powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Pełna życia rozmowa ze śmiercią

"Krótka rozmowa ze Śmiercią" w reż. Marcina Libera w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie. Pisze Zenon Butkiewicz, członek Komisji Artystycznej VI Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej "Klasyka Żywa".

Po lewej stronie sceny widzimy trzy kościelne ławki, z tylu kilka podestów przypominających kształtem cmentarne nagrobki, po prawej szpitalny wieszak na kroplówki z licznymi woreczkami z płynem. Wszelkie skojarzenia wędrują w stronę sugerowaną przez tytuł spektaklu, który za chwilę mamy oglądać. Na scenę wchodzą: w eleganckim ciemnym garniturze - Pan, w szatach kościelnego hierarchy - Pleban i w szarym garniturze - Wójt. Ubrana we współczesny krój Rejowa "Rozprawa" stanowi prolog spektaklu Marcina Libera. Można się temu dziwić, ale słowa dialogu napisanego 500 lat temu zdają się brzmieć nader współcześnie, niczym napisana dziś satyra przez autora posługującego się językiem stylizowanym na staropolski.

Prolog spektaklu zapewne ma na celu oswoić widzów z brzmieniem dawnej polszczyzny i wprowadzić w odległe językowo czasy, bo zdaje się, iż różnice mentalne, które dzielą nas od czasów Reja, są znacznie mniejsze niż ów dystans językowy.

Po Rejowej introdukcji przychodzi czas na właściwą Rozmowę, którą wiódł będzie Mistrz, w oryginale zwany Magistrem, ze Śmiercią. Śmierć w spektaklu Libera jest młoda i straszna zarazem. Występuje w czterech osobach: młodych, zgrabnych kobiet. Kostium Śmierci (wszystkie cztery aktorki są ubrane niemal identycznie) to skrzyżowanie powidoków z rycin średniowiecznych, z kojarzącą się bardziej z kulturą współczesną fryzurą znaną chociażby z wizerunku Amy Winehouse. Wysoko upięte, czarne peruki nadają postaciom Śmierci niesamowity, iście piekielny wizerunek. Odkryte ręce, nogi i plecy aktorek pokryte są wzorowanymi na dawnych miniaturach rysunkami kości piszczelowych, kręgosłupa, żeber. Ale Liber nie chce straszyć swoim spektaklem, nie chce też proponować prześmiewczej zabawy. Śmierć bowiem na scenie gnieźnieńskiego teatru nie jest rodem ani z opowieści o okrutnym piekle, ani z żartów w stylu filmowych horrorów. Reżyser zgrabnie balansuje pomiędzy oboma biegunami. Śmierć zmienia swe oblicze. Czasem jest groźna, straszy, kiedy indziej tłumaczy i objaśnia Mistrzowi świat, zawsze jednak przekonuje o swej nieuchronności. Poznajemy strategie Mistrza, który chce zaskarbić sobie przychylność Śmierci, opóźnić jej nadejście, a może nawet jej uniknąć. Mistrz wciąga do swej gry ze Śmiercią także publiczność, zapraszając osoby z widowni do wspólnego zagniatania staropolskiego kołacza, licząc, iż to może pomóc w zdobyciu łask Śmierci.

Kontrapunktem do średniowiecznego tekstu jest udział w spektaklu rockowego zespołu Nagrobki, który sam definiuje swoją muzykę jako "nekropolo". Zabieg ten jest na tyle trafny, że gdyby zespół ten nie istniał, to warto by było taki duet wykreować na potrzeby spektaklu. Ironia, dystans tekstów do tematu śmierci, a zarazem dość mocne rockowe brzmienie wykonawców, wzbogacone o wokal aktorek, tworzą spójną całość ze zgrzytającą w uszach odbiorców, czemu trudno zaprzeczyć, staropolszczyzną.

Spektakl gnieźnieński przynosi także i niespodziankę filologiczną. O tym, że znana do tej pory wersja "Rozmowy Mistrza Polikarpa ze Śmiercią" jest niepełna, wnioskowano na podstawie zachowanych obcojęzycznych przekładów. Całkiem niedawno prof. Wiesław Wydra, badacz staropolszczyzny z poznańskiego uniwersytetu odnalazł tekst, który zidentyfikował jako dopełnienie całości utworu. Oglądamy zatem na scenie, bo tu dialog zamienia się w pełną inwencji teatralną zabawę, spotkanie Mistrza ze Śmiercią, kiedy to ona wpadła w tarapaty, nie mogąc wydobyć się z bagna, w którym ugrzęzła, podróżując powozem. Mistrz pomaga Śmierci wydobyć się z kłopotów. W nadziei, że zdobędzie jej wdzięczność, prosi na chrzciny, na których zjawiają się liczni goście, także znani nam z prologu Pan, Wójt i Pleban. Weselna zabawa przyjmuje coraz bardziej nerwowy obrót, gdy Śmierć przejmuje inicjatywę w znanej i popularnej na weselach grze, zwanej "gorące krzesła". Gra z pozoru niewinna z każdą rundą nabiera coraz większych emocji, gdyż jej uczestnicy orientują się, że stawka tym razem jest jednak większa niż zajęcie wolnego krzesła. Kolejni uczestnicy zabawy odchodzą w krąg śmierci. Rytm tej grze nadaje stojąca po środku Śmierć. Ubrana w tej scenie w bluzę dresową z logo Nagrobków uderzaniem kosy o podłogę daje sygnał do kolejnych wyścigów do wolnych krzeseł. Emocje rosną z każdym okrążeniem, bo od tego biegu wiodącego ku ostateczności, nie ma ucieczki. Miarowym uderzeniom muszą poddać się wszyscy uczestnicy, żadne zasługi, rzeczywiste czy mniemane, żaden strój, żadne umizgi do Śmierci nie zatrzymują jej wyroków. Muzyka Nagrobków wypełnia ostrymi dźwiękami przestrzeń teatru, niczym pointa brzmią słowa piosenki, w której Nagrobki śpiewają, że nie wiedzą co zrobić z życiem, bo nawet nie wiadomo, co zrobić z najbliższymi pięcioma minutami. I kiedy wybrzmi ostatnie uderzenie kosy w deski sceny, kiedy ucichnie muzyka i zgaśnie światło, można sądzić, że oto "Rozmowa" dobiegła końca. A jednak nie. Po chwili światło zapala się ponownie i Śmierć, dzierżąc wysoko kosę, w pozie ze średniowiecznej ryciny, rusza ku widowni. Za nią ruszają wszyscy wykonawcy, wciągając do korowodu kolejne osoby. Orszak rośnie w oczach, okrąża widownię, cały czas zagarniając coraz to nowych widzów, wraca na scenę. Jedni podążają w orszaku, pozostali obserwują jego marsz i rosnące szeregi. Wydłużający się w oczach korowód podąża za Śmiercią niespiesznie, powoli, wijąc się zakosami wypełnia całą przestrzeń sceny. Gaśnie światło. Koniec. Ukłony, oklaski.

Spektakl Libera jest zwarty, logiczny. Jak napisałem wcześniej, nie igra ze Śmiercią, ale i nie straszy. Uświadamia, że ten aspekt naszej egzystencji, którego nie znamy, jest nie do uniknięcia, że wszyscy bezwiednie podążamy w finalnym korowodzie.

Tekst dramaturgicznie opracował JarosławMurawski zgrabnie wygładzając nazbyt może trudną miejscami dawną fonetykę, korygując archaiczne, zarazem i mniej zrozumiałe dla odbiorcy, niektóre partie tekstu. Zachował jednak tu stosowny umiar, a uroda staropolskiego dzieła, nie doznała uszczerbku.

Obecność na scenie literatury staropolskiej ma piękne tradycje. Dla starszego, mojego pokolenia, były to przede wszystkim inscenizacje Kazimierza Dejmka. Liber tej "szkoły" staropolskiego teatru widzieć nie mógł. Dobrze zatem, że nie silił się na próbę naśladownictwa zaczerpniętego z lektur i opisów. Takie próby okazywały się na ogół dość jałowe i zarazem epigońskie. Artysta szuka i znajduje swoją drogę, nie imituje żadnego dotychczasowego sposobu przedstawiania staropolszczyzny na scenie. Czerpie inspiracje z dawnej ikonografii, szuka sposobu wyrażania emocji przez współczesną muzykę i dzisiejszą teatralną estetykę wykonawczą.

W zespole gnieźnieńskiego teatru reżyser znalazł, co z przyjemnością należy zauważyć, odpowiednich partnerów. Na szczególne wyróżnienie zasługują cztery aktorki grające role Śmierci z Joanną Żurawską na czele, której przypadły w drugiej części spektaklu nieco większe zadania aktorskie i to ona przewodzi finalnemu korowodowi. Także pozostałe wykonawczynie (Kamila Banasiak, Zuzanna Czerniejewska i Martyna Rozwadowska) trudne zadania wokalne i ruchowe wypełniają nie tylko z powodzeniem, ale i dodajmy z uwodzicielskim, śmiertelnym wdziękiem.

Efektowne kostiumy grupy Mixer, o których była już mowa i ciekawa choreografia artystek podpisujących się Hashimotowiksa z Poznańskiego Teatru Tańca dopełniają całości. Gnieźnieńska "Krótka rozmowa ze Śmiercią" jest pełna życia i dobrej teatralnej energii.

Mikołaj z Mierzyńca, Mikołaj Rej KRÓTKA ROZMOWA ZE ŚMIERCIĄ, reżyseria: Marcin Liber, Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie, premiera: 18 stycznia 2020.