powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Paweł Miśkiewicz: Houellebecq przewidział bunt żółtych kamizelek

- Świat liberalny, do którego się przywiązaliśmy i który uznaliśmy za zdobytą wartość, porządkującą europejską rzeczywistość, jest martwy - mówi Paweł Miśkiewicz, który dla warszawskiego Studia przygotował inscenizację "Serotoniny" Michela Houellebecqa. - Zawsze pracuję nad czymś, co mnie gniecie i uwiera w naszym świecie - dodaje reżyser. Rozmowa z Maciej Ulewicz w Vogue Polska.

Literatura Michela Houellebecqa jest nihilistyczna, mizoginistyczna, mizantropiczna. Poglądy Houellebecqa i jego bohaterów często są skrajne, populistyczne. Obraża islam, popiera Donalda Trumpa, chwali brexit, a mimo to każda jego kolejna książka cieszy się popularnością wśród krytyków i czytelników. Na czym zasadza się fenomen tego pisarza?

- Może potrzebujemy takiego enfant terrible, który ukazuje rzeczywistość w trochę innym świetle. Niszczy ład. I poczucie, że świat jest poznawalny, a rządzi nim precyzyjna hierarchia wartości, na której można się oprzeć. Myślę, że cały obecny zamęt społeczno-polityczny, szerzący się populizm, lokalne, "dzikie" rewolucje, takie jak ruch żółtych kamizelek we Francji, pokazuje, że żyjemy w momencie przedrewolucyjnym. I ten porządek, który znamy, za chwilę będzie musiał się zmienić. Ja nawet nie wiem, czy Houellebecq ma wykrystalizowane poglądy polityczne. Myślę, że przyjął rolę kogoś, kto ma utrącać naszą naiwną wiarę w możliwość obejmowania umysłem rzeczywistości. I zadawać nam prowokacyjne pytania. Większość rzeczy, w które wierzyliśmy jeszcze w XX w., teraz praktycznie przestaje obowiązywać.

Dlaczego zdecydował się pan zaadaptować jego ostatnią powieść, "Serotonina", na scenę?

- Nie czytałem wszystkich jego książek. Doceniałem oczywiście ich siłę rażenia, ale nigdy do końca mnie nie uwodziły. "Serotoniną" zainteresowałem się po przeczytaniu recenzji. Oto człowiek, w pełni sił, który osiągnął w życiu umiarkowany sukces, pozornie zakorzeniony w rzeczywistości, odmawia dalszego w niej udziału. Przedwcześnie funduje sobie rodzaj egzystencjalnego samobójstwa przez pogrążenie się w depresji i śmierć ze smutku. To temat, który wydał mi się bardzo ciekawy i osobisty. Poczułem, że muszę tę książkę momentalnie przeczytać i zabrać się za nią scenicznie. I nie chodziło tu o samego Houellebecqa, tylko właśnie o temat, który i mnie gdzieś prześladuje - poczucie nieadekwatności moich wyobrażeń do otaczającej rzeczywistości. Towarzyszy mi ona stale. I u tego bohatera odnalazłem dużo własnych obserwacji i stosunku do świata.

O czym według Pawła Miśkiewicza jest "Serotonina"?

- O umieraniu bohatera razem ze światem, który go otacza. Wszystko to, co wydawało się ważne jeszcze wczoraj, dziś kompromituje się na naszych oczach. Płynąca z tego rozpoznania rozpacz wymusza na bohaterze w finale książki wręcz quasi-religijne wyznanie: "Jesteśmy wielkimi grzesznikami, którzy partaczą darowane im życie, sieją wokół siebie śmierć i zniszczenie". Choć Chrystus daje nam różnego rodzaju znaki, my zdajemy się ich nie widzieć. Dlatego "nawrócony" bohater zastanawia się nad możliwością powtórzenia jego ofiary odkupieńczej śmierci. Houellebecq jako apologeta chrześcijaństwa to jednak zupełnie nowa jakość, prawda? On to oczywiście robi jak zawsze przewrotnie i ironicznie, ale sam fakt, że wchodzi w takie konstelacje myślowe, może być zaskakujący. Houellebecq w tej książce przewidział bunt żółtych kamizelek. Bezkompromisowo udowadnia, że świat liberalny, do którego się przywiązaliśmy i który uznaliśmy za zdobytą wartość porządkującą europejską rzeczywistość, jest tak naprawdę martwy. Wyjałowił się w swojej warstwie ideologicznej. I przynosi coraz większe cierpienie całym rzeszom ludzi.

