powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Girl Power

"Schwarzcharakterki" Martyny Wawrzyniak w reż. Remigiusza Brzyka w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach. Pisze Katarzyna Lemańska, członkini Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Pierwotnie spektakl "Schwarzcharakterki", wyreżyserowany przez Remigiusza Brzyka w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach, miał być adaptacją zbioru opowiadań "Ocalić życie", może swoje własne Flannery O'Connor. Amerykańska pisarka ilustrowała ludzką naturę na przykładzie mieszkańców Południa Stanów Zjednoczonych w latach pięćdziesiątych XX wieku. Jej bohaterom trudno jest przekroczyć własne uprzedzenia, strach, surowe wychowanie, aby kierować się dobrem w nieprzyjaznych warunkach, w jakich przyszło im żyć. To bardzo dalecy protoplaści schwarzcharakterek nakreślonych przez Martynę Wawrzyniak (tytuł zbioru Flannery O'Connor zachowajmy - jak radzą twórczynie - "jako myśl przewodnią" kieleckiego przedstawienia). Autorka scenariusza razem z dramaturżką Darią Kubisiak odeszły ostatecznie od tekstów O'Connor i inspirowały się postaciami z seriali, między innymi tytułową Fleabag, bohaterkami "Good Girls" i "Big Little Lies", terapeutką z Unbreakable Kimmy Schmidt. Podobnie jak schwarzcharakterki są to straszne jędze, czasami wzbudzające jednocześnie niechęć i współczucie, "ale mimo wszystko je lubisz".

Tytułowe postaci z tekstu Wawrzyniak nie są hollywoodzkimi czarnymi charakterami, ale zwykłymi ludźmi: zapracowanymi gospodyniami domowymi, koleżankami, które od dzieciństwa są świadkami przemocy domowej, wrednymi babami z siatami zakupów, niesympatycznymi staruszkami z windy, sąsiadkami widywanymi z papierosem na balkonie. To sfrustrowane, przepełnione gniewem, doprowadzone do ostateczności kobiety, które biorą sprawy w swoje ręce, nie zawsze postępują zgodnie z ustalonymi społecznie zasadami, a nawet prawem, i zdarza się, że przemoc zwalczają przemocą. W imieniu tych gniewnych kobiet długie monologi mówią cztery aktorki: Dagna Dywicka, Anna Antoniewicz, Ewelina Gronowska i Zuzanna Wierzbińska. Historie schwarzcharakterek, poddane literackiej obróbce, zaczerpnięte zostały z mediów i prywatnych relacji, zebranych na postawie ankiety przygotowanej przez Wawrzyniak i Kubisiak. Przed rozpoczęciem prób twórczynie i aktorki otrzymały pytania dotyczące tego, co czują i myślą, doświadczając gniewu; co jest jego przyczyną i jak sobie z nim radzą; czy stosowały na kimś przemoc; czy same jej doświadczyły; czy kogoś chciałyby ukarać. Ich odpowiedzi referują jednorożce - Joanna Kacperek i Dawid Żłobiński noszą na głowach maski tych mitycznych zwierząt, symbolizujących mądrość i odwagę, ale też agresywność, dzikość i nieustraszoność.

Symptomów "gniewnej choroby" schwarzcharakterek twórcy szukają w kulturze masowej. W brukowcu "Detektyw", gdzie można przeczytać o Dorocie K. - ta zastrzeliła męża, który przez wiele lat ją maltretował. Zabójczyni została "twarzą" międzynarodowej kampanii policyjnej "Przestępstwo nie ma płci". Szukają też na ulicznych billboardach z reklamą producenta rajstop Adrian. Poturbowana kobieta, w seksownych pończochach, kuli się na plakacie podpisanym "Adrian kocha wszystkie kobiety". Swojego wizerunku użyczyła na nim Karolina Piasecka, której męża, byłego radnego Prawa i Sprawiedliwości, sąd skazał na karę więzienia za przemoc domową. Kampania podzieliła opinię publiczną - trudno stwierdzić, jakie przekazy i polityczne znaczenia za sobą niesie.

Poszczególne wątki, nieskładające się na spójną, fabularną narrację, łączy wyraźny, autorski styl Martyny Wawrzyniak. Gęsty tekst cechują cięty, inteligentny dowcip i fragmenty, będące parodią poradnikowego żargonu. W "Schwarzcharakterkach" mogą nużyć schematyczność konstrukcji (oddającej jednak charakter naszej przegadanej rzeczywistości), sztampowość postaci i przeciętność historii (w monologach mowa na przykład o kłótni z kurierem, dźwiganiu ciężkiej paczki, walce o windę, stanach depresyjnych, wreszcie o sytuacjach przy rodzinnej kolacji, w autobusie, na imprezie, które można by otagować "metoo"). Jednak z opowieści tych przebija szczerość, bohaterki zrzucają fasadę zasłaniającą codzienne frustracje, wprost mówią o potrzebie uzewnętrznienia, znalezienia upustu dla swoich emocji: przez krzyk, zapalenie papierosa w łazience, rezygnację z depilacji nóg, masturbację, przypadkowy stosunek czy - co chyba najtrudniejsze - w spotkaniu z bliskim człowiekiem. Dlatego bohaterki wpadają w przesadę: nie mogą przestać gadać, zalewają nas potokiem słów, łapczywie próbując nawiązać kontakt. Za powierników swoich zwierzeń biorą widzów, zwracając się wprost do nich. Nieśmiały śmiech, zażenowanie, zawstydzenie, gniew (Dywicka mówi kobiecie na widowni: "niech pani trzyma ten gniew") - każda reakcja publiczności jest dobra, bo oznacza, że znajdujemy w tych tytułowych postaciach coś znajomego.

Te gniewne, podejmujące czasami nierozsądne decyzje bohaterki można polubić za sprawą świetnego zespołu Teatru im. Żeromskiego w Kielcach. Dagnie Dywickiej, Annie Antoniewicz, Ewelinie Gronowskiej i Zuzannie Wierzbińskiej udaje się utrzymać uwagę i ciekawość widzów. Operują minimalistycznymi środkami scenicznymi, prowadzę rolę w silnych emocjach, bez budowania psychologii postaci. Gniew i inne uczucia emanują w głosie i ciele aktorek - te są nadpobudliwe, mają spięte ramiona, stawiają krótkie kroki, jakby poruszały się po ringu. Narzuca się skojarzenie z przygotowaniami do zawodów czy bijatyki - w programie można przeczytać, że artystki miały konsultacje ze sztuki walki capoeira (we współpracy z trenerką Anetą Borek). Zapadają w pamięć otwierający spektakl monolog Dywickiej i scena na basenie w wykonaniu Antoniewicz - ubrana w strój sportowy, w czepku i z zatyczkami w uszach, trzykrotnie staje na basenowym słupku i wykonuje "gniewny" skok.

Kostiumy współpracującej na stałe z Brzykiem Igi Słupskiej nasuwają na myśl działalność Pussy Riot. Kiedy poszczególne schwarzcharakterki dochodzą do głosu, wciągają na twarz białe kominiarki, które po zwinięciu zmieniają się w żołnierskie dokerki. W sztucznych perukach o nienaturalnych kolorach, w ciężkich butach, nawet kiedy założą na dresy i wysokie spodnie tiulowe spódnice, wyglądają jak bojowniczki. Przestrzeń zaprojektowana przez Słupską stwarza neutralne forum swobodnej wypowiedzi. Podest z jasnodrewnianych płyt wysunięty jest w stronę widowni. Aktorki znajdują się blisko widzów, w wąskim obszarze zamkniętym ścianką zbudowaną z takich samych co podłoga płyt. Przepierzenie, umocowane za pomocą dużych różowych metalowych wsporników, zasłania wnętrze sceny. W drugiej części spektaklu Joanna Kacperek i Dawid Żłobiński rozmontują ściankę, otwierając widok na wąską i głęboką przestrzeń zakończoną wysoką, wklęsłą rampą. Remigiusz Brzyk ogrywa przestrzeń, ustawiając aktorki raz bardzo blisko widzów, raz daleko w głębi sceny. Efektowne jest nastrojowe oświetlenie Aleksandra Prowalińskiego, operującego barwnymi planami rozłożonymi w przestrzeni. Białoruski artysta zalewa scenę równomiernym czerwonym, metalicznym czy fioletowo-niebieskim światłem, innym razem aktorki poruszają się w półmroku - widoczne są wówczas tylko fragmentarycznie w wąskim, prostokątnym pasie światła.

W zakończeniu spektaklu na ekranie pojawiają się - niczym filmowe napisy końcowe - przekształcone słowa litanii do św. Rity jako patronki spraw trudnych, tu: mścicielki, do której modlą się kobiety uciskane. Sprofanowana modlitwa w założeniu ma moc sprawczą - wyrwania się z zaklętego kręgu przemocy. Spektakl nie podsuwa, jakie przyjąć strategie, by chronić się przed męską fizyczną dominacją. Nasza odwaga kończy się zwykle na koncertach, manifestacjach ulicznych, publicystyce. A problem przemocy wobec kobiet powinien już dawno wyjść poza słowny komentarz. Takie projekty jak kieleckie "Schwarzcharakterki", obok chociażby bardzo popularnych wśród widzów i nagradzanych seriali o podobnej tematyce, świadczą o wzrastającym fermencie wśród kobiet. "Wiesz już, że coś się dzieje".