powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Ja, Hamlet. Ja, Ofelia

"Ja jestem Hamlet" Agaty Dudy-Gracz w Teatrze Nowym w Poznaniu. Pisze Michał Mizera, członek Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Kiedy kilka lat temu Biblioteka Narodowa, wrocławska seria wydawnicza Ossolineum, opublikowała Stanisława Wyspiańskiego tzw. "Studium o Hamlecie" w opracowaniu Marii Prussak, rzuciłem się na lekturę. Połknąłem, a właściwie połykam do dzisiaj. Wracam do tej edycji często, bo jestem z tych, którzy twierdzą, że nic ważniejszego i głębszego o teatrze nie zostało po polsku, jak dotąd, napisane. Do dziś męczyła mnie jednak sprawa jednego przypisu. Dotyczył on sformułowania "zamek Hamletów", co Maria Prussak wyjaśniała jako

archaiczną formę dopełniacza od imienia głównego bohatera. Zamek Hamletów, czyli zamek Hamletowy. Lektura żarliwego eseju Wyspiańskiego kazała mi jednak o tej nietypowej formule myśleć inaczej. Podejrzewałem, że z dopełniaczem jest wszystko w porządku, chodzić może bowiem o zamek Hamletów, czyli obu Hamletów. Ojca i syna. Starego i młodego Hamleta. Rodziny Hamletów. Zamek - spuścizna. Zamek - klątwa.

Czym może być ten fenomen trudnego dziedzictwa w rzeczywistości (a nie tylko w literaturoznawczych analizach), zrozumiałem wreszcie dzięki poznańskiemu przedstawieniu Agaty-Dudy Gracz.

Uznana już pani reżyser, która od czasu debiutu dwadzieścia lat temu, zrealizowała już około pięćdziesięciu przedstawień, wypracowała coś, co można nazwać osobnym charakterem pisma. Nie chodzi o etykiety: teatr autorski, teatr plastyczny, teatr groteski czy - tak lub inaczej rozumiany - teatr formy. Etykiety bywają przydatne, kiedy coś tłumaczą i oświetlają w mocniejszy sposób. Owszem, teatr Dudy-Gracz jest i autorski, i plastyczny, i groteskowy (w gargantuicznym rozumieniu tego słowa), jest w dużym stopniu teatrem formy. Ale jest w tym teatrze jeszcze coś, co nazywam właśnie charakterem pisma: ton swoisty, charakterystyczny, osobisty i intymny. Nie do podrobienia. Ton, za którym stoi spójna, zharmonizowana twórcza osobowość, solidne myślenie, wreszcie umiejętność głębokiego wnikania w meandry ludzkiej świadomości, życiowe doświadczenie, Weltschmerz i radość życia w jednym. Słowem wszystko to, co składa się na światopogląd. Światopogląd, z którym można się spotkać, z którym można się spierać, który można podważać, a nawet odrzucić jako "nie swój". Ale nie sposób go zanegować.

"Hamlet" przeczytany i przepisany przez Dudę-Gracz stanowi dla mnie apogeum jej twórczości, jest wyrazem ludzkiej i reżyserskiej dojrzałości. Jest w nim upór i konsekwencja, wierność sobie, ale i poczucie humoru, a nawet zgoda na bezradność w sytuacjach bez wyjścia. Powie ktoś o takim autorskim teatrze: to stale i niezmiennie reżyseria jednego spektaklu rozpisanego na kolejne premiery, obsesyjne powroty do znanych i rozpoznanych wątków, w dobrze znanych i rozpoznanych chwytach czy konfiguracjach aktorskich i sytuacyjnych. Powiedzmy zatem to samo o Kantorze, Grzegorzewskim, Dziuku, Wiśniewskim i Tomaszuku. I kilku, zaledwie kilku, innych. Tak, gdzieś już widzieliśmy to najnowsze przedstawienie, tak, umiemy sobie wyobrazić kolejne, i kolejne w tym samym języku i stylu. Powiedzmy to też o "Hamlecie" Dudy-Gracz, bo to komplement wysokiej rangi. Kryje się za nim pewność, że Duda-Gracz nie ściemnia, nie mami, nie czaruje, nie zwodzi i nie oszukuje. Jest serio, bo myśli, czuje i działa serio. Jak Hamlet. Jak Ofelia.

Nieprzypadkowo Szekspir i nieprzypadkowo "Hamlet", owa wielka księga kondycji ludzkiej, stali się partnerami Dudy-Gracz w tej jej bardzo osobistej summie, podsumowaniu, wielkim, milowym scenicznym pojedynku z człowieczeństwem, jego patosem, ale i śmiesznością i nieporadnością. Krakowski spektakl według tragedii "Romeo i Julia" był ambiwalentnym portretem miłości rozpisanym na trzy pokolenia, trzy fazy zmiennego uczucia. Wrocławski "Makbet" studium ludzkiego zła i jego banalności, zaś "Burza" - zmierzeniem się z demonami sztuki w trudnej relacji ojciec-demiurg i córka-spadkobierczyni. Łódzki "Otello" badaniem granic ludzkich namiętności i afektów. Krakowska "Porcelanka" (warszawskiej jeszcze nie widziałem) - przygnębiającą diagnozą współczesnych relacji międzyludzkich i opowieścią o tym, jak ludzie ludziom gotują ziemski los. Jak już w pierwszych swoich Genetach, tak w owych Szekspirach Duda-Gracz cały czas szuka prawdy o współczesnym człowieku. Szuka tej prawdy także o sobie. I to jest uczciwe, czasem do bólu, do szpiku, do nerwu - uczciwe. Dlatego pewnie każdego Szekspira Duda-Gracz przepisuje sobie na nowo i po swojemu. Nie odróżnisz, co jest zapożyczeniem, co parafrazą, co grą i brawurą, a co oryginalnym pomysłem. Nie wiesz, czy to grafomania, czy logorea, czy przebłysk genialnej intuicji, tej niezwykłej świadomości, którą na temat człowieka miewają czasem artyści. Jesteś w samym środku wielowiekowego tygla kultury, w którym Duda-Gracz miesza chochlą odziedziczoną po ojcu Geneta z Szekspirem, Boscha z Breughlem i El Greco, barok ze współczesnymi mediami. Jesteś w dantejskim piekle, w którym spotykasz wiele ciekawych i zasłużonych person, znanych Ci i podziwianych, bowiem byli onegdaj, a przynajmniej mogli być, Twoimi przewodnikami. Jesteś w Dudowo-Graczowym panopticum. I jak w tym oryginalnym więzieniu możesz podglądać każdego i wszędzie, bo nie ma się gdzie ukryć. Nawet jeśli na chwilę oskarżony przycupnie w kulisie, to go Duda-Gracz stamtąd wyciągnie, rozbierze i nagiego przedstawi przed Twoim widokiem. A jak trzeba, to sama obnaży przed Tobą swoje prawdziwe wnętrze. Ecce homo!

Jak Dante, tak Duda-Gracz buduje swoje teatralne infernum wielopiętrowo. Prawdziwy to labirynt wątków, tematów, postaci, myśli i problemów. W poznańskim przedstawieniu na bazie szekspirowskiego "Hamleta" tworzy co najmniej czteropiętrową konstrukcję. Na parterze buduje opowieść o teatrze, rozwijając metateatralny wątek szekspirowskiej tragedii. Całe jej przedstawienie staje się pułapką na myszy, zastawianą na widzów, zmuszonych do konfrontacji ze sobą w teatrze i poprzez teatr. Począwszy od pierwszej sceny, rozgrywanej jeszcze we foyer teatru, będącego w awarii i w remoncie, gdzie widownia dzielona jest na kilka grup, podążających za swoim Wergiliuszem na casting do nowego spektaklu (w roli przewodników aktorka, scenograf i pepoż) rozumiemy, że jesteśmy i będziemy uczestnikami nietypowej próby. Reżyser Edi właśnie jest "w procesie", i nie należy mu przeszkadzać, bo właśnie kreuje spektakl o Hamlecie, czyli o sobie (świetna rola Michała Kocurka!).

Na tym poziomie dostajemy śmieszno-straszną opowieść o kulisach życia i pracy w teatrze, trochę przypominającą Strzępkowo-Demirskowych telewizyjnych Artystów. Bywa w tych portretach Duda-Gracz złośliwa, bywa czuła, bywa autoironiczna. Same kostiumy dostarczają wiele teatralnej uciechy. Śmiejemy się z tych metateatralnych gagów i dziwimy, jak w takim bajzlu, w takiej ludzkiej menażerii, można tworzyć sztukę, jak udaje się z tego rozgardiaszu zbudować teatralne laboratorium człowieczeństwa. Świetnie bawią się ta konwencją aktorzy, zwłaszcza Antonina Choroszy w roli pierwszej gwiazdy, Łukasz Chrzuszcz w roli strażaka czy Jan Romanowski w roli dramaturga Szramy, ale krzywdzę pozostałych kolegów z obsady, nie wymieniając ich z nazwiska. O poświęceniu aktorów należałoby napisać osobne studium, idą za Dudowymi pomysłami jak w dym, balansując na granicy błazenady, ośmieszenia i banalności. Pozostanie alchemiczną tajemnicą reżyserki, jakim sposobem uzyskuje ona takie aktorskie oddanie, posłuszeństwo i lojalność. W czasach aktorskiego buntu i wyzwolenia spod reżyserskiego buta?

Na pierwszym piętrze tej teatralnej budowli dotykamy już pierwszej tajemnicy sztuki Dudy-Gracz, gdyż z tego obrazu teatru w nieładzie, a właściwie: w rozkładzie, buduje ona niepostrzeżenie metaforę rozsypującego się, wypadającego z ram, dosłownie: rozkładającego się świata. Nic nowego, toż to teatralne ożywienie szekspirowskiego toposu theatrum mundi. Ale jest w tej Dudowo-Graczowej przeróbce coś, czego u Szekspira nie ma: bezlitosna i nie dająca nadziei diagnoza świata, którego nie poskleja opowieść Horacego. Której nie poskleja żadna opowieść. Której nie poskleja Fortynbras; on w finale sam sobie będzie bił brawo, "bo przecież zasłużył". Obecne tektoniczne pęknięcia współczesnego świata (moralne, obyczajowe, ekologiczne, międzyludzkie) Duda-Gracz pokazuje jako trwałe, nieodwracalne, ujęte w tonie katastroficznym czy nawet apokaliptycznym. Ta ludzka komedia odgrywana na statku głupców zakończy się już nie śmiercią człowieka, ale końcem świata. Nie rewolucją, nie zmianą, ale końcem świata ludzi i dla ludzi. Świetnie odnajduje się na tym piętrze muzyka Łukasza Wójcika, zwłaszcza zaś rapowane piosenki - komentarze. Do uważnego posłuchania!

Jeszcze wyraźniej ten stan rozkładu widać, kiedy wejdziemy na kolejne piętro przedstawienia, na którym to piętrze Duda-Gracz ukazuje z kolei kryzys opowieści, kryzys narracji, upadek dialogu jako formy zdolnej wypracowywać każdorazowo międzyludzkie porozumienie, a przynajmniej zrozumienie. Ba, nawet monologi przestają nam, podobnym, dawać wgląd w myśli drugiego człowieka. Przestały, ponieważ ich podstawowy budulec, czyli słowo, straciło zdolność przekazywania sensu, informacji i emocji. Ten brak porozumienia między postaciami jest ukazany dotkliwie i przejmująco. Co to za świat, w którym - i o którym - nie możemy nawet pogadać! W którym przesłanie starego Hamleta (frapująca rola Ildefonsa Stachowiaka) jest niezrozumiałym przesłaniem Szalonego Tomka z szekspirowskiego "Króla Leara", z zupełnie innego świata, nieprzystającego do obecnego. Rozsypana, rozłupana piórem Dudy-Gracz szekspirowska opowieść rozpada się na nowe pytania - które patronują kolejnym częściom spektaklu. Jaka jest różnica między weselem a stypą? Między matką a kobietą? Ile Ofelii mieści się w Hamlecie? Do czego służy Ofelia? Kto naprawdę zabił Poloniusza? Kim jest Fortynbras? Proste pytania o mocy rozsadzającej swoją własną strukturę. Kim jest widz? I co należy wyjaśnić widzowi? Skąd się bierze cisza? Duda-Gracz prowadzi nas przez kolejne pokoje swojego labiryntu zwijając jednocześnie wszystkie nici Ariadny. Nie będzie powrotu do początku. Nie będzie scalenia. Do jej teatru nie wchodzi się bezkarnie.

Jesteśmy sami, jesteśmy samotni, jesteśmy pozostawieni samym sobie. Samotny jest Hamlet, ale samotne są też wszystkie aspirujące do roli Ofelii - Ofelie. Ja jestem Hamlet, przedstawia się Duda-Gracz tytułem swojego scenariusza. Ale kto wie, czy nie bardziej przejmująco skapnął jej spod reżyserskiego ołówka wątek kilku Ofelii, nie mogących wskoczyć w "swoją" rolę, traktowych z góry, instrumentalnie i po macoszemu (a aluzjach do #metoo nie wspominając). Na czwartym piętrze swojego przedstawienia Duda-Gracz pokazuje nam bowiem temat samotności jako podstawowego aspektu ludzkiej egzystencji. Ponieważ nie mamy z kim rozmawiać, zwracamy się z pytaniami, a i pretensjami do tych, którzy nas uformowali: mistrzów, nauczycieli i rodziców. Do wszystkich tych, którzy mówili nam, co nas spotka, a nie ustrzegli przed wyrokami losu. Jest to przedstawienie na tym poziomie, mówiąc wprost, kolejną rozmową Agaty Dudy-Gracz z ojcem. Rozmową istotną, intymną, pełną emocji, żalu, wdzięczności, miłości i tęsknoty. Kolejną, ale inną w tonie, dojrzalszą, partnerską. I bardzo przejmującą. Pisał Wyspiański o Szekspirze: "I skoro napisana była scena z duchem, jako wyraz tęsknoty i chęć rozmowy z ojcem, skoro to, co w niej było, szło z tej strasznej prawdy, to już tego przewalczyć nie było można, i to pozostać musiało". Zamek Hamletów to zamek Duda Graczów. Trudne miała tym razem zadanie Katarzyna Łuszczyk, oświetlając tę jawnie obnażoną (a zarazem budowaną od nowa) teatralność dużej sceny Teatru Nowego. Z pewnością jej maestria stała się niezbywalnym partnerem scenicznego świata Dudy-Gracz.

Jest wreszcie w tym teatralnym zamczysku strych. Nie ma do niego schodów, nie ma okien, nie można się dostać do niego inaczej niż drogą, jak chciał Wyspiański, imaginacji i inteligencji. Tam Agata Duda-Gracz prowadzi najintymniejszą z możliwych rozmowę, sama ze sobą. Ze sobą Hamletem. Ze sobą - Ofelią. Oraz z tymi, którzy pokonają wszelkie labiryntowe zasieki i zostaną dopuszczeni do ostatniego, najbardziej skrywanego pokoju wyobraźni. Tam stoi prawdziwa Agata, może w warkoczykach ze śląskiego salonu, może w burzy loków bezkompromisowo kłócąca się z mistrzem Jarockim, może wreszcie ta, która bez taryfy ulgowej patrzy w teatralne zwierciadło, szukając własnego odbicia. Bez teatralnego makijażu, bez całego zgiełku i feerii własnego teatru. Tam właśnie, na teatralnym strychu z szekspirowskim zwierciadłem spotkasz człowieka w jego prawdzie i w prawdzie o nim.

Ale o tym, co się zobaczyło i podsłuchało na strychu, publicznie się nie mówi. Z Beatrycze, czy bez, jest ta wizyta na strychu jednym z największych przeżyć dostępnych w teatrze, jest spotkaniem z duszą drugiego człowieka, jest współodczuwaniem świata, jest spotkaniem z Tajemnicą. Reszta jest milczeniem.