Główny bohater, Florent-Claude, to dla mnie hipokryta, egoistyczny dupek, zadowolony z siebie człowiek bez właściwości, nieponoszący odpowiedzialności za swój niebyt.

- Ja lubię bohaterów w jakimś sensie przeciętnych, którzy nie wyróżniając się niczym szczególnym, są przede wszystkim odbiciem świata, w którym żyją. Taki człowiek jak Florent-Claude jest produktem wszystkich dezyderatów, które stawia przed nami rzeczywistość. Satysfakcji z posiadania dóbr, posiadania atrakcyjnego partnera i stale otwartej możliwości jego zmiany. To narcyz, skupiony na sobie egocentryk, stale rozczarowany sobą i rozczarowujący wchodzące z nim w rozmaite relacje kobiety.

Jest więc symbolem upadku lub końca człowieka Zachodu?

- Raczej obecnej kondycji świata. Nie wiem, czy to jest upadek, czy wpisany w naszą kondycję powtarzany w kolejnych epokach, błąd. Jestem świeżo po wznowieniu spektaklu "Podróże Guliwera" w Starym Teatrze w Krakowie, gdzie Jonathan Swift bardzo brutalnie rozprawia się z naszym wyobrażeniem o wyjątkowości i wadze tworzonej przez nas cywilizacji - stałego dążenia do postępu. Te idee bardzo łatwo i szybko się kompromitują. Więc mówiąc o człowieku, może w ogóle nie ma się czym specjalnie zachwycać.

Dlaczego zdecydował się pan opowiedzieć losy bohatera poprzez dwie osoby? Młodszego Florenta-Claude'a gra Marcin Czarnik, starszego - Roman Gancarczyk. Podobny zabieg zastosował pan kiedyś w spektaklu "Alicja" w Teatrze Dramatycznym z Klarą Bielawką jako młodą i Barbarą Krafftówną jako starą Alicją.

- Wydało mi się, że ciężko byłoby przy pomocy jednego aktora opowiedzieć o kimś, kto jest młody i stary jednocześnie. Ciągle jeszcze w biegu życia, ale już chodzącym trupem. Stąd pomysł na taki podział: jeden młody bohater zanurzony w rzeczywistości, który ma tylko 46 lat, i drugi, który ma aż 46 lat i jest własną karykaturą - widomym obrazem życiowego krachu, jaki stał się jego udziałem. Jeden jest jeszcze tym walczącym, któremu wydaje się, że za chwilę wydobędzie się z tego wszystkiego, w co się wpakował, a drugi jest już cały przesiąknięty depresją. Na szczęście sam autor pozwolił nam się trochę tym pobawić. Bohater nosi dwa imiona - Florent i Claude, więc każdemu z tych imion przypisaliśmy trochę inny zakres refleksji i energii scenicznej. Dzięki temu niejako samoistnie powstają kontrapunkty, wzajemnie do siebie nieprzystające oglądy, które dopiero pokazują całą prawdę o kondycji tego człowieka.

W ukochane bohatera wcieliły się Sonia Roszczuk, Marta Zięba, Dominika Biernat i Halina Rasiakówna. W książce pojawiające się głównie we wspomnieniach, a tu są pełnokrwistymi postaciami.

- To był nasz z adaptatorką Joanną Bednarczyk pomysł. Narrator powieści jest wszechwiedzący i przypisał sobie prawo do formatowania tych postaci. Nam chodziło o to, żeby te kobiety się zautonomizowały, dlatego postanowiliśmy bohaterowi przystawić lusterko ich oglądu jego osoby i tworzonych z nimi relacji, by pokazać mu, jak często jest zakłamany i narcystyczny. Dlatego kobiety w naszym spektaklu zaproszone przez bohatera na taką niby ceremonię umierania, tylko do pewnego momentu realizują wyobrażenie bohatera. Potem otwarcie już krytykują bohatera, a nawet i trochę autora powieści, której głównym tematem jest to, "że fiut nie staje".

Dlaczego wszystkie jego relacje z kobietami są nieudane?

- Bohater rzadko wie, czego naprawdę chce. Mało tego, jego pragnienia nie są jego pragnieniami, tylko są zaprogramowane przez otaczające go wzorce kulturowe. Jest trendy mieć dużo młodszą partnerkę i to Japonkę, a przecież z czasem jego oczekiwania rozbijają się o barierę obcości, nieadekwatności i umowności czy też kontraktowego charakteru tej relacji. Ciągłe podniety młodą seksowną kobietą, którą się zdobędzie, to jest coś, co się dobrze nosi, ale niekoniecznie się z tym wygodnie żyje. Tak ukształtowany bohater nie jest w stanie oprzeć się żadnej pokusie i to tylko dlatego, że ma permanentną potrzebę potwierdzania swojej wartości, zdobywając kolejne kobiety. Nikt uwięziony w takim stereotypie nie jest w stanie osiągnąć trwałego szczęścia. Te wszystkie związki są chwilowe i zagrożone pojawieniem się na horyzoncie nowej podniety.

To już czwarta adaptacja Houellebecqa w polskim teatrze po "Cząstkach elementarnych" w Teatrze Polskim we Wrocławiu, "Możliwości wyspy" w TR Warszawa oraz "Mapie i terytorium" w Teatrze Wybrzeże. Czy proza Houellebecqua dobrze przekłada się na energię teatru?

- Te tysiące dygresji, pseudointeligencja, błyskotliwość i dość podejrzany dowcip bohatera stwarzają oczywiście pewne trudności. My spróbowaliśmy wejść w wyobraźnię bohatera. Zastanowić się, czemu tak, a nie inaczej formatuje swoje myśli i z czego biorą się te jego niekończące się logoree. Wydało mi się, że taki zabałaganiony mózg, który próbuje porządkować rzeczywistość, jest ciekawy w teatrze, kiedy bohater opisany jest nie przez działanie, lecz przez to, co ma w głowie. Ważnym dla mnie mechanizmem jest swoiste udostępnianie widzom, a nie pokazywanie losów bohatera. Ten daje nam wgląd do swojej duszy i głowy. Prowadzi nas przez ten labirynt, podpowiadając sposoby rozumienia jego rozmaitych zachowań, relacji, w których tkwi, i mechanizmów naprawczych, które podejmuje. Nie chciałem opowiadać historii, chciałem pokazać bohatera mierzącego się z samym sobą i uznałem, że taka spowiedź, takie powierzenie się publiczności jest tutaj najbardziej adekwatne. Chcieliśmy się też zastanowić, dlaczego się taką książkę pisze i co się chce powiedzieć, pisząc ją w taki sposób. Dlaczego ten bohater w konsekwentny sposób odrzuca wszelkie możliwości uratowania się, godzi się i prowokuje przedwczesną śmierć i co za tym gestem stoi.

Jak na pana postrzeganie świata wpłynął kontakt i współpraca z Krystianem Lupą?

- Wpłynął w sposób zasadniczy. Byłem jego uczniem najpierw jako aktor, potem jako reżyser. Muszę powiedzieć, że ciągle podziwiam powagę, z jaką traktuje spektakle, które robi, i widza, którego na nie zaprasza. Jest to teatr, który zawsze jest istotnym głosem dotyczącym rzeczywistości, w której żyjemy. Dzięki niemu może i ja nie jestem reżyserem kontraktowym, nie robię spektakli, których nie chcę robić, tylko zawsze pracuję nad czymś, co mnie gniecie i uwiera w naszym świecie.

W Teatrze Narodowym w Warszawie można oglądać pana "Burzę" Szekspira i "Idiotę" Dostojewskiego. Co po "Serotoninie" w Studio?

- Teraz robię dyplom w szkole krakowskiej z bardzo utalentowaną grupą studentów. To są "Inni ludzie" Doroty Masłowskiej. Potem zaczynam pracę w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. To będzie spektakl na podstawie książki "Tirza" holenderskiego pisarza Arnona Grunberga, która też jest bardo dziwną i przewrotną diagnozą współczesności.