęcie elitarności. To była elita (czas przeszły użyty świadomie i odpowiedzialnie). A elity wyjechały do Londynu, Berlina albo Nowego Jorku Od wielu lat znajdują się w stanie selektywnej agonii.

Dzisiaj inteligencję można nabywać/kształtować w drodze powszechnego obowiązku szkolnego, nadopiekuńczości państwa naszego albo rodziców, dostępności internetu, okresowym modom lub/i przygodom dnia codziennego. Inteligencja jest "produktem" a nie stanem. Słowo inteligent straciło na swej wyjątkowości i jednoznaczności. Nadano mu konotacje negatywne. Co innego z intelektualistą - człowiekiem "oderwanym", najczęściej nieprzystosowanym, introwertykiem walczącym z teoriami, często z samym sobą, w nadziei na zbawienie świata, realnie bez wpływu na cokolwiek - nawet edukację przyszłych pokoleń. Bo właśnie poziom i wartość treści wprowadzanych do systemu kształcenia powinien dawać obraz i skalę zbioru pt. inteligencja. A nie jest dobrze. Otwarty zbiór możliwości, do jakiego ma dostęp wielu, usprawiedliwia często wybór najkrótszych ścieżek do osiągnięcia celu, z pominięciem "zagruntowania" wiedzy, refleksji i konfrontacji. To jedno.

Inteligent miał onegdaj ambicje przypisania sobie również wzniosłych cech charakteru, jakie miały go odróżniać od pospołu pospolitego, narażonego na egzystencjalną walkę. Dzisiaj pozostał sentyment, by wybijać się poprzez postawę odpowiadającą szlachetnym normom współżycia społecznego oraz partnerskiego. Inteligenckiego szyku zadają od wielu lat ci, którzy lewym profilem angażują się w promocję globalnej komuny zbudowanej na hasłach wykluczeń i walki z ograniczeniami, z jednoczesną propozycją tworzenia powolnego dyskursu społecznego. Prawy profil najczęściej jest na marginesie inteligenckiego dialogu. Użyteczna poprawność, głoszona przez profil lewy lub sprzyjający lewemu, pozbawia dystynkcji i walorów związanych z dominacją, w tym werbalną i społeczną. Zaburzenia osobowości w takich warunkach rodzą się jakby naturalnie...

Patointeligencja

Rodzina jest podstawową komórką społeczną, w tym m.in. patospołeczną i patomorficzno-antropologiczną. Owocem wychowania w rodzinie mogą być osobniki ze skłonnościami przemocowymi, programowo wdrukowani w historię pokoleniową. Chęć do zachowania autonomii w obrębie rodziny, jak również próba uwolnienia się od cyklu przemocowego, mogą doprowadzić do ukształtowania się "produktu" rodzinnego, w tym m.in. patointeligenta. To rodzaj inteligentnego osobnika płynnie zmierzającego do celu, z pominięciem reguł i porządku, niosącego zniszczenie i nieproporcjonalne ilości wyrachowania. Autonomia zastąpiona egoizmem, wolność sprowadzona do dewiacji, indywidualizm zastąpiony egocentryzmem i apologią destrukcji.

Krótkie uzupełnienie w okresie pandemii

Panikę da się wytłumaczyć. Inteligencja poddała się jej także. Prepersi, najczęściej ludzie solidnie wykształceni (takich znam), czują się jeszcze niepewnie, choć apokaliptycznie coraz bardziej są spełnieni. Wirus demokratycznie nie omija nikogo, niezależnie od stanu wiedzy i majątku, nie dając wyboru co do zachowania odległości od drugiego człowieka i higieny. Prewencja. Izolacja. Liczby. Bezradność. Oczekiwanie. Nadzieja?

Zdalna edukacja. Lata praktyki utraty indywidualnego myślenia, wpisanego w system polskiego szkolnictwa, dotyka metodyków, nauczycieli, uczniów. Inteligentne formy twórczej działalności edukatorów w czasie pandemii powoli się klują, opierając się wzmożonej krytyce wszelkich braków.

Matka ziemia upomniała się o szacunek, kładąc na łopatki wszelkie inteligentne sojusze ponadnarodowe. "Przyroda nie zna pojęcia oszustwo, to oryginalny wkład człowieka" - jak słusznie powiedział Janusz Kapusta.

Stabilna niestabilność

Rodzina postawiona została przez autora sztuki w centrum zdarzeń. Poszczególni jej członkowie dokonują wyraźnych spustoszeń w relacjach, zawłaszczając sobie prawo do prawd obiektywnych. Anna (Sylwia Góra-Weber) jest punktem odniesienia, dominatorką, wytycza ścieżki wszystkim, chcąc zawłaszczyć poczuciem sprawczości, porządku i przyzwoitości. Wprowadza do rodzinnego obiegu wulgarność, impulsywność, pozorowaną ogładę, aby zapobiec odrzuceniu czy też ujawnieniu skrywanych wątpliwości. Ma też swoje tajemnice, jak kilkumiesięczną ucieczkę z domu z inną kobietą, kiedy zostawiła męża z dzieckiem. Bezkompromisowa do samego końca. Bożena (Monika Chomicka-Szymaniak), siostra Anny, pozwoliła sobie na dewocję wspartą kultem cierpiętnictwa. Praktykuje bycie pożyteczną. Szczepan (Marek Tynda) podporządkowuje się wytycznym żony, jej przemocowej stylistyce, prowadząc ustawiczny dialog ze sobą w celu zaspokojenia oczekiwań innych. Wywołuje u żony gwałtowne reakcje, gdy ujawnia swoje wolno kiełkujące, prawicowe sympatie. Najprawdopodobniej ma potencjał na bycie samodzielnym lobbystą swego życia. Wreszcie Łukasz (Adam Turczyk), nastolatek z poczuciem nieuzasadnionej winy za brak uważności, choć przypuszczalnie miłości, ze strony rodziców. Nieobliczalny, niesubordynowany, wykorzystujący wszelkie luki wychowawcze, najprawdopodobniej pozbawiony uczuć wyższych. Recydywista przemocowy. Nieobecni - matka Anny i Bożeny, mąż tej ostatniej, były milicjant oraz brat Łukasza - wprowadzają niezrównoważone i nieuzasadnione proporcje w konfrontacjach wymienionej czwórki. Wszyscy czują się jednak "nadpisani", jeżeli chodzi o kompetencje, użyteczność, normy współżycia społecznego.

Reżyser Radosław Maciąg poprowadził aktorów w stronę teatru realistycznego, bo ze względu na mało pojemny dramaturgicznie oraz psychologicznie tekst - nie mógł inaczej. Aktorzy "orbitują" wokół własnych osi, odbijając się od formy, w jakiej wyzwalają demony zagnieżdżone w postaciach. Najciekawiej poprowadziła swoją bohaterkę Sylwia Góra-Weber, zatrzymując jej szaleństwo tuż nad przepaścią. Do pewnego momentu uważnie dozowała napięcie, co zdecydowanie korzystnie odbijało się w relacjach ze scenicznym mężem. Zbyt dużo wulgaryzmów spłaszcza jednak postać Anny, za łatwo odciągając uwagę widza. Monika Chomicka-Szymaniak wyposażyła swoją postać w ckliwy, moherowy urok rodziny skazanej na wieczne pretensje i nieprzepracowanie emocjonalne. Szkoda, że jej tylko wspominany mąż, były milicjant, nie ma przestrzeni, aby rozpętać prawdziwą burzę w temacie postkomuny, próbując dojść swoich racji po obcięciu mu emerytury mundurowej. Marek Tynda jako dziennikarz liberalnej gazety (wszystkie tropy prowadzą do "Gazety Wyborczej") w sposób oczywisty zmierza ku konserwatywnej prawicy, odkrywając w sobie tolerancję na nacjonalizm. Czyżby to zapowiedź wychodzenia inteligencji z okopów liberalizmu czy tylko antycypowany transakcjonizm?

Spektakl, któremu dawałam szansę na poprowadzenie ciekawego dyskursu na temat genu i patogenu inteligenta, a który mnie sprowokował do dłuższego monologu, nie daje szans widzowi na oczywisty ład intelektualny. Autor tekstu i reżyser krążą wokół kwestii niewydolności rodzicielskiej, wspartej banalnym liberalizmem, śladowo koncentrując się na współczynniku obumarcia inteligenta w dobie post. Mierzą wysoko, aby odium "odpowiedzialności" za rozpad ducha i idei spadło na religię. Powielany motyw pierwszokomunijnej pieśni separuje nie tylko poszczególne sceny, ale także pozbawia twardych argumentów, sprowadzając dyskurs do słabo umotywowanej kwestii wolności wyboru.

Mogło być tragikomicznie, a nawet dramatycznie, wyszło płasko. Szkoda.