powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Być jak Rosemary

"Rosemary" Magdy Fertacz w reż. Wojciecha Farugi w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Sabina Zygmanowska, członkini komisji 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współćzesnej.

Po ostatnich doniesieniach ze świata, wydaje się, że jednym z najbardziej palących i bolesnych tematów XXI wieku jest molestowanie seksualne, na którego problem zwróciła zorganizowana akcja #MeToo. Zamieszani w nią byli najbardziej wpływowi mężczyźni z branży filmowej, ale pojedynczy głos uruchomił miliony publicznych wyznań swoich krzywd. Masowy ruch zapoczątkowany w 2017 roku, uświadomił jak wielka jest skala przemocy seksualnej wobec kobiet na całym świecie. Ruch wymierzony już nie tylko w imiennego sprawcę, ale w cały patriarchalny system opresji, wobec którego już nikt nie mógł przejść obojętnie.

Spektakl Rosemary Wojciecha Farugi na podstawie tekstu Magdy Fertacz odwołuje się do tego ruchu na kilku różnych poziomach. Czy skutecznie? Twórcy postawili przed sobą zadanie wejścia w dialog z filmem Romana Polańskiego Dziecko Rosemary, który powstał na kanwie powieści Iry Levina. Jak wiadomo, sam reżyser był oskarżany o molestowanie, o czym wprost mówi się w spektaklu.

Znajdujemy się w przestrzeni złożonej z małżeńskiego łoża, biedermeierowskiej sofy i fotela. Wszystkie sprzęty są przykryte folią, która już w pierwszej scenie zostaje rozerwana przez bohaterów: Rose (Aleksandra Przybył) i Guya (Piotr Bułka). Gdy odsłonią się kotary widzimy po dwóch stronach wielkoformatowe obrazy, przestawiające sielski, choć tchnący niepokojem krajobraz. Z głośników sączy się muzyka, delikatne zawodzenie nawiązujące do Krzysztofa Komedy, twórcy ścieżki dźwiękowej filmu Polańskiego. Między małżeństwem wyczuwalna jest namiętność, ale pierwsza próba zbliżenia kończy się fiaskiem. Ich sąsiedzi to, w przeciwieństwie do filmowego małżeństwa, starsze zdziwaczałe rodzeństwo: diaboliczna, rodem z serii American Horror Story Minnie Castevet i jej brat Roman (Krystyna Wiśniewska i Antoni Gryzik). Opiekują się Samanthą (filmowa Terry). Tu jej postać wyraźnie nawiązuje do Samanthy Geimer, dziewczyny, która oskarżyła Polańskiego o gwałt. W teatralnej opowieści Samantha popełnia samobójstwo już w drugiej scenie, potem jednak jest cały czas obecna i przypomina o traumach, związanych w wykorzystywaniem seksualnym.

Innym źródłem niezwalczonej traumy jest aborcja, jakiej dokonała Rose. To dlatego tak stroni od współżycia z mężem, który w końcu podaje jej szampana i narkotyki, po czym dopuszcza się gwałtu, w wyniku czego zostaje poczęte "diabelskie" niechciane dziecko. Ale tu mamy diametralną różnicę między filmem i sztuką Magdy Fertacz. U Polańskiego uruchomione zostały szatańskie moce, w katowickim spektaklu Wojciecha Farugi za tragedię odpowiadają ludzie, którzy chcą zatuszować wykorzystywanie nieletnich i doprowadzają bohaterkę do obłędu. Przedstawienie mówi też o samostanowieniu kobiet i o decydowaniu o swoim ciele. O macierzyństwie, które nie dla wszystkich jest błogosławieństwem.

Ważną postacią jest niepojawiająca się w filmie matka Rose (gra ją ta sama aktorka, co Minnie - Krystyna Wiśniewska, która niestety kompletnie nie różnicuje tych ról). W dzieciństwie była molestowanie przez swojego psychologa - Romana, a ten okazuje się sąsiadem Rose. W spektaklu podwójną rolę grają także Antoni Gryzik (Roman i dr Sapirstein - tu wybrnął zdecydowanie lepiej od swojej scenicznej koleżanki) oraz Piotr Bułka, który wciela się jednocześnie w Guya - męża Rose i jej przyjaciela Hutcha. Matka i Samantha krążą wokół Rose, nieustannie przypominając o swoich doświadczeniach i próbując uzmysłowić Rose, że jej przeżycia nie są niczym wyjątkowym. W spektaklu pojawiają się też sceny z innego porządku, zaznaczone jedynie czerwonym światłem i zniekształceniem głosu. To obecność Lilith, pierwszej żony Adama, dzieciobójczyni, przedstawicielki ciemnych sił. Jedyny diabelski wątek w spektaklu.

W Rosemary nie ma tajemniczej aury, przynależnej filmowi Polańskiego. Tutaj diabłem okazuje się mężczyzna, który wykorzystuje swoją pozycję w szowinistycznym świecie. To on jest sprawcą zła, a obserwujemy wszystko z perspektywy kobiety. Często spektakl ociera się o publicystykę odnoszącą się bezpośrednio do wydarzeń współczesnych. Nawet tytuł gazety, która Guy daje do poczytania żonie, to "Viva" z Polańskim na okładce, znana w ostatnim czasie z szeroko oprotestowanego wywiadu z Anną Marią Sieklucką, aktorką która zagrała w erotycznym filmie 365 dni Barbary Białowąs. Wywiad przekraczał granice przyzwoitości, zarzucano mu seksizm, a list w jego sprawie Kobiety Filmu skierowały do Rady Etyki Mediów.

Magda Fertacz odnosi się też do realiów współczesnej Ameryki, przywołując świat tamtejszego showbiznesu. Pojawiają się rozważania o nauczaniu papieża Franciszka i prezydencie Trumpie - wszystko okraszone dowcipem i ironią. W tekście pojawiają się także poetyckie fragmenty, między innymi wiersze zapomnianego bitnika Richarda Brautigana.

O tym, jak bardzo temat jest wciąż aktualny świadczy chociażby ostatnia kampania magazynu "Girls Girls Girls", w której Cynthia Nixon pojawia się w wiralowym manifeście Be a Lady They Said. Aktorka znana między innymi z serialu Seks w wielkim mieście na tle fragmentów filmów i kolorowych sesji zdjęciowych, prowadzi monolog o tym, jak być damą. Coś, co miliony z nas na całym świecie słyszą każdego dnia. To wszystkie te niejednokrotnie zaprzeczające sobie slogany, które wypowiadają mężczyźni, ale i same kobiety, mówiąc co wypada, a czego nie wypada robić kobiecie. Mizoginiczny język, uprzedmiotowienie kobiet, wreszcie estetyzowanie przemocy seksualnej są wykorzystywane w prawie każdej kampanii. Na szczęście przyszedł czas mówienia takim praktykom "nie" i dobrze, że teatr zabiera głos w tej sprawie. Spektakl niewątpliwie stoi po stronie tych wszystkich kobiet, które doświadczyły jakiejś formy przemocy seksualnej. Łamie tabu często niepozwalające przyznać, że ofiara doświadcza przemocy ze strony osoby bliskiej i zaufanej. Ale brakuje w nim jakiegoś pójścia o krok dalej. O problemie słyszymy niemalże na co dzień, być może ciężko powiedzieć coś, co jeszcze nie zostało powiedziane, ale od sztuki wymagam jakiego wstrząsu, a niestety pożądanych emocji zabrakło.