powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kraj. Takiego kryzysu w polskiej kulturze jeszcze nie było

Zamknięte kina, teatry, muzea i biblioteki, odwołane koncerty, festiwale i premiery. Dla artystów i ludzi z branży kulturalno-rozrywkowej najbliższe tygodnie zapowiadają się czarno. Kto ucierpi najmocniej?

- Pracuję 30 lat w branży i czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Zdarzało się, że koncerty były odwoływane z powodu żałoby narodowej, ale dotyczyło to raczej instytucji państwowych, a poza tym trwało kilka dni - mówi pracownik jednej z największych agencji koncertowych w Polsce. Jak większość rozmówców "Wyborczej", woli się wypowiadać anonimowo. Po pierwsze, żadna branża nie lubi się chwalić stratami. Po drugie, trudno powiedzieć coś na pewno.

Zwłaszcza że sytuacja zmienia się z godziny na godzinę. Jeszcze w poniedziałek większość wydarzeń kulturalnych miała się odbyć normalnie, choć już wtedy wojewoda małopolski odwołał koncert Carlosa Santany w Krakowie.

We wtorek odwołana została premiera polskiego horroru "W lesie dziś nie zaśnie nikt" oraz imprezy masowe w niektórych województwach, m.in. koncert Pezeta we Wrocławiu, discopolową imprezę Discotex w trójmiejskiej Ergo Arenie oraz festiwal towarzyszący Fryderykom w Katowicach.

W środę od rana o zawieszeniu działalności informowały kolejne instytucje, m.in. gdański Teatr Wybrzeże. Około południa minister kultury Piotr Gliński ogłosił, że kina, teatry, muzea, biblioteki czy galerie mają zostać zamknięte od czwartku do 25 marca. W tym czasie mają się także nie odbywać wydarzenia kulturalne z udziałem publiczności takie jak koncerty czy targi.

Koronawirus. Duży sobie poradzi, mały niekoniecznie

Nasz rozmówca jest daleki od paniki. Zaznacza, że dla branży muzycznej kilka odwołanych imprez to jeszcze nie tragedia. Wczesna wiosna to mniej intensywny sezon niż np. początek jesieni, kiedy wiele zespołów zaczyna trasy.

- Ale jeśli ta sytuacja potrwa kilka tygodni, to może się zrobić naprawdę nieciekawie. Nie mówiąc już o tym, co się stanie, jeśli zaczną być odwoływane letnie festiwale - mówi. Tak jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie w zeszłym tygodniu z obawy przed koronawirusem odwołany został muzyczno-filmowo-technologiczny festiwal South by Southwest, bodaj największa impreza kulturalna świata. Jego organizatorzy wciąż szacują straty, ale już ogłosili, że będą musieli zwolnić jedną trzecią załogi. Ucierpi też miasto Austin, które w ubiegłym roku dzięki festiwalowi zarobiło 365 mln dol.

Do sezonu festiwalowego w Polsce zostało jeszcze kilka miesięcy, ale przygotowania zajmują czas. Organizatorzy imprez masowych muszą złożyć komplet dokumentów przynajmniej miesiąc przed ich terminem. Odbywający się np. na początku czerwca Orange Warsaw Festival musi zostać potwierdzony na przełomie kwietnia i maja. A jeszcze wcześniej organizatorzy mają zdecydować, czy wydadzą ogromne pieniądze na promocję.

Epidemia koronawirusa z prawnego punktu widzenia jest zdarzeniem losowym - oznacza to, że artyści i organizatorzy nie mogą liczyć na odszkodowania ani pieniądze z ubezpieczenia. Mniejsze kluby czy agencje koncertowe mogą się po tym nie podnieść.

Ale one z kolei wcale niekoniecznie będą odwoływać występy. Cyprian Buś z promującego muzykę niezależną kolektywu Front Row Heroes, jeszcze w środę popołudniu rozsyłał zaproszenia na marcowe koncerty. Najbliższy, zespołu Komety, ma się odbyć w krakowskim klubie RE w sobotę. - Nie jestem autorytetem, ale wszystkie informacje, jakie do mnie dotarły, dotyczyły imprez masowych, czyli kilkukrotnie większych od organizowanych przez nas koncertów - mówi Buś. Przyznaje, że zastanawiał się, czy imprezy powinny się odbywać zgodnie z planem. - Ale śledzę zaprzyjaźnionych promotorów i kluby, w których odbywają się wydarzenia w tej samej skali i oni też niczego nie odwołują - dodaje.

W kinie stracą wszyscy

Wirus uderzy w polską branżę filmową i kinową. Nie tak jak w Hollywood, które liczy straty w miliardach (na początku marca "Hollywood Reporter" pisał o 5 mld dol. strat na całym świecie, samo przesunięcie premiery Bonda miało kosztować producentów ok. 50 mln dol.), ale i tak sytuacja jest poważna.

Duże sieci kinowe do czasu opublikowania oficjalnych komunikatów nabrały wody w usta. Nieoficjalnie usłyszeliśmy, że po ogłoszeniu decyzji rządu zapanował chaos - sieci i dystrybutorzy przerzucali się odpowiedzialnością finansową za odwołane premiery, a ich prawnicy gorączkowo sprawdzali, na jakiej właściwie podstawie minister ma prawo zamknąć kina.

Jeszcze po południu część kin zapewniała, że weekendowe seanse odbędą się normalnie. Do wieczora komunikat o wstrzymaniu wyświetlania filmów opublikowała sieć Helios i wiele kin studyjnych. Multikino i Cinema City nie odniosły się wprost do rządowych deklaracji, ale w mediach społecznościowych dalej reklamowały nowości ze swojego repertuaru. Nie usunęły też repertuaru ze stron internetowych.

Ministerstwo Kultury poinformowało nas natomiast, że wdrażaniem decyzji rządu zajmą się teraz wojewodowie.

Problem będzie tym większy, że w polskich multipleksach trwa wojna cenowa. Jeszcze jesienią ceny biletów obniżyło Multikino, w ubiegłym tygodniu - Cinema City, w poniedziałek sieć Helios. - Polska branża filmowa to misterna sieć, powiązania między poszczególnymi jej częściami są skomplikowane. Wojna cenowa między multipleksami odbija się na kinach studyjnych, dystrybutorach, a nawet filmowcach, którzy dostaną mniej pieniędzy z PISF - tłumaczy Konstancja Sawicka, rzeczniczka dystrybutora Gutek Film.

W piątek do kin miał wejść dystrybuowany przez Gutka włoski film "Zdrajca", pokazy przedpremierowe już się odbyły. - Przełożenie jednej premiery nie jest dla nas aż taką tragedią. Do czerwca mamy zaplanowane raczej małe, studyjne tytuły. W gorszej sytuacji są dystrybutorzy dużych polskich produkcji, dla których dwa tygodnie straty to duże kwoty, a do tego dużo więcej inwestują w promocję - mówi Sawicka. Takim przypadkiem jest np. "Sala samobójców. Hejter" (dystrybuowana przez Kino Świat), wyczekiwany i mocno promowany film Jana Komasy, który wyświetlany był w kinach tylko sześć dni.

Sawicka dodaje, że sytuacja jeszcze się pogorszy, jeśli przerwa się przedłuży. - Jeżeli za jakiś czas będziemy mieli zatrzęsienie kinowych premier w jednym miesiącu, stracą wszyscy.

"Będę szamać bułkę tartą"

Na zawieszeniu działalności kin, teatrów i innych instytucji kultury wymiernie stracą też ludzie działający w branży kulturalno-rozrywkowej: nie tylko artyści, ale też pracownicy techniczni, edukatorki, bileterki, ochroniarze, pracownicy kawiarni i klubów itd.

Zarobki w kulturze są niewielkie, a zatrudnienie niestabilne. Po kieszeni dostaną także pracownicy etatowi. Na wypłatę aktorów, śpiewaków operowych czy tancerzy składa się zazwyczaj niewielka podstawa wynagrodzenia (nie może być niższa niż pensja minimalna) plus pieniądze wypłacane od spektaklu. Jeśli nie wyjdą na scenę, pieniędzy nie dostaną - nawet jeśli nie stało się to z ich winy.

Gdy w zeszły czwartek Lubuski Teatr w Zielonej Górze ogłosił, że zawiesza granie do 18 marca, zatrudnieni w nim aktorzy komentowali, że "będą szamać bułkę tartą", a od dyrekcji domagali się odszkodowania.

Nie grają, więc tracą

Łagodniej wypowiada się aktor Jacek Labijak z Teatru Wybrzeże. - Odwołanie spektakli wynika z wyższej konieczności i nie można mieć o to pretensji. Najważniejsze jest zdrowie widzów i rozumiem, że teatry nie będą ryzykować - zaznacza. - Ale to prawda, że dla aktorów to duży problem. Nie jesteśmy jedyną grupą, która straci, ale nasza sytuacja jest specyficzna. Ja przynajmniej mam etat, więc może będę smarować chleb margaryną, ale sobie poradzę. Ale jeśli ktoś jest wolnym strzelcem i do tego na przykład spłaca kredyt, to leży - mówi.

Labijak ma nadzieję, że obecna sytuacja przyniesie też coś dobrego na przyszłość: - Pokazuje, że potrzebujemy rozwiązań, które w sytuacjach kryzysowych będą chronić pracowników kultury. Może dzięki temu uda się je wypracować.

Na ponad 500 tys. zł straty szacuje Grażyna Posmykiewicz, dyrektor Teatru Muzycznego w Łodzi. Musicale "Miss Saigon", "Les Miserables" i "Madagaskar" są udostępnianie na licencji. - I nawet jeśli ich nie gramy, to i tak musimy płacić tantiemy. To około 9 tys. zł za każdą prezentację - mówi Posmykiewicz. - "Miss Saigon" i "Madagaskar" przechodzą na następny sezon, ale z "Nędznikami" będziemy już musieli się pożegnać i nie zagramy ich tyle razy, ile byśmy chcieli.