powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Łamanie kości

Przyjemnie było gościć na spektaklach inauguracyjnych Centralnej Sceny Tańca - cyklicznym projekcie, który wpisuje się w program kontynuujący działalność Centrum Sztuki Tańca w Mazowieckim Instytucie Kultury - pisze Sandra Wilk.

Taneczne choreografie Thierry'ego Vergera okazały się precyzyjnie skomponowanymi, a sam Verger kolejny raz udowodnił to, za co od lat jest tak ceniony. Jego wyczucie plastyki obrazu, kluczowych momentów dramaturgii, wreszcie samego ruchu (w autorskiej technice modal underground) jest naprawdę niezwykle zmysłowe. I oddziałujące na widza swą formą i siłą. Nieważne czy spektakl jest abstrakcyjny, czy też ma ściśle określony temat - po prostu wpływa na emocje widza zaproponowaną formą, stylem ruchu i przemyślanie zbudowanym nastrojem.

Podczas "Centralnej Sceny Tańca" wystawiono trzy spektakle - dwa wyszły spod ręki tego francuskiego choreografa - "You will never know" (wyk. Claire Saintard) i "Impossible" (wyk. Claire Saintard i Marek Klajda).

Pierwszy - wydaje się być prezentacją czystej techniki, poszukiwaniem oryginalnego ruchu, nowych możliwości ekspresji ciała. Prowadzony był niezwykle spokojnie, a dał namacalne wyobrażenie, ile jest możliwości pracy z ciałem na ziemi, czyli tam, gdzie balet nie ma szans nawet się zbliżyć. Tu, blisko gruntu, tkwi przecież bijące serce teatru tańca - nie w powietrzu, nie w skoku. Claire Saintard gięła się w "You will never know" niemal wbrew prawu natury, jej ciało plastyczne do bólu, niemal do złamania kości, tworzyło całą opowieść. Historię bez wyraźnej fabuły, ale z wyraźnym celem. "Złapię cię". "Złapię twoją uwagę i nie wypuszczę jej z rąk aż do końca, aż nie przestanę". Ta krótka miniatura podobała mi się najbardziej, bo Saintard nie pozostawiła w nim widzom w zasadzie żadnej przestrzeni na kompromis. Można było być tylko z nią. Z nią przeżyć te chwile, zapominając o całym świecie. Nic więcej.

Drugi - "Impossible" - to obraz starcia różnych natur, męskiej i kobiecej. Kto przewodzi? Kto się poddaje? Czyja natura silniejsza? Owo przemieszanie ról, potrzeb, celów - dobrze było oddane m.in. w pracy rąk; gdy zdawało się, że to on ją ochrania i ogarnia, a to ona odginała mu jednak palce, prowadziła, kierowała... Czy to była walka? Nie... raczej decyzyjność, zbliżanie się do różnych granic, próby poszukiwania wspólnego mianownika. I choć można mieć drobne zarzuty dotyczące synchronizacji ruchu w duecie - to nie warto. Techniczne oceny nie mają znaczenia wobec poetyki poszczególnych scen "Imposibble".

Trzecią - środkową - choreografią wieczoru był "Hippocampus" Michała Adama Górala - praca badająca hipokamp, układ limbiczny odpowiedzialny za pamięć oraz prawidłowe funkcje odczuwania i reagowania. Spektakl z użyciem elementów performance zaburzać miał nasze postrzeganie rzeczy, takimi, jakimi są. W pierwszej części tancerz ubrany w maskę konia kpił wręcz z widzów, i niszczył ich oczekiwania co do sztuki wysokiej. Przecież, jakże to tak?! - przyszliśmy do teatru, a aktor podaje nam rękę, wchodzi na widownię, robi sobie z widzem selfie, rozbiera się i daje w prezencie swój kostium komuś na pamiątkę? I to wszystko w masce konia? Jakże to tak być może? To przecież nie wypada. Dlatego właśnie Góralowi się udało. Udało się mu zaburzyć klasyczne myślenie, a w chwili, gdy wytworzona przez niego sytuacja balansowała już na ostrzu brzytwy - nagle powrócił na scenę, zdjął maskę i jak na tacy zaserwował nam po tej per formatywnej przystawce pełnowartościowe, smakowite taneczne danie.

Bohater stworzony przez Górala walczył ze swoim cieniem, ze stereotypem, z pobłażaniem, z jakąś metką przyklejoną mu z góry i "na zaś". A w momencie kolejnego złamania naszych wyobrażeń - nagle zastygł przed gigantycznym, kolorowym (wyświetlanym na wielkim ekranie) akwarium. Wyciągnął rękę do tego "drugiego świata"... Chciał go dotknąć. Tak bardzo chciał, choć wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że przecież nie mógł.