powiększwersja do drukupoleć znajomemu

W świecie niedopasowanych

Początek IV Teatroteki Fest to program "Best Of Fest" - cztery przedstawienia z poprzednich edycji. Drugiego dnia prezentowanych jest pięć premier konkursowych, trzeciego - trzy. Podobnie jak w zeszłym roku oscylują one wokół różnorodnie rozpatrywanego tematu niedopasowania - zwłaszcza w wymiarach społecznym, rodzinnym i zawodowym - pisze Wiktoria Formella z Nowej Siły Krytycznej.

Niekiedy jest to stan, na który bohaterów i bohaterki skazuje nieprzejednany los ("A niech to Gęś kopnie!", "Żona łysego", "Matka Boska Niespodziewana"); czasem usytuowanie w nietypowej roli jest źródłem przyjemności ("Kasie"); innym razem nieprzystosowanie do rzeczywistości z poczucia zagrożenia przekształca się w wymierne profity ("O człowieku, który siedział tyłem"). Aż cztery ekranizacje są oparte na komediowych konwencjach, a czasem komediodramatycznych, zaledwie jedna to dramat psychologiczny. Program jest zróżnicowany - nie sposób naprędce porównać różnorakie estetyki oraz podsumować intrygujący dialog, który dokonuje się na przecięciu medium teatru i filmu. Nowością jest Mała Teatroteka, czyli program skierowany do młodszej publiczności.

Pup, puk, tutaj Matka Boska

Jedną z ciekawszych realizacji jest "Matka Boska Niespodziewana", która choć podejmuje metafizyczny temat, ma w sobie niewiele z emfazy, za to sporo dobrodusznego humoru. Bohaterem dramatu Szymona Jachimka jest czterdziestokilkuletni Grzegorz (przekonujący Cezary Kosiński), który nie pogodził się z przedwczesną śmiercią żony. Wolne chwile spędza na cmentarzu, relacjonując Ewie wydarzenia ze swojego życia i kontynuując ich rytuały (choćby rozwiązywanie krzyżówek!). Pewnego wieczoru, w mieszkaniu pojawia się kobieta podająca się za Matkę Boską (świetna Agnieszka Podsiadlik), chce rozmawiać. Początkowo mężczyzna jest wrogo nastawiony wobec - jak mniema - oszustki. Nieustępliwość bohaterki sprawi, że Grzegorz będzie skazany na jej towarzystwo, a kolejne wizyty staną się przyczynkiem do zawiązania niebanalnej relacji.

Reżyserię Macieja Buchwalda wyróżnia duża umiejętność w łączeniu środków teatralnych i filmowych. Postawił na kolażową strukturę narracji, jej ciągłość zaburzają black-outy. Poszczególne części noszą tytuły wyznaczające rytm życia Grzegorza, ale są też sprzęgnięte z wymiarem pozaziemskim (Święto Zmarłych, Adwent, Wigilia, Boże Narodzenie). Dynamiczny montaż (Anna Łuka) oraz praca kamery (Tomasz Gajewski) nie są "przezroczyste", w istotny sposób budują dramaturgię, ukazując obrazem stany emocjonalne bohatera. Podobnie jak symboliczna muzyka Pawła Szamburskiego. Forma doskonale koresponduje z rozterkami Grzegorza, który z jednej strony wdaje się w "pogawędki" z nieżyjącą żoną i kultywuje katolickie święta, a z drugiej - jest racjonalnym nauczycielem matematyki, więc woli skonsultować halucynacje z psychiatrą, zamiast stwierdzić, że do listy maryjnych objawień powinno się dopisać kolejne, tym razem z napisem "Sanok 2019", którego jest świadkiem.

Twórczynie i twórcy przedstawienia zamiast nadętego tonu serwują wysmakowaną, nie mającą nic z obrazoburstwa, zabawę kulturowym wizerunkiem Maryi. Hanka Podraza odziała Matkę Boską w kostium współczesnej kobiety w błękitach i granatach, z nieco kiczowatą naszywką z sercem i złotymi koralikami na piersi (fantazja na temat Serca Jezusa). Z kolei w innej scenie Maryja będzie wyglądała niczym uczestniczka pielgrzymek - z przeciwdeszczowym płaszczem, głośnikiem na plecach i mikrofonem w dłoni. Kilkakrotnie przejmie biblijną retorykę i gesty rodem z maryjnego malarstwa, jednak po chwili sama siebie autoironicznie strofuje: "Przepraszam, znowu Maryjka mi się włączyła". Kim jest kobieta, która pozwala Grzegorzowi przeżyć żałobę po śmierci żony? Szczęśliwie na to pytanie każdy będzie musiał odpowiedzieć sam.

Impas

Zupełnie inne emocje przynosi "Żona Łysego" Waldemara Pasińskiego. To opowieść o małżeństwie Zielińskich - Marii (przekonująca Aleksandra Konieczna) i Zygmuncie (Sławomir Orzechowski) - których życie od trzydziestu lat jest pasmem udręk, przypomina problem znany z "Drugiego pokoju" Zbigniewa Herberta. Niezamożna para dzieli malutkie, dwupokojowe mieszkanie ze zniedołężniałą, uciążliwą sublokatorką (Marianna Olszewska). Wydawać by się mogło, że upływ czasu sprawił, iż małżonkowie przyzwyczaili się do warunków, jednak nic bardziej mylnego

Drobiazgowe studium codziennej bezradności reżyser, Tomasz Jeziorski, przedstawił realistycznie - ubogie mieszkanko (scenografia: Anna Wunderlich) i życiowo prawdopodobne działania postaci. Ciągłość oraz linearny porządek akcji (montaż: Maciej Szydłowski PSM) zaburza korzystanie z inwersji czasowych. Codzienność przenika się z przyszłymi zeznaniami składanym przez bezwzględnych sąsiadów (Barbara Zielińska, Agata Pruchniewska i Lech Dyblik). Pomysł wskazuje na kryminalny trop, jednak rozwiązanie tragicznej zagadki przyniesie dość nieoczekiwany efekt. Ciekawe elementy realizacji to klimatyczna muzyka (Jan Komar), dyskretna praca kamery, która przynosi paletę ujęć od krótkich (niewielu) po długie sceny w pełnym kadrze (dominują), nie brakuje dynamicznej jazdy kamery, a także skupienia na detalu.

To (nie moja) fantazja

W zupełnie innym kierunku poszedł Filip Gieldon, bawiąc się filmowymi konwencjami, gagami i absurdami. Świat stworzony przez Wojciecha Tremiszewskiego w dramacie "Kasie" jest umowny - to przestrzeń fantazji tytułowej bohaterki (Agnieszka Skrzypczak). Jest młodą żoną nudnego Pawła (Mateusz Znaniecki) i matką wiecznie płaczącej Anetki. Permanentnie włączona pralka, stosy zabawek na podłodze, sznur prania przewieszonego przez pokój i mąż narzekający na przeziębienie - to rzeczywistość aż zbyt dobrze znana Kasi. Gdyby jej życie było scenariuszem filmowym to pewnie nikt nie chciałby go oglądać. Bohaterka buntuje się przeciwko roli "kury domowej" i co rusz oddaje się fantazjom. Nieograniczona wyobraźnia sprawia, że kobieta powołuje do życia inne Kasie (a wręcz Listę Kaś Ratunkowych) - obsadzając w ten sposób siebie w rolach coraz to ciekawszych. Imaginacje kinomanki sprawiają, że kobieta może przeżyć niespotykane, groźne i niebezpieczne przygody.

Pomysł Tremiszewskiego jest iście filmowy, dlatego reżyser nie sili się na zachowanie choćby odrobiny realizmu czy życiowego prawdopodobieństwa, z wprawą żonglując kliszami znanymi z ekranów. Nie ma linearnej narracji, klaśnięcie w dłonie wystarczy, aby wyczarować nieznany świat, następną konwencję i odmienną estetykę (scenografia: Paulina Czernek-Banecka, kostiumy: Iga Sylwestrzak). To tutaj Kasia może być kimkolwiek chce - gwiazdą starych, czarno-białych filmów, uczestniczką pościgów samochodowych, planować napad na bank albo być śledzona przez detektywa. "Kasiom" nie brakuje tempa, które wynika z mnóstwa krótkich scen, ciekawych ujęć (zdjęcia: Szymon Kluz) oraz pomysłowego montażu (Tomasz Ciesielski PSM). Nie udało się jednak zachować balansu pomiędzy żywiołami filmowym i teatralnym (pierwszy jest zbyt dominujący), choć "Kasie" mogą przypaść do gustu tym, którzy czerpiącym rozrywkę z tropienia konwencji kina, gatunków czy ujęć.

W świecie technologicznych truizmów

Produkcja "O człowieku, który siedział tyłem" porusza temat zagrożeń i zalet wynikających z nowych technologii, lecz nie traktuje tej problematyki z powagą. Autor, Karol Lemański, nadużywa komediowych środków (karykatura i przerysowanie), a reżyserowi brakuje pomysłów. Maciej Wiktor stworzył spektakl bez napięcia, oparty na kliszach pamięci - konwencję realistyczną przełamuje inspiracjami rodem z dawnych filmów o kosmosie

Bohaterem dramatu jest Artur (Jakub Zając) - młody człowiek uzależniony od wirtualnej rzeczywistości. Przez pierwsze dwadzieścia minut widzimy jedynie jego plecy, a przez kolejne dwadzieścia nie usłyszymy głosu. Będzie milczał również wtedy, gdy odwiedzą go rodzice (Małgorzata Bogdańska i Piotr Zelt) - karykatury skłóconych ex-małżonków i nadopiekuńczości. Niewiele zmieni się, gdy pojawią się rzekomo bliskie Arturowi osoby: przyjaciel Wojtek (Adam Bobik) i partnerka Aneta (Zuzanna Zielińska). Absurd będzie się pogłębiał, gdy okaże się, że mężczyzna popadł w problemy finansowe. Komornicy (Jacek Beler i Robert Martyniak) będą musieli zdjąć go z fotela, by dokonać windykacji. Próba odebrania sprzętu elektronicznego wyzwoli w nim zwierzęcą furię - pogryzie urzędników. Zerwanie relacji społecznych okaże się intratne - informatyczna pasja przyniesie bohaterowi fortunę i spełnienie.

Budowany na wielu poziomach dystans (przez czterdzieści minut wszystko, co wiemy o Arturze, usłyszeliśmy od innych) oraz przerysowania silnie determinują odbiór. Opowieść o uzależnionym chłopaku nie tylko nie wyzwala empatii, ale i zainteresowania jego perspektywą. Pojawia się obojętność, której nie zmieni nawet (niespecjalnie wyczekiwany) moment ukazania twarzy.

Rzeczywistość, w której na co dzień funkcjonuje Artur, poznajemy w ciągu ostatnich dziesięciu minut. Ta dysproporcja sprawia, że z realizacji "O człowieku, który siedział tyłem" wynika jedynie kilka banalnych konstatacji. Starsze pokolenie (rodzice) nie nadąża za technologią, nie rozumie zasad świata awatarów i botów. Natomiast dla młodszych wirtualna rzeczywistość staje się przestrzenią ucieczki przed problemami, bo - jak powie Arti92 - sztuczna inteligencja: "To system, w którym bunt jednoczy się z porządkiem, a nicość z istnieniem. To świat bez ograniczeń, w którym granice wyznacza jedynie wyobraźnia". Konflikt pokoleń i kontestacja rzeczywistości już nie będzie rozgrywała się w znanych i oswojonych dekoracjach, jakimi bywały formy głośno wyrażanego buntu, nierzadko podszytego alkoholem czy narkotykami.

Teatroteka, jako nowy format funkcjonujący na przecięciu dwóch mediów (teatru i telewizji), wydawała się doskonałą przestrzenią do realizacji opowieści o świecie nowych technologii. Praca Macieja Wiktora jest jednak niesatysfakcjonująca, ma w sobie niewiele z "oryginalnego dzieła audiowizualnego" (a taka jest idea projektu). Pierwsze czterdzieści minut to perspektywa zbliżona do typowych filmów fabularnych: realistyczna estetyka, karykaturalne typy, niemal przezroczysta praca (głównie) nieruchomej kamery, a także sporo długich ujęć zza pleców głównego bohatera (zdjęcia: Janusz Dybowski, montaż: Amadeusz Andrzejewski). Jedynie powrót Artura do domu po odebraniu nagrody przełamuje ten schemat: pojawia się zniekształcony dźwięk (Michał Robaczewski, Marcin Jachyra, Katarzyna Figat) oraz zwolnione tempo, które przynależy wszystkim postaciom chcącym ogrzać się w blasku jego sławy. W przeniesieniu na ostatnie dziesięć minut do wirtualnej rzeczywistości dominuje nieodzowny srebrny kolor - zarówno w scenografii (Maja Zaleska), jak i kostiumach (Magdalena Pawłowicz) - a ekspresja postaci jest niemal robotyczna. Na obraz nałożono błękitny filtr, banalny środek podkreślający nierzeczywistość, nieludzkość, a więc i chłód tego świata. Jedynie ostatnie dwie minuty, gdy kamera gubi ostrość, pojawiają się celowo niedbałe ujęcia (rozczłonkowujące postać - czasem nie widzimy ich głów) i szybki montaż, przynoszą fantazyjne przełamanie. Finałowe ujęcie staje się też wymownym znakiem zagrożeń czyhających ze strony sztucznej inteligencji. Intrygujące dwie minuty to jednak za mało

Lekcja empatii

Marta Guśniowska w dramacie "A niech to Gęś kopnie!", stawiając egzystencjalne pytania (czym jest sens życia i co zrobić, gdy go zabraknie), a także poddając pod rozwagę różne modele życia, udowadnia, że o filozofii warto i można rozmawiać także z dziećmi. Joanna Zdrada umiejętnie wyreżyserowała tę niebanalną historię, nie tracąc przy tym głębi przekazu, ani komunikatywności.

Autorka zastosowała typową dla bajek metaforykę animalną, którą uzupełniła konwencją reporterskiego śledztwa. Narrator (Łukasz Lewandowski), niczym wprawny dziennikarz, próbuje zrelacjonować niecodzienne zdarzenie ze świata zwierząt. Szybko się okaże, że potencjał sensacji spalił na panewce, bo polowanie Lisa (Arkadiusz Janiczek) na Kury (Olga Sarzyńska, Małgorzata Kowalska i Dominika Majewska) nie zakończyło się jatką. Wszystko przez główną bohaterkę - Gęś (świetna Agnieszka Przepiórka), która utraciła sens życia. Gdy inne zwierzęta smacznie śpią - ona nie może; czas spędza na tworzeniu grafomańskiej poezji przesyconej smutkiem, dokonując przy tym aktów autoagresji (wyrywane pióra umożliwiają jej utrwalenie liryki). Nadarzający się napad na jej drobiarskie koleżanki, postanawia wykorzystać, składając z siebie kulinarną ofertę dla drapieżnika z rudą kitą. Niespodziewanie okaże się, że Lis nie jest zainteresowany porcją gęsiego mięsa (ten okaz, skoro chory, jest zbyt lichy i nieapetyczny). Zamiast śniadania, zawiązują ponadgatunkową współpracę, która z czasem przerodzi się w przyjaźń, a finalnie - kto wie - może i w miłość?

Guśniowska obdarza postaci świadomością ich literackich proweniencji, rozmontowując bajkowe przygody. Wilk (Krzysztof Dracz) nie da się tak łatwo nabrać, że ofiarowana mu Gęś to bezinteresowny prezent, zacznie przypuszczać, że to przynęta z trucizną. Dramatopisarska bawi się również językowo-kulturowym obrazem zwierząt utrwalonym we frazeologii, co niesie za sobą nie tylko humor (upadek małego szaraka Pani Zając kwituje zwrotem: "No kto to złapał zająca?"), ale i walor edukacyjny (szczęśliwie nie jest to natrętny dydaktyzm). Wypowiadanie przysłów przez zwierzęta pozwala im chwilowo przechwycić antropomorficzne strategie narracyjne, ale też uruchamia dystans i krytyczny namysł nad ich funkcjonowaniem w kulturze - nie jest bowiem to zbyt łaskawy, sprawiedliwy i trafny ogląd. Nie brakuje żartów czytelnych dla dorosłych (wyborne są zwłaszcza dowcipy o pracy!), choć komunikatywnych również dla młodszej publiczności. Obecność Narratora, który co rusz komentuje wydarzenia, zwraca uwagę na voyeuryzm jako immanentny element odbioru świata zwierząt przez człowieka.

Zdrada zainscenizowała opowieść w planie żywym, rezygnując z lalek (wielka szkoda!). Szczęśliwie nie mamy do czynienia z infantylnym naśladowaniem zwierząt. Duża w tym zasługa scenografii Zofii Mazurczak-Prus, która fantazyjnie połączyła perspektywę ludzką z animalną, dlatego choć Lis mieszka w leśnej norce, mieści w niej sprzęty typowe dla domu, a z kolei w kurniku pełnym grzęd nie brakuje alarmu przeciwwłamaniowego! Podobnie jest z kostiumami (projekt: Justyna Bernadetta Banasiak, wykonanie Alicja Patyniak-Rogozińska), które niewiele mają wspólnego z realizmem. Gęś nosi jasną spódnicę i bluzkę, a pozostałością po ptasim rodowodzie jest rękaw upstrzony piórami czy nogi wymalowane pomarańczową farbą. W przypadku innych postaci również ograniczono się do atrybutów: niewielkiego, okrągłego ogona u Niedźwiedzia (Mariusz Jakus), czy długich uszu u Pani Zając (Sonia Bohosiewicz), która - niczym współczesna mama - nosi potomka w chuście. Realizm i ciągłość akcji zaburza też monstrualnej wielkości Mrówka (Natalia Handzlik), która pojawia się w najmniej oczekiwanych momentach. Sporo tu wesołych absurdów, ale i uwrażliwiającej refleksji na temat tego, co nie mieści się w schematach. W końcu - "Czy życie musi mieć tylko jeden sens?".

***

IV Teatroteka Fest. "Nowe kadry teatru", 6-8 marca 2020, Warszawa

Wiktoria Formella - absolwentka teatrologii o specjalności dramaturgiczno-krytycznej oraz zarządzania kulturą na Uniwersytecie Gdańskim. Publikowała w "Kwartalniku Artystycznym Bliza" oraz "Fragile. Piśmie Kulturalnym".