powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Gorzkie beaty

"Polskie rymowanki albo ceremonie" Andrzeja Błażewicza w reż. Ewy Rucińskiej w Teatrze Miejskim im. Gombrowicza w Gdyni. Pisze Jan Karow, członek Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Jesteśmy w foyer gdyńskiego Teatru Miejskiego im. Gombrowicza, które od czasu do czasu zmienia się w przestrzeń Małej Sceny. Widownię tworzą ustawione w równych rzędach ciemne krzesła. Uwagę zwraca jednak nienachalnie oświetlona barowa lada. Kuszą drobiazgi do przekąszenia, można zamówić kawę, herbatę, znajdzie się też coś mocniejszego. Kiedy wszyscy, dopiwszy i dojadłszy, już usiądą,

właśnie tam - przy barze - zaczyna się przedstawienie. Dwóch młodych chłopaków dyskutuje przy wódce, czy warto jechać na kolejną rodzinną imprezę. Czy jest sens, by znowu zobaczyć te same twarze i usłyszeć te same historie? Parę szybkich głębszych przesądza sprawę. Pora ruszać. Wehikułem, którym będziemy podróżować za głównym bohaterem, jest język. Cięty, chwilami wręcz drapieżny, ale - co istotne - nie nienawistny. To nie wiązanka ostrych diagnoz. Raczej pędzący ciąg skojarzeń, w którym Robert Lewandowski może być porównany do Czesława Miłosza, a krótka rozmowa z babcią przerzucić spojrzenie na nieludzkie realia rzezi wołyńskiej. Zaś obok przemykają Bruno Schulz i generał Rydz-Śmigły. A wszystko to z perspektywy chłopaka, który koduje swoje myśli w formie rapu.

Andrzej Błażewicz, finalista ubiegłorocznej edycji Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej, nie zapisuje w tekście projektu przedstawienia. Nie znajdziemy w "Polskich rymowankach albo ceremoniach" opisów przestrzeni czy postaci. Didaskalia są ograniczone do lakonicznego stwierdzenia: "na dowolną ilość osób". Tekst przypominający w formie poemat jest jedynie podzielony na dziesięć części takich jak "W domu komunistki wieczorem", "Znowu w aucie z rodzicami" czy "W kościele". Są więc pewne sugestie topograficzne, ale to nadal niewiele. Z tego utworu kształt teatralny trzeba wydobyć. Wysłyszeć w uważnej lekturze, czy to kolejny monolog - a może są tam również wtrącenia innych postaci? Czy bohater mówi tylko do siebie czy wobec kogoś? Bez tego rodzaju pracy można co najwyżej zostać z dziwacznym monodramem albo nieczytelną żonglerką poszatkowanymi wersami. Żadna z tych przykrych skrajności nie dotyczy spektaklu w Teatrze Miejskim. Reżyserka Ewa Rucińska nie poszła na skróty. Przygotowała kameralne, precyzyjnie skonstruowane przedstawienie. Udało jej się znaleźć odpowiednio położony środek ciężkości. Ani nie przysłoniła wyjątkowego tekstu, ani też nie wycofała się aż tak bardzo, żeby można było mieć poczucie braku inscenizacyjnych decyzji. Wręcz przeciwnie - prostota zarysowanych na scenie sytuacji okazała się sojusznikiem twórców.

Kompozycja jest symetryczna. Po obu stronach ten sam zestaw przedmiotów. Trzy krzesła oraz stolik z paroma drobiazgami: filiżanką, bukietem kwiatów, torbą z prezentami, talerzem ziemniaków... To rekwizyty tytułowych ceremonii, które rozumiane są tutaj jako rodzinne zbieraniny z okazji komunii czy dziewięćdziesiątych urodzin cioci. Między tego typu wątpliwie przyjemnymi imprezami - oraz między podzieloną na pół oszczędną scenografią - krąży z mikrofonem bezimienny bohater-narrator (występujący gościnnie Jakub Sasak). Nie pasuje do ubranej w tworzącą wrażenie elegancji czerń rodziny. Jest w sportowych butach ("Poprawiam se najki / Bo nie wziąłem eleganckich..."), na białą koszulę ma narzuconą czerwoną bluzę z kapturem. Tak, ten narodowy zestaw kolorów nie jest przypadkowy. Młoda reżyserka widzi w tej mogącej być jej rówieśnikiem postaci kogoś więcej niż tylko sprawnie nawijającego rapera. To obecny w każdym pokoleniu głos niezgody na rzeczywistość. Kolejna reinkarnacja bohatera z inklinacjami do kontestowania zastanego porządku, w którym istotną rolę odgrywa obciążenie przeszłością ("To jest najlepszy i bardzo czysty towar / To jest to co masz na barkach kiedy się chowasz / Ten lęk jest tym samym lękiem z krwi twoich bab i dziadów"). Nie bluźni przeciw Bogu ani nie stara się wypędzić romantycznej poezji. Jego ambicje, zgodnie z duchem czasu, są mniej podniosłe. A jednak...

Jest w wypowiadanej przez niego z szybkością karabinu maszynowego gadce coś, co sprawia, że - chociaż każdy z tego typu bohaterów widzi nieco inaczej - znamy ten rodzaj buntu. Mimo że podejście jest w pewnym sensie podobne do tego, co przykładowo w Poznaniu zrobił Jakub Skrzywanek, zapraszając do roli Kordianki punkową performerkę Alex Freiheit, to efekt jest bardziej spójny. Nie ma tu pomieszania tonów - Juliusz Słowacki nie zostaje spulchniony współczesnym językiem. Rapowany przez (odpowiedzialnego również za muzyczne podkłady) Jakuba Sasaka tekst wyszedł spod jednej ręki. Nie respektuje sztywnych reguł - wersyfikacja jest nieregularna, rym czasem zostaje zarzucony. Ale też w kwestii poetyki bezpośredniego punktu odniesienia nie stanowi tutaj wspomniany "Kordian", a raczej "Inni ludzie". I Dorota Masłowska, i Błażewicz zaprzęgają na własny użytek konwencję hip hopową, żeby podrażnić nerw współczesności. Mogą sobie dzięki temu pozwolić na solidną porcję wulgaryzmów, mogą być również jednakowo nieprzyjemni wobec wszystkich dokoła.

Choć ostrze złośliwości skierowane jest w wiele stron, to ewentualne draśnięcia mogą wystąpić na widowni. Rodzina bohatera jest bowiem w większości zblazowana i słucha kolejnych "nawijek" siedząc w milczeniu i nie reagując. Kiedy zaś dochodzi już do jakiejś drobnej interakcji, to za wiele nie można się po nich spodziewać. Rodzice (Olga Barbara Długońska i Szymon Sędrowski) nie są w stanie wznieść się ponad zwyczajowe komunikaty w stylu "Co u ciebie?" i "Dobrze, że przyjechałeś". Wujek (Grzegorz Wolf) próbuje trochę zamącić i wrzucić swoje trzy grosze przy zajadaniu się ziemniakami. Dawno niewidziana kuzynka (Marta Kadłub) głównie zaskakuje tym, jak dobrze wygląda... Podnieść temperaturę jest w stanie właściwie tylko Babcia (Dorota Lulka). Najpierw, za sprawą długiego języka Wujka, okazuje się, że jej małżeństwo wcale nie było tak sielankowe, zaś krótka wzmianka o Wołyniu nagle przenosi akcję parędziesiąt lat wstecz. Kolega głównego bohatera (Maciej Wizner) niespodziewanie wciela się w dawno wypartego z pamięci pradziadka, którego obraz wymazały długie lata wojny.

Ktoś mógłby spytać z pretensją, czemu Błażewicz tak wyraźnie wywleka akurat ten trudny fragment naszej historii. Nie chcę powiedzieć, że nie ma to większego znaczenia, ale też nie należałoby się doszukiwać w tym jakichś zatajonych intencji. Może to odprysk filmu Smarzowskiego, może coś z historii rodziny autora, może coś jeszcze innego. Równie dobrze mogłoby się tam pojawić Jedwabne albo Brygada Świętokrzyska.

W "Polskich rymowankach..." nie buduje się systemu przekonań. Tematy pojawiają się i znikają. Kiedyś może by to nazwano poetycką improwizacją, dziś to swoista zabawa freestyle'em. Jak słusznie zapowiada nasz bohater na początku: "Kurwa znowu mi się rap włancza / Może nie trzeba tego zwalczać". To niewiele ponad dwadzieścia stron tekstu, niecała godzina teatru, ale wchodzi jak zacny kielon. Choć oczywiście trzeba się i lekko skrzywić, bo to ten z mocniejszych trunków.