powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Racja Darwina

"Chaos pierwszego poziomu" Mateusza Pakuły w reż. autora w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Michał Mizera, członek Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu Na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Stary Teatr gra poranki na Scenie Kameralnej. Bajka? Lektura szkolna? Spektakl edukacyjny? Wszystkiego może po trochu, ale przecież żadne z tych określeń nie oddaje istoty najnowszego projektu Mateusza Pakuły, występującego tym razem w podwójnej roli: autora i reżysera. To zazwyczaj korzystne połączenie, szczególnie dla tego pierwszego fachu. Już nie wspominam o historii teatru, ale z punktu widzenia sytuacji polskiego dramatu współczesnego takie doświadczenia mają często ożywczą moc. Mają też swoje ograniczenia, o czym za chwilę. Tak czy owak owe porankowe przedstawienia w teatrze przy Starowiślnej są zabiegiem niejednoznacznym.

Takie właśnie porankowe (ale sobotnie) przedstawienie oglądałem. Widownia jednak zupełnie "wieczorna", żarty chwytane w lot, tam, gdzie wybrzmiewał ton serio, tam widownia temu tonowi się poddawała. Nie bajkowa forma, choć przypominająca nieco kultowy francuski serial animowany Było sobie życie, nie lekturowy skrót z teorii ewolucji i doboru naturalnego Karola Darwina, choć zrealizowany w formule tak popularnych telewizyjnych filmów przyrodniczych z głosem Krystyny Czubówny w tle, nie wreszcie edukacyjny wymiar przedsięwzięcia, choć w atrakcyjny sposób referujący budowę ludzkiej komórki - dominują w tym przedstawieniu. Przedstawienie, powiedzmy od razu, ma swoje walory, ale nie jest gwoździem programu. Tym, co najbardziej poruszyło mnie jako widza jest temat opakowany w tekst Pakuły. Tak oczywisty, tak na "czasie", tak proszący się o głos w teatrze, a tak rzadko na scenie podejmowany w ostatnich czasach. Temat wiary i temat rozumu. Wiary w rozum, ale i odrzucenia wszystkiego, co empirycznie dowiedzione, co naukowe, co jest wiedzą, wspólnym dorobkiem wielu pokoleń badaczy, naukowcy, poszukiwaczy czy niespokojnych charakterów. Czyli dziełem ludzkiego umysłu. Poza którym jest miejsce na żywioł natury, zabobon, mrok i nieznane. Nieznane więc groźne.

Spektakl miał swoją premierę 5 stycznia tego roku. Oglądany z dzisiejszej perspektywy staje się proroczym memento. Nie, nie przed zarazą. Memento przed naszymi ograniczeniami, ludzką kondycją, gotową odrzucić to, co najwyższym wysiłkiem sama zdobyła zbiorowym wysiłkiem. Ale też czego, nie traćmy nadziei, jest i będzie gotowa bronić. Zgodnie z prawem natury, prawem życia, prawem przetrwania. A czasem i wbrew niemu.

Bodaj ostatnim jak dotąd w polskim teatrze wielkim traktatem teatralnym, który - zresztą na tej samej scenie - podejmował temat relacji nauki i wiary, kultury i siły natury, wzrostu człowieczeństwa i jego upadku, był Zaratustra według Nietzschego i dramatu Einara Schleefa, zrealizowany przez Krystiana Lupę z zupełnie niesamowitą sceną "papieską". Ostatni Papież wjeżdżał na scenę podłączony w jakiejś przerażającej maszynie systemem rurek do wielkiego mózgu. Fides et ratio splecione w nierozerwalny węzeł gordyjski, którego rozsupłaniem zajmują się filozofowie od niepamiętnych czasów. Pakuła sięga po jeden z najważniejszych problematów ludzkości, niech nas nie zwiedzie komediowo-kabaretowo-serialowa forma przedstawienia. To filozoficzny wykład schowany pod serią mniej lub bardziej udanych scenicznych wygłupów (celuje w tych udanych zwłaszcza Małgorzata Zawadzka w roli - nomen omen - jajcarskiej Komórki Jajowej). Wykład, w którym dostaje się i autorowi Tako rzecze Zaratustra i samemu Mickiewiczowi za jego krytykę "szkiełka i oka".

Czasy jednak przyspieszyły. Dziejąca się na naszych oczach rewolucja technologiczna, która pozwoliła nam zajrzeć do wnętrza ludzkiej komórki, a zarazem - może zbyt łatwo - zaczęła odzierać świat z kolejnych zasłon i kotar tajemnicy, wdrażając jednocześnie w życie nietzscheańską śmierć Boga (i tego konsekwencje: zapłakana Małgorzata Gałkowska w swoim monologu ze smutkiem konstatuje myśl, że nie ma czegoś takiego jak "dusza"), doczekała się apokaliptycznej dla gatunku ludzkiej reakcji świata natury. Nie ukoi nas czuły i spokojny głos Krystyny Czubówny, cudnie i twórczo parodiowany w przedstawieniu na nagraniach przez Jana Peszka podczas tej niezwykłej - bez mała przyrodniczej - podróży do wnętrza ludzkiego organizmu. Nie zmylą wymyślne i prawie cyrkowe wygibasy białek motorycznych pantomimicznie ilustrujących narrację głosu (w roli białek bardzo pomysłowi oraz sprawni Stanisław Linowski i Maciej Charyton - role są dublowane, w premierowej obsadzie wystąpili ulubieńcy krakowskiej publiczności Michał Majnicz i Juliusz Chrząstowski). Nie uwiodą nawet najbardziej zmyślne choreograficzne układy samego Karola Darwina (w tej roli Łukasz Szczepanowski, który po bardzo udanych rolach w Teatrze STU, zdobywa kolejne punkty u publiczności w macierzystym teatrze). Rzecz jest bowiem serio i bardzo na dziś. W co wierzymy? Jak myślimy? Co wiemy i na bazie czego formułujemy nasze opinie? Na podstawie czego podejmujemy wybory i decyzje? Jaki mamy stosunek do nauki, naukowości i naukowców? Ile warta jest wiedza? Jakie z tego stosunku wyciągamy wnioski?

Jest, mogłoby być, to przedstawienie formujące dla młodej inteligencji, rozproszonej, pozbawionej uśmierconych wzorców i autorytetów, przesiąkniętej wyniesioną z domu, a wywołaną i spotęgowaną przez propagandę i mass media niechęcią do elit, tych, którzy "wiedzą lepiej" a głoszą niepopularne, bo niewygodne, wyrywające nas z wygodnictwa poglądy, wzywające do wysiłku do życia zgodnie ze współczesnymi wartościami i stanem wiedzy o człowieku, a zarazem z uwzględnieniem humanistycznej troski czy odpowiedzialności za los nie tylko swój, ale i innych istot żyjących.

Przedstawienie ma swoje mankamenty, zostało chłodno przyjęte przez część krytyki. Niech mi autor, którego bardzo cenię, wybaczy za łatwo, może zbyt łatwo wpadającą pod klawiaturę uwagę, ale nie sposób się opędzić od myśli, że w tym konkretnym przypadku, spektakl skorzystałby na rozdzieleniu funkcji autora i reżysera. Rezyser Pakuła po prostu (czasem atrakcyjnie, czasem zaledwie poprawnie) zrealizował teatralne pomysły Pakuły autora. Autor ewidentnie pisał pod swoje pomysły reżyserskie i własną wyobraźnię, których reżyser stał się już niewolnikiem. I, owszem, koncept udało się zrealizować. Duża w tym zasługa niebanalnej scenografii Justyny Elminowskiej (oj, nie jest łatwo zbudować wnętrze komórki) oraz świetnych, pomyślanych z dużym poczuciem humoru kostiumów Marty Śniosek-Masacz), a także animacji Jakuba Woynarowskiego. Plus muzyka Antonisa i Zuzanny Skolias na żywo w ich oraz Marcina Pakuły wykonaniu (to zresztą bez wątpienia najmocniejsza strona przedstawienia). Reżyser Pakuła szybko i sprawnie uczył się machiny teatralnej i łatwo byłoby wskazać źródła czy paralele jego teatralnych fascynacji: od Jana Klaty po Krzysztofa Garbaczewskiego. Co jednak jest autorskim stylem wymienionych inscenizatorów, staje się w tym spektaklu zaledwie poprawnie odrobioną lekcją "jak się robi współczesne przedstawienie". Można było z tego tekstu i tego tematu wycisnąć tony bardziej serio i bardziej bogate w szerokie odniesienia do współczesnego dyskursu. Każdy inny (inny niż autor tekstu) reżyser miałby szansę dołożyć do bardzo ciekawego i poruszającego konspektu Pakuły swoje pomysły, a jego autorskie wizje zmodyfikować przełamać, doprawić czy przeakcentować. Co zresztą zawsze możliwe w kolejnych realizacjach: tekst Pakuły ma potencjał na kolejne wystawienia, przy pewnym otwarciu formy tekstowej na zmiany.

Chaosowi współczesnego świata zdolna przeciwstawić się jest kultura i sztuka, co dobrze ilustruje bardzo długa scena koncertu fortepianowego jako apoteozy dla mariażu ludzkiego ducha i rozumu. Dramaturgicznie doskonale przygotowana pokazuje siłę i bezinteresowność sztuki nie tylko w obliczuśmierci Boga, ale i spodziewanej śmierci rozumu.

Otwieram gazetę. Ładuję stronę główną. Włączam telewizor. Wychodzę na spacer. Patrzę, obserwuję, widzę gołym okiem. Chaos pierwszego poziomu? Już dawno nie. To chaos wyższego ładu. To Darwin miał rację.