powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Ostrożnie z artystami

"Czy pan się uważa za artystę?" Artura Pałygi w reż. Anny Agustynowicz w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Jan Karow, członek komisji 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Gdyby próbowano stworzyć listę czynnych zawodowo reżyserów, dla których kluczową rolę odgrywa warstwa wizualna, Anna Augustynowicz znalazłaby się pewnie gdzieś na jej szarym końcu. Od dłuższego czasu jej przedstawienia konsekwentnie przypominają kolorystycznie czarno-biały film, a ilość przedmiotów na scenie ulega coraz dalej posuniętej redukcji. Pozostaje tylko to, co naprawdę niezbędne. Tymczasem w Katowicach do przygotowania okolicznościowego spektaklu o Wiesławie Lange (1914-1988), scenografie przez wiele lat związanym z śląskimi teatrami, którego wymienia się tam jednym tchem obok Tadeusza Kantora i Józefa Szajny, zaproszono właśnie ją. Jak można było się spodziewać, nie powstała żadna jubileuszowa laurka, a postać, o której w sumie niezbyt wiele wiadomo, potraktowano jedynie pretekstowo. Zamiast zajmować się pojedynczym scenografem, twórcy, reżyserka i dramatopisarz Artur Pałyga przyjęli szerszą perspektywę i sformułowali tytułowe pytanie: "Czy pan się uważa za artystę?". Postawili je przekornie sobie, ale też widzom. Jeśliby szukać odpowiedzi, można by sparafrazować myśl Romana Dmowskiego: "Jestem Artystą - więc mam obowiązki artystyczne".

Pozwalam sobie na ten niewyszukany żarcik, nawiązujący do jednego z tak zwanych "Ojców Niepodległości", do których jest on ostatnio śmiało zaliczany, bo w przedstawieniu w Teatrze Śląskim dużo jest ironii wycelowanej przez twórców tak w polskość, jak i w samych siebie. Augustynowicz szkicuje na Scenie w Malarni powidoki swoich ostatnich przedstawień. Miga absurdalne klęczenie postaci w niewłaściwych kierunkach oraz wzniesiony do góry palec ("Kiedy palec coś wskazuje, nie patrzy się na palec, nie pyta się palca, jak żyć, nie analizuje się budowy palca i biografii palca, nie zastanawia się, przez co palec przeszedł") ze Ślubu Witolda Gombrowicza, Andrzej Warcaba (czasem podpisany w scenariuszu jako Inkwizytor) przychodzi ze skórzaną torbą, przypominającą tę Horodniczego z Rewizor. Będzie wojna!, ale najważniejszy jest prześladujący wszystko i wszystkich duch Stanisława Wyspiańskiego. Młodopolski artysta, którego dramaty reżyserka kilkakrotnie inscenizowała, na dłuższy czas opanowuje sześcioro aktorów, nie pozwalając im uwolnić się od błyskotliwie imitowanego przez Pałygę rytmu wiersza. By rozhuśtać językową zabawę, Augustynowicz w charakterystyczny dla siebie sposób rezygnuje z teatralnej iluzji i umieszcza przedstawienie w ramie próby.

Nim jednak panować zacznie Gombrowiczowska zasada "Choć sensu brak, niech płynie rym / Czarownych złudzeń słodki dym", następuje rozgrzewka. Aktorki i aktorzy zajmują miejsca przy okalającym niewielką scenę, kojarzonym z salami baletowymi drążku i wykonują łagodne ruchy. Tu widać wzniesione do góry ręce, tam lekko ugięte kolana, gdzie indziej ktoś próbuje taneczne pas. Luźne ćwiczenia nadzoruje Zbigniew Szymczyk, do niedawna dyrektor Wrocławskiego Teatru Pantomimy, który niejednokrotnie opracowywał ruch sceniczny w przedstawieniach Augustynowicz. Ma na sobie czarny podkoszulek i spodnie, odrobinę niepokoju wprowadzają umalowane na czarno usta. Przechadza się niespiesznie pomiędzy próbującymi aktorami, uważnie śledząc ich ruchy. Czasem przystanie przy kimś i delikatnie poprawi pozycję dłoni, ustawienie nóg czy zademonstruje właściwy gest. Nic na siłę, czuć atmosferę swobody. Okazuje się jednak, że łatwo jest dopóki, dopóty nie trzeba mówić. Już za chwilę sytuacja odmienia się, przypominając tę z Wyzwolenia. Gdy w teatrze pojawia się autor, lecz nie ma tekstu. Wypominać to nieprzygotowanie będzie Szatniarka (Alina Chechelska), kilka razy zdecydowanie powtarzając swoje pretensje:

Aktorzy muszą próbować! Tekstu się uczyć!

Scenograf musi wiedzieć, co robić!

Krawcowe muszą wiedzieć, co szyć!

Technika musi zaplanować prace!

Promocja musi ruszyć! Marketing!

Ludzie bilety mają już pokupowane!

A ten nie wie! Artysta!.

W ten sposób Pałyga nawiązuje do wystawionego niedawno przez Augustynowicz dramatu Wyspiańskiego, ale też problematyzuje kłopotliwą sytuację, w jakiej znaleźli się z reżyserką. "Zamówiono" u nich konkretne przedstawienie, termin premiery wyznaczony, a o Lange znaleźć można zaledwie strzępki informacji. Stąd decyzja o zajęciu się tematem artysty i szeroko rozumianej przestrzeni - szczególnie tej, wytwarzającej się w teatrze między sceną a widownią, w której nicią jest język. Wydaje się, że w ocenie autorów to być może ostatnia rzecz, która zdaje się próbować wiązać naszą skłóconą wspólnotę. Dlatego to poniekąd postdramatyczne przedstawienie nie ma tradycyjnie rozumianej fabuły, jaką dałoby się streścić. Jest za to opartym na ciągach słownych skojarzeń testem (gdzie gruszki stają się pogróżkami, a "żre pożar zażarcie źródła zaropiałe"), w którym bada się, czy rytm i rym - nawet pozbawione chwilami sensu, będące czystą fonetyką - są w stanie skomunikować się z widzami. Czy da się jeszcze unieść "brzemię brzmienia". Trzeba podkreślić, że w Katowicach ten sprawdzian wypada nadspodziewanie dobrze. Mimo ascetycznej formy spektakl jest żywo odbierany. Lecz jego każdorazowe spełnienie zależeć będzie wyłącznie od czujności katowickich aktorów, dla których podparcie stanowi wyłącznie partner na scenie albo subtelnie oświetlona publiczność.

Chociaż scenografia Marka Brauna ogranicza się do pięciu niewielkich czarnych kubików oraz kilku zawieszonych na ścianach, rytmicznie podświetlanych pustych ram obrazów, można powiedzieć, że przedstawienie na swój sposób realizuje zapomnianą już dziś metodę tak zwanej zmiany otwartej. W dziewiętnastowiecznym teatrze to właśnie nią budzono zachwyt widzów, przenosząc akcję w mgnieniu oka z gęstego lasu na stoki wulkanu - a wszystko to bez opuszczania kurtyny. Tutaj podobnie szybkie przejścia odbywają się bez technicznych fajerwerków, poprzez zmianę świateł z imitujących robocze na bardziej wyciemnione. W jaśniejszej przestrzeni aktorzy spierają się głównie, co to znaczy "być artystą", jak go rozpoznać i jak społeczeństwo bez rozsądnego uzasadnienia nadaje mu szczególny status: "Wśród zwierząt stadnych osobniki podkopujące hierarchię oraz zasady funkcjonowania stada, są odrzucane, bądź też zabijane. W społeczeństwach ludzkich osobniki takie nazwaliśmy artystami, nadając im szczególny status oraz nakazując pozostałym członkom społeczeństwa dzielić się z nimi wypracowanymi dobrami". Natomiast gdy oświetlenie staje się bardziej "teatralne", wchodzą na przeistaczające się w postumenty kubiki i niejako stają się w żywymi posągami. W tym bardziej wyciemnionym anturażu odbywa się również dłuższa sekwencja, w której Augustynowicz i Szymczyk sięgają do zrealizowanego przed laty w szczecińskim teatrze Wesela. Tak jak wtedy uruchamiają poprzez tupiących aktorów trójkowy rytm, jednocześnie ujawniając i podkreślając meliczny walor frazy. Tam ton nadawał Wyspiański, tu w naśladowanie go bawi się Artur Pałyga. Brzmienie bronowickiej chaty miesza się z sytuacją próbującego zdobyć się na czyn Konrada (Marcin Szaforz). Posągi, trochę jak Maski z II aktu Wyzwolenia, dręczą go złośliwymi pytaniami i uwagami. Językowa katarynka nie chce przestać się kręcić, a nieustępliwy rytm - mimo znudzenia tematem Konrada - nie pozwala mówić o niczym innym niż Polska:

O czym by tu zrobić teatr?

Może Polska, coś o Polsce.

O Polaków trudnych sprawach,

o Polaków snach i jawach,

o Polaków przebudzeniach,

o marzeniach i pragnieniach.

Tak ukazana konieczność wypowiadania się staje się jednocześnie dziwna i upiorna. Jakbyśmy to nie my mówili, ale coś przez nas gadało. Z tej perspektywy wyzwoleniem zdaje się być wolność do zamilknięcia. Cisza staje się luksusem.

Dla tych różnorakich ćwiczeń stylistycznych i formalnych zawijasów znaleziono odróżniającą się od reszty pointę. Znika polskość, znika Wyspiański, znikają wreszcie rytm i rym. Ich miejsce nieoczekiwanie zastępuje dzieciństwo Antka (Marcin Szaforz). Pojawia się też wojna. Rodzice chłopca (Alina Chechelska i Wiesław Sławik) zostają zatrzymani przez Gestapo (Andrzej Warcaba). Antek wyrusza im na ratunek z Psem, Którego Nie Ma (Ewa Kutynia). A wszystko to wyłania się z niewidzialnej książeczki. Scena jest statyczna, rozegrana przez aktorów na wyczucie długości pauzy. I chyba to jest właśnie w tym kameralnym i zwiewnym przedstawieniu przypisywana artystom twórczość. Kiedy w niemożliwy do wyjaśnienia sposób w małym chłopcu powstaje wyobrażenie, którego nie mógł widzieć. Kiedy rama wypełnia się noszonym gdzieś we wnętrzu obrazem.

Czy jest w tym coś szczególnego? Czy to udręka czy powód do dumy? Pewne jest tylko to, że powinna to być przestrzeń wolności. Tu pojawia się ostatnio problem - kiedy niektórzy zdają sobie sprawę, że twórczość rządzi się własnymi prawami. Że nie można ją sterować, nie da się jej wymusić. "Myślałem, że opowie pan coś o natchnieniu, o czymś, co mówi przez pana i co jest mądrzejsze od nas wszystkich, o miłości, o miłosierdziu, o wspólnocie narodowej, o wielkich i nieprzemijających wartościach", mówi rozczarowany Inkwizytor, przypominając jednego z naszych kulturalnych decydentów. Dlatego pozytywna odpowiedź na tytułowe pytanie niesie za sobą pewne ryzyko. Na szczęście można w chwilach zwątpienia wrócić do książeczki podobnej do tej z finału, którą ma chyba prawie każdy. Jak podpowiada patronujący temu spektaklowi Wyspiański: "Artystami są wszyscy. I ci, co o tym wiedzą, i ci, co o tym nie wiedzą zgoła o sobie".