Opera w szpitalnych fartuchach

"Don Bucefalo" Antonia Cagnoniego w reż. Pawła Szkotaka w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. Pisze Aleksandra Andrearczyk w Ruchu Muzycznym.

«Oglądamy absurdalny świat, w którym śpiewacy rządzą niepodzielnie, grymasząc i zmieniając według własnego widzimisię wskazówki dyrygenta, a nawet samego kompozytora

Na deskach Opery Bałtyckiej zagościł "Don Bucefalo" - opera komiczna z połowy XIX wieku znanego w Polsce włoskiego kompozytora Antonia Cagnoniego. Napisał ją zaledwie dziewiętnastoletni młodzieniec jako pracę dyplomową z kompozycji w Konserwatorium w Mediolanie. "Don Bucefalo" ma wszystkie cechy włoskiej opery buffa: żywą, iskrzącą się humorem akcję, zabawnych bohaterów i komizm sytuacyjny, a także efektowne partie wokalne najeżone technicznymi trudnościami. Oprócz tych wszystkich zalet dzieło Cagnoniego ma jednak coś jeszcze: chwytliwy temat. Fabuła "Don Bucefala" oparta jest bowiem na motywie "teatru w teatrze", zaś oś wydarzeń stanowią przygotowania do wystawienia opery w pewnym malowniczym górskim uzdrowisku.

Humor jest niewątpliwie największym atutem przedstawienia w reżyserii Pawła Szkotaka. Niezliczone gagi i dowcipne teksty naprawdę potrafią bawić i po widowni raz po raz przepływa fala śmiechu. Niemała w tym zasługa właśnie reżysera, który przeniósł akcję w czasy nam współczesne. Umieszczenie bohaterów w ekskluzywnej klinice (w oryginale była to kawiarnia), gdzie mogą oni do woli oddawać się różnym wymyślnym kuracjom, okazało się dobrym pomysłem stwarzającym okazję do wielu komicznych rozwiązań. Szczególnie zabawnie wypada scena, w której Rosa, miejscowa uwodzicielka, odziana w pielęgniarski fartuszek i czepek, śpiewa o swoich ambitnych planach na życie, jednocześnie bezlitośnie dokonując na kolejnych kuracjuszach skomplikowanych zabiegów z wykorzystaniem młotków i igieł. Podobnych obrazków jest w przedstawieniu wiele, dzięki czemu całość ogląda się lekko i przyjemnie, zgodnie z założeniem gatunku buffa.

Metateatralna tematyka nie była w XIX-wiecznej operze nowością. Dwadzieścia lat przed Cagnonim wykorzystał ją Donizetti w dziele o wiele mówiącym tytule: Teatralne obyczaje i nieobyczajności. "Don Bucefalo" w sposób satyryczny ukazuje zwyczaje panujące w ówczesnym środowisku operowym. Otrzymujemy nieco absurdalny obraz światka, w którym śpiewacy rządzą niepodzielnie, grymasząc i zmieniając według własnego widzimisię wskazówki dyrygenta, a nawet samego kompozytora. Komiczne portrety rozkapryszonych śpiewaczek, które bezwstydnie pysznią się własnymi głosami, a winą za swoje błędy wokalne obarczają wszystkich dookoła, tylko nie siebie, nie są bynajmniej wytworem fantazji Cagnoniego.

Tytułowy Don Bucefalo - maestro sztuki muzycznej, dobiega swoich dni w luksusowej klinice II Paradiso. Na dogorywającego mistrza spływa jednak natchnienie w postaci Anioła, który ofiarowuje mu pomysł na nowe dzieło. Don Bucefalo w mgnieniu oka ożywa, zrywa się z łoża i rozpoczyna intensywną pracę nad swoim opus magnum - operą, która ma wzruszyć, zachwycić i oczarować cały świat. W rolach śpiewaków Don Bucefalo postanawia obsadzić pracowników i gości kliniki: pielęgniarki, kuracjuszy, a nawet właściciela całego przybytku, szacownego Don Marco. Od tej pory szpitalny personel i klientela spędzają czas na nauce śpiewu, próbach i nieustannych kłótniach o role, a widzowie mają okazję zajrzeć za kulisy operowego spektaklu i poznać blaski i cienie rzeczywistości teatralnej.

A skoro o śpiewakach mowa... "Don Bucefalo", jak przystało na operę włoską, szeroko eksponuje solowe partie wokalne, daje wykonawcom możliwość zaprezentowania technicznego kunsztu, ale i wysoko zawiesza poprzeczkę. Na szczęście soliści kreujący główne role spełniają pokładane w nich nadzieje - prezentują wysoki poziom i z łatwością pokonują trudności wokalne, jakimi naszpikowana jest opera. Niezwykłym blaskiem jaśnieje zwłaszcza Joanna Moskowicz. W roli uwodzicielskiej Rosy czaruje bajecznym, mocno postawionym sopranem, który nawet w najtrudniejszych pasażach i koloraturach brzmi zawsze pewnie. Pod względem wokalnym nie ustępuje Rosie jej sceniczna koleżanka Agata. Kreująca tę postać Gabriela Gołaszewska zachwyca piękną, czystą i dźwięczną barwą głosu i liryzmem, który najpełniej objawił się w arii Agaty na początku trzeciego aktu. Niestety, najmniej przekonująco wypada w gronie solistów odtwórca roli tytułowej Artur Janda. Jego bas-baryton brzmi czasami zbyt słabo i ginie w masie orkiestry, choć może to efekt chwilowej niedyspozycji śpiewaka.

Barwne i eleganckie kostiumy Anny Chadaj oraz oszczędna, lecz interesująca scenografia Damiana Styrny dodają widowisku uroku i wieńczą przyjemny, bezpretensjonalny obraz całości. To jedno z tych wesołych, czarujących przedstawień, które zawsze chętnie oglądamy w ponure zimowe wieczory, ciesząc oko i ucho feerią barw i dźwięków. Podobnie jak inny spektakl Opery Bałtyckiej - utrzymany w zbliżonej estetyce "Cyrulik sewilski" - najnowsza produkcja gdańskiego teatru operowego zdobywa widzów beztroską, niepowtarzalnym humorem i udanymi kreacjami wokalnymi.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego