powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Czy Bóg pamięta o biedronkach?

"Boża krówka" Sławomira Narlocha i Ewy Mikuły w reż. Sławomira Narlocha w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, w ramach XI Festiwalu Nowe Epifanie. Pisze Anna Czajkowska w Teatrze dla Wszystkich.

Coroczny, interdyscyplinarny wielkopostny Festiwal Nowe Epifanie, którego organizatorem jest Centrum Myśli Jana Pawła II, już po raz jedenasty proponuje szereg wydarzeń kulturalnych, łączących "duchowość i sztukę", tradycję z artystyczną awangardą. Warto przypomnieć, że nazwa "Nowe Epifanie" nawiązuje do poszukiwania "nowych epifanii piękna", o których pisał Jan Paweł II w 1999 roku w swym "Liście do artystów", zachęcając do twórczego dialogu z religijnym mistycyzmem. Hasłem i motywem przewodnim jedenastej, czterdziestodniowej edycji są słowa Jezusa skierowane do Marii Magdaleny - "Nie dotykaj mnie". Teatralny program festiwalu, w tym roku złożony z samych premier, podejmuje tę myśl, ujmując symboliczne słowa "noli me tangere" w nowoczesne formy sceniczne, splecione z tradycyjnym teatrem. Jedną z nich jest "Boża krówka", spektakl w reżyserii Sławomira Narlocha, który powstał w ramach projektu Laboratorium Nowych Epifanii, we współpracy z Teatrem Dramatycznym. Młodziutki reżyser na zeszłorocznym X Festiwalu Nowe Epifanie pokazał swoje "Oratorium o mleku", znakomite przedstawienie muzyczne, łączące humor i groteskę z poruszającymi, lirycznymi oraz tragicznymi elementami. Najnowsze dzieło Sławomira Narlocha ma inny charakter - nie usłyszymy w nim solowych partii wokalnych ani chóru; mini orkiestra ogranicza się do czterech instrumentów, ale muzyka autorstwa Jakuba Gawlika wciąż pełni ważną, twórczą rolę w inscenizacji.

Rzecz dzieje się w małej, borowiackiej wsi położonej w południowej części województwa pomorskiego. Czy to Nowe Prusy, rodzinne strony reżysera, do których Sławomir Narloch czuje wielki sentyment? Być może, ale tak naprawdę spektakl ma wymiar uniwersalny i miejsce akcji nie jest najważniejsze. Jak zdradzili twórcy, scenariusz powstawał w otoczeniu lasów, na odludziu, gdzie reżyser oraz autorka tekstu i dramaturg Ewa Mikuła przyglądali się swoim bohaterom, dyskutując z pozostałymi artystami. W ten sposób stworzyli przypowieść z religijno-ludowym folklorem w tle, traktującą o ludzkiej samotności, naszych małych-wielkich lękach, wątpliwościach, zmaganiach i wyborach - tych życiowych i tych codziennych. Ostateczny kształt dramatu zadziwia swoją zwięzłością i skondensowaną, a mimo to uderzająco bogatą formą, w której udaje się powiedzieć bardzo dużo.

Młody wikary Tomasz posługuje w niewielkiej parafii, gdzie sąsiad dobrze zna sąsiada i nic się nie ukryje przed czujnym okiem mieszkańców. Ksiądz wiele godzin spędza w konfesjonale, wysłuchując spowiedzi dorosłych i dzieci. Zna bardzo dobrze ich grzechy, próbuje zrozumieć problemy, przynieść ulgę i pomóc, jednak zdaje się, że o sobie samym wie znacznie mniej. Podobnie jak jego rozmówcy - ukryci w półmroku, odgrodzeni kratką - jest podobny do małego, zagubionego wśród wichrów świata owada. Przypomina niepozorną biedronkę, dla nas często niedostrzegalną, ale ważną dla Stwórcy. Tylko czy główny bohater naprawdę w to wierzy? Tymczasem nadciąga Apokalipsa. Czy drobne boże krówki zdołają uchronić się od katastrofy? Warto podkreślić, że spektakl nie traktuje o instytucji Kościoła (choć temat modny, nośny i wyeksploatowany do bólu). Jest raczej metaforą ludzkiego losu, a bohater - ksiądz pomaga tyko w uwypukleniu podejmowanych tematów. W "Bożej krówce" reżyser przygląda się zwykłym ludziom, ich przywarom, trudnościom, a także śmiesznostkom. Losy bohaterów są pretekstem do snucia rozważań o niepewności, złych i dobrych wyborach, nieutulonym strachu i walce o własną godność. Problemy, z którymi mierzy się wikary, choć przedstawione z humorem i odcieniem ironii, wcale nie są banalne - dotyczą seksualności, czystości w ujęciu religijnym, potrzeby bliskości, uczciwości wobec innych, a także traum z przeszłości i ich konsekwencji. Zarówno młody ksiądz, jak i jego parafianie nie rezygnują z walki o samych siebie, mimo słabości, nieudolności oraz wad, które czasem sami wyolbrzymiają. Wstydzą się swej ułomności, ale nie potrafią odrzucić tych samych, wciąż na nowo popełnianych grzechów. Maciej Zuchowicz w niełatwej roli młodego wikarego potrafi wydobyć drobne rysy charakteru bohatera, nieoczywiste emocje i rozterki oraz dominujące poczucie niezrozumienia, ukryte pod maską spokoju i wewnętrznej równowagi. Grany przez niego ksiądz Tomasz bywa zaskakująco nieoczywisty, czasem zabawny, innym razem wzruszający, nawet odrobinę liryczny. I budzi sympatię. Natalia Kaja Chmielewska występuje w roli dorosłej kobiety oraz małej dziewczynki. Gładko wciela się w dwie zupełnie różne osoby, które jednak coś łączy - indywidualizm. Obie są zbuntowane, choć każda na swój sposób. Trzydziestoletnią, nieszczęśliwą kobietę poznajemy poprzez rozmowy z księdzem. To pierwsza osoba, która potrafi słuchać jej skarg, rozgoryczenia i nieutulonego żalu wobec Boga oraz ludzi. Druga postać, dziewczynka z koszykiem kwiatów (potrzebnych w czasie procesji) jest dziecięco przemądrzała, pewna siebie i ma w sobie rozbrajający urok niewinności. Nie poznała jeszcze bólu odrzucenia, choć tak samo jak inni szuka bliskości oraz przyjaźni. Sporo w tych kreacjach filuterności, dzięki czemu stają się wiarygodniejsze i lżejsze (w pozytywnym znaczeniu). Obok dziewczynki pojawia się mały chłopiec, pełen infantylnej szczerości, tak samo naturalnej, naiwnej i po dziecięcemu zabawnej. Dziewięciolatków łączy urocza wrażliwość, niosąca nadzieję i nadająca inscenizacji zauważalny wdzięk. Michał Pawlik, który w pierwszej scenie gra chłopca, wciela się później w młodego, niestroniącego od kieliszka mężczyznę, szukającego łatwej okazji do wypitki i do wybitki. Okazuje się, że pod tą maską nieokrzesania kryje się kolejna niezrozumiana, samotna dusza. Jest jeszcze Bóg - w tej krótkiej acz istotnej roli występuje Jakub Gawlik, twórca muzyki do spektaklu.

Choć przedstawione w "Bożej krówce" problemy są poważne, a sama inscenizacja emocjonalnie poruszająca, nie brak w niej też humoru i koniecznej, naturalnej prostoty. Humoreska i groteskowość wcale nie przeczą mądrości zawartej w pytaniach, zmuszających do zastanowienia się nad mechanizmami codziennych poczynań człowieka. Scenografia przedstawienia nie jest rozbudowana, za to wyrazista i dokładna. Przywodzi na myśl ludowe zwyczaje, łączy tradycyjność i nowoczesność, a swą plastycznością silnie działa na zmysły. Dobrze organizuje przestrzeń, podkreśla czas i miejsce akcji - rzecz dzieje się między innymi podczas procesji Bożego Ciała, stąd barwne, kościelne chorągwie (zwyczajowo niosą je wierni idący za księdzem w procesji). Końcówka robi ogromne wrażenie - to czysta, przejmująca muzyka grana na żywo. Kompozycja Jakuba Gawlika, oparta na "Czterech porach roku" Vivaldiego znakomicie nadaje się do podsumowania opowieści o ludziach i czekającym ich kresie. W "apokaliptycznych dźwiękach" kryje się ważna myśl (wcześniej ukazana w przebiegu scenicznych wydarzeń), dotycząca trudnego miłosierdzia i sensu żywota każdego stworzenia, nawet tak drobnego jak tytułowa boża krówka - biedronka. Klasyka połączona z nowszym, niemal kosmicznym brzmieniem prawie rozsadza małą, kameralną scenę, a akordeon w rękach Kuby Gawlika jest niczym boski instrument - wszechwładny, wirtuozerski. Towarzyszą mu Patryk Makowski (puzon), Kamil Pasikowski (puzon) i Kajetan Skoneczny (wibrafon, kotły). Nie jest to wielkie instrumentarium, jedynie mini orkiestra dęta, ale wystarczająco mocna, by zbudować tło, podkreślić dramaturgię i ostatecznie zwieńczyć całość, zostawiając widza z własnymi przemyśleniami. Mam nadzieję, że młody reżyser i pozostali artyści nigdy nie utracą swego wewnętrznego uśmiechu, zapału, mądrości i zdumiewającej świeżości spojrzenia na otaczający świat.