powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Sodowa bez gazu

"Kapitan Żbik i żółty saturator" na podstawie serii komiksów "Kapitan Żbik" w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Syrena w Warszawie. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu Na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Do czego służył saturator? Ja wiem, że młodzi ludzie, którzy robią dziś teatry, piszą scenariusze, reżyserują, zasiadają w dyrekcjach nie mają skąd tego wiedzieć, bo ich wtedy na świecie nie było. Ale mogliby zapytać starców, powiedzieliby im chętnie.

Pięćdziesiąt lat temu saturator był ulicznym punktem sprzedaży, ale też i doraźnej produkcji wody sodowej dla spragnionej ludności. Szafkę na kółkach z kranikiem, butlami soku, niedbale wypłukanymi szklankami i sprzedawcą lub sprzedawczynią na niewygodnym siodełku przetaczano po mieście, parkując przy jakimś dopływie wody, kraniku czy hydrancie. Pod maską kryła się butla gazowa, która, niczym w wielkim syfonie, w chwili odkręcenia kurka nasycała kranówę dwutlenkiem węgla. Syk bulgoczącej wody wpadającej pod ciśnieniem do szklanki - pustej lub z warstewką soku na dnie - pamiętać będzie do końca swoich dni każdy, kto żył wtedy w Warszawie. Bo to taki magiczny dźwięk dzieciństwa. Gdy więc w Teatrze Syrena z takiego saturatora woda ciurka jak z zepsutego kranu, bez bąbelka gazu, a sprzedawczyni zdarza się też oferować klientowi sam sok-ulepek (byłby nie do wypicia!) stary warszawiak powinien zerwać się z fotela i słowami Teofila Piecyka z felietonów Wiecha zakrzyknąć w oburzeniu: "Granda, oddać pieniądze".

Recenzenta wpuszczają za darmo, więc nie zakrzyknie. Co nie zmienia faktu, że ma on ze spektaklem "Kapitan Żbik i żółty saturator" pewne kłopoty. Jak się zaraz okaże równie paradoksalne, jak woda sodowa bez gazu.

Wojciech Kościelniak, o którym powiedzieć "wybitny twórca musicalu", to nic nie powiedzieć (pora znaleźć jakąś osobną nazwę dla wymyślonej przezeń widowiskowo-muzycznej maszynki, przez którą przepuszcza najmniej oczekiwane, niesceniczne arcydzieła epiki, poezję, kultowe filmy, a ostatnio także dzieła rysowników) sięgnął w Syrenie po peerelowską serię kryminalno-propagandowych komiksów o dzielnym milicjancie Żbiku. Postawił sobie zadanie przetransponowania komiksowej formy, sposobu obrazowania, wyglądu postaci, typu ekspresji charakterystycznej dla rysunków z dymkami na aktorskie widowisko. I bawi się tym wspaniale w wielominutowej ekspozycji, w sumie pewnie przez jakąś jedną czwartą przedstawienia. Mając roztańczonych aktorów musicalowych i kilkuosobowy balet precyzyjnie rozpisuje ruch postaci na zmianę gwałtownie przyspieszający i zatrzymywany w stop-klatce, ta skokowość działań scenicznych jest jak przewracanie kartek komiksowego zeszytu. Arcydziełko ruchowo-aktorskie tworzy Tomasz Więcek: jako imperialistyczny szpieg jest z założenia nadekspresywny, może więc dołożyć parodiowanie min różnych bondowskich czarnych charakterów do fantastycznej skrętności sylwetki: jego ciało naprawdę zda się narysowane. A gdy kapitan Żbik biegnie na pomoc swej partnerce wielkimi susami, z których każdy wisi w powietrzu, jakby pochodził z kolejnej komiksowej klatki, transpozycja osiąga pełnię. Chapeau bas za pomysłowość.

Z którą w dalszym przebiegu przedstawienia jest jednak gorzej. Kapitan Żbik w spektaklu Kościelniaka ściga zachodniego szpiega, którego zadaniem jest zainfekowanie uczestników zjazdu PZPR pewną toksyną: działa ona na umysły, każe widzieć dotychczasową egzystencję jako szarą i żałosną, tudzież uruchamia kolorowe marzenia. Przyciśnięty do muru dywersant ukrywa preparat, mieszając go z sokiem malinowym w saturatorze. I już wiadomo: kolejni bohaterowie będą pić wodę sodową z sokiem i odlatywać w marzenia poubierane w formę śpiewano-tańczonych numerów. Taksówkarz śni o zwycięstwie w rajdzie Monte Carlo ślicznie odtworzoną starą warszawą, żul Wilhelm, co żuje gumę balonową, zakochuje się w Goofym z rysunku. Porucznik Ola (świetna głosowo Iga Rudnicka) lirycznie wzdycha do niedostępnego nawet na wspólnej akcji w bułgarskim kurorcie Żbika (Maciej Maciejewski z włosami w kolorze... granatowym, taka była kolorystyka komiksu). Wszystko jest jak należy w musicalu, ale sceniczny świat w nic się nie chce już kleić, idzie od numeru do numeru. Niektóre pomysły nie tłumaczą się niczym.

Więc tylko o zabawę formalną chodziło? Nie. Ale wiem to tylko stąd, że Konkurs na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, który skupia się na wspomaganiu rzetelnej dramaturgii na scenach, takiej, którą można traktować autonomicznie, a nie jak surowiec do manipulacji reżysera - otóż Konkurs w swym regulaminie żąda od teatrów nie tylko zagrania przedstawienia, ale przedtem przesłania tekstu. Oceniamy go w komisji konkursowej osobno. Rozjazdy między wizją literacką a sceniczną bywają spore, ale bodaj nigdy tak drastyczne, jak w tym przypadku. Co jest paradoksem obłędnym, skoro scenarzysta i reżyser to jedna i ta sama osoba!

Rozmach wpisany w scenariusz oszałamia. Kościelniak chciał na fabułkę komiksu nałożyć kolejną warstwę, jakby wyrywającą się z rysowanej konwencji. Podłożyć pod przygodowo-propagandowe obrazki prawdziwy PRL, nie ten z przygód kapitana Żbika bądź porucznika Borewicza i nie ten od Barei. Oczywiście nie dosłowny, tylko symboliczno-syntetyczny, jak to czynił w najlepszych swoich spektaklach, choćby w znakomitym "Blaszanym bębenku" we wrocławskim Capitolu. Spod widowiskowej feerii miały prześwitywać poruszające dramatyczne lub gorzkie migawki - obyczajowe, polityczne, obrazujące społeczny nastrój. Taki koncentrat pontyfikatu wujcia Gierka z wyeksponowaniem tych aspektów, o których jakoś szybko się nam zapomniało, może trochę za szybko i za łatwo.

Dlaczego zrezygnował? Może stanął przed przeszkodami nie do pokonania, może sam zdecydował, że się nie da, że zamysł jest nie do udźwignięcia. Szkoda. Bo w rezultacie mamy coś dziwnego: przyzwoite rozrywkowe przedstawienie, w którym co i raz przewijają się przez scenę rudymenty czegoś, co miało zaistnieć a nie zaistniało. Choćby propagandowo-dydaktyczne pogadanki głoszone przez heroicznego milicjanta z dobrotliwie tępym uśmieszkiem. Są tylko żartem, męczącym przez swą powtarzalność; miały być męczące - ale niekoniecznie jako żart. Druhna zastępowa socjalistycznych harcerek nagle odjeżdża w oskarżycielski monolog z... "Folwarku zwierzęcego" Orwella, co wygląda jak wtręt nie tylko z innego spektaklu, ale i z innego teatru. I zgrzyt może najjaskrawszy: oto pewna warszawska kobieta podsuwa znienawidzonemu kochankowi koszulę non iron, która płonie na jego ciele niczym koszula Dejaniry. Wygląda to jak wysilony żart z modnych wtedy nonajronów, co naprawdę parzyły ciało. Tymczasem w scenariuszu Kościelniak chciał, żeby kochankiem był radziecki generał a mścicielka ofiarą jego wszechwładzy, nie tylko samczej; teatr miał tu na chwilę wzbijać się na wyżyny... antycznej tragedii. Nie wiem, czy by się to dobrze skończyło na scenie, dokumentuję tylko rozmach. I smutno mi. W niekończącym się szeregu rewiowych numerów ginie postać towarzysza z teczką i zaczeską, co marzy o byciu sekretarzem KC: robi się z tego dowcip z Podwieczorku przy mikrofonie, a mogła być scena z Konwickiego. W finale miały być pożary - wybuchają, ale rachitycznie - a w działania imperialistycznego szpiega miały się wmieszać radzieckie służby. Może byłoby to już za dużo szczęścia, ale bez tej kropki nad "i" spektakl nie ma w ogóle żadnego punktu dojścia. Żadnej pointy, która by pieczętowała jego sens, a nie była tylko jeszcze jedną taneczno-wokalną zbiorówką, słabszą w dodatku niż zatańczony i zaśpiewany parę numerów wcześniej, mocny i zjadliwy Pewex.

Rzadka rzecz, przeczytać scenariusz mądrze pomyślanego, wielopoziomowego widowiska, które właśnie przeszło nam koło nosa, choć jego realizacja zdawała się tak bliska. Pewnie okazję diabli wzięli na zawsze; nie wiem, czy gdzieś, kiedyś będzie okazja wrócić do tego zamysłu. A chciałoby się bardzo, bo właśnie tego w polskim życiu scenicznym brak: popularnych, efektownych, profesjonalnie zrobionych spektakli, łączących przystępność z chęcią powiedzenia czegoś istotnego, przewrotnego i niebanalnego o naszej epoce, co właśnie na tak spektakularnym stelażu ma szansę przemówić mocno do widowni. Cóż, publiczność Syreny jest oczywiście zadowolona, jest tempo, są efektowne zbiorówki, lepsze lub gorsze żarty, trochę, owszem, rozczarowujące piosenki, ale sekwencje "komiksowe" skutecznie ratują honor widowiska. A że poszczególnym scenom brakuje logiki? Któż by szukał logiki w rozrywkowym teatrze?

Tylko że to jak z tym saturatorem. Cóż z tego, że realizatorzy bardzo starannie odtworzyli w scenograficznych pracowniach ów zapomniany przedmiot (albo może znaleźli go gdzieś na złomie i odrestaurowali), cóż z tego, że zajmuje w scenicznych obrazkach eksponowane miejsce, kiedy temu, do czego był urządzony, nie służy. Nie wytwarza wody sodowej. I cały widowiskowy rejwach wokół niego staje się - przy całej sympatii - cokolwiek bez sensu.