powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Milicyjna apologia

"Kapitan Żbik i żółty saturator" na podstawie serii komiksów "Kapitan Żbik" w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Syrena w Warszawie. Pisze Kamil Stępniak na stronie Warszawska Kulturalna.

75-lecie działalności artystycznej Teatru Syrena, mieszczącego się przy ul. Litewskiej 3 uczczone zostało premierą musicalu pt. "Kapitan Żbik i żółty saturator". Odbyła się ona 29 lutego, a sam spektakl autorstwa i reżyserii Wojciecha Kościelniaka nawiązuje do historii słynnego Jana Żbika - kapitana Milicji Obywatelskiej, którego losy stały się przedmiotem słynnych w PRL-u komiksów.

Wojciech Kościelniak zasłynął jako twórca niesamowitych sztuk scenicznych. Warto sięgnąć pamięcią chociażby do teatralnych wersji "Kariera Nikodema Dyzmy", czy też "Śpiewaka jazzbandu". W Teatrze Muzycznym w Gdyni przygotował polską prapremierę "Hair", czy trans operę "Sen Nocy Letniej". Twórca ten jest prekursorem tworzenia rodzimych musicali. Niejednokrotnie bowiem udowodnił, że nie trzeba adoptować broadwayowskiej sztuki, aby odnieść sukces.

W zakresie muzyki Kościelniak zaprosił do współpracy dobrze sobie znanego Mariusza Obijalskiego, a kierownikiem muzycznym został Tomasz Filipczak. Wydaje się więc, że na 75- lecie Teatru Syrena Dyrektor - Jacek Mikołajczyk zapewnił możliwie najwyższy poziom artystyczny jeśli chodzi o scenę musicalową.

"Kapitan Żbik i żółty saturator" to alternatywna historia milicjanta Milicji Obywatelskiej, który walczy z imperialistycznym wrogiem zachodniego świata. Dla młodszych widzów, można zobrazować, że Żbik, to taki polski Bond, tylko w wersji dopasowanej do rodzimych realiów drugiej połowy XX w. Komiks zresztą zyskał ogromną popularność i pozostał w pamięci wielu osób do dziś.

To jest z pewnością siłą nowego spektaklu w Syrenie. Wielu czterdziesto-, czy pięćdziesięciolatków (a pewnie także starszych osób) z chęcią wybierze się na Litewską 3 chociażby z pobudek sentymentalnych. Sama konwencja ubrania komiksu w ramy spektaklu wydaje się nad wyraz ciekawa i atrakcyjna.

Żbik (Maciej Maciejewski/ Łukasz Szczepanik) wraz z podkochującą się w nim Porucznik Olą (Iga Rudnicka/ Ada Szczepaniak) tym razem gonią za Manfredem Steifem (Albert Osik/ Tomasz Więcek), który poprzez rozpowszechnienie pewnego roztworu halucynogennego próbuje zagrozić funkcjonowaniu Warszawy, a także (a może przede wszystkim) zjazdowi PZPR. Do swoich niecnych planów wykorzystuje żółty saturator, który obsługuje niczego nieświadoma Kasia (Barbara Garstka/ Karolina Gwóźdź). Podczas swojej drogi poszukiwań, Kapitan spotyka szereg postaci, które są poddane wpływowi środka ukrytego przez Steifa w saturatorze.

Na pochwałę zasługuje już sam pomysł przeniesienia Żbika na deski teatralne. Za ciekawą ideą poszło naprawdę dobre wykonanie scenograficzne, wizualne oraz kostiumowe. Odpowiedzialna za ten aspekt musicalu Anna Chadaj wykazała się nie lada kreatywnością. Ubrania aktorów i tancerzy były spójne z duchem czasu. Dały one dobre odwzorowanie PRL-owskich nurtów. Niesamowita jest również sama scenografia: wielość elementów, nawiązania nie tylko do czasów słusznie minionych, ale także do konwencji komiksu - robi ogromne wrażenie. Widz może nacieszyć oko tym w wielu wymiarach interaktywnym wydarzeniem. Uwadze nie mogą również umknąć projekcje autorstwa Tomasza Grimma.

Bardzo podobać się może sam zamysł nawiązujący do życia Warszawy. Mieszkańcy stolicy z pewnością łatwo wizualizują sobie miejsca, w których toczy się właśnie akcja.

Duży plus za muzykę otrzymuje Mariusz Obijalski. Stworzył on ciekawe muzyczne przedsięwzięcie. Chociaż trzeba przyznać, że nieco brakuje melodii, które pozostają w głowie jeszcze długo po premierze. W tym względzie to chyba największy zarzut. Jednak nie zawsze można stworzyć broadwayowski hit nucony przez wiele lat. Aranżacja i samo wykonanie muzyki stoi na najwyższym poziomie - jak zawsze gdy kierownikiem muzycznym jest Tomasz Filipczak.

Podobać się może również choreografia ułożona przez Eweliną Adamską-Porczyk (we współpracy z Krzysztofem Tyszko). Zarówno aktorzy, jak i sami tancerze wykonali w tym względzie ogromną pracę, a prawie trzygodzinny spektakl sprawia, że niewątpliwie musi być to dla nich ogromny wysiłek. Tempo zaś jest utrzymywane przez cały musical.

Czy zatem musicalowy "Żbik" jest skazany na sukces? Moim zdaniem niekoniecznie, choć zaznaczam, że zapewne będzie to zdanie odrębne od większości publiczności. Ludzie wychodzący z teatru byli zadowoleni i uśmiechnięci. Co znaczy, że z pewnością im się podobało. W moim przekonaniu jednak istnieje kilka elementów, które poważnie zaburzają plusy podniesione wcześniej.

Przede wszystkim - śpiew. Trudno powiedzieć, czy jest to kwestią złego nagłośnienia, czy techniki wokalnej, jednakże przez większość spektaklu tekst śpiewanych piosenek, który w przypadku "Żbika" jest niewątpliwie kluczowy - jest po prostu źle słyszalny. To zaś powoduje, że widz pozostaje skonfundowany i musi się domyślać czego dotyczy właśnie tocząca się akcja. Mankament ten jest zauważalny w szczególności przy dużych scenach zbiorowych - co nieco usprawiedliwia artystów, tak samo jak i fakt, że są oni w ciągłym ruchu. To z pewnością nie ułatwia śpiewu. Z pewnością należy zwrócić uwagę na ten aspekt, bo nie jest to pierwszy tego typu problem w Syrenie. Choć tym razem przybrał na sile.

Kwestą odrębną jest długość spektaklu. Żeby spędzić prawie trzy godziny w teatralnych fotelach bez znużenia i w pełnym skupieniu, fabuła musi być naprawdę dopracowana, posiadać zmienność tempa, zaciekawić widza, czasem czymś zaskoczyć. W "Żbiku" w pewnym momencie akcja staje się po prostu przewidywalna, schematyczna. Momentami irytująco infantylna. Jasnym staje się, że za chwilę kolejny bohater wypije magiczny napój i będzie miał swoje pięć minut na scenie. Tak samo oczywiste są moralizatorskie wykłady Kapitana, choć akurat te oddają nieco ducha PRL-owskiej propagandy i mogą wywołać uśmiech na twarzy. Natomiast szablonowość zabija wszelką ciekawość.

Tę konwencjonalność ratuje bardzo mocno monolog Barbary (Barbara Melzer/ Katarzyna Walczak) nawiązujący do "Folwarku zwierzęcego" Orwella. Świetna w swojej roli Barbara Melzer ratuje wkradający się na scenę marazm. Oddech... i w końcu chwila intelektualnej uczty; pojawiła się bowiem jakaś przenośnia, ciekawa parafraza. Brawo! Natomiast żeby być precyzyjnym należy odnotować także, że w spektaklu pojawiają się jeszcze odniesienia do mitologii greckiej.

W rozrywkowym musicalu miło jest spotkać zawoalowany humor, środki wyrazu artystycznego, w których nie wszystko musi być wypowiedziane wprost. Moim zadaniem w przygodach z żółtym saturatorem w tle najciekawszą przenośnią satyryczną byli chyba tańczący milicjanci.

Mimo powyższych mankamentów spektakl może się podobać, a powyższe uwagi są zupełnie osobistymi obserwacjami. Musical przypadnie do gustu widzom, którzy z Kapitanem Żbikiem zetknęli się w komiksie. Warto bowiem przypomnieć, że zanim pojawił się agent 007, Jan Żbik był onegdyś największym milicyjnym bohaterem kultury popularnej. Kontynuacja tego nurtu to ciekawy pomysł na spektakl. Co więcej, część opisanych powyżej mankamentów da się łatwo wyeliminować. Natomiast z pewnością warto odwiedzić Teatr Syrena - nie tylko żeby wyrobić sobie opinię na temat "Kapitana Żbika i żółtego saturatora", ale także po to aby uczcić 75 lat tej ważnej warszawskiej sceny